Komendant Główny Policji: Decyzje o dymisjach ws. 11 listopada - czekam na raport

- Uruchomiłem zespół kontrolny ws. wydarzeń z 11 listopada w Warszawie, czekam też na raport z biura kontroli. Po raporcie podjęte zostaną decyzje o ewentualnych dymisjach - mówi Komendant Główny Policji Marek Działoszyński w Kontrwywiadzie RMF FM. Generał opowiada również o kulisach wyjaśniania sprawy posła Przemysława Wiplera.

- Zasadnicze zadanie 11 listopada zostało osiągnięte. Jednak incydenty, które miały miejsce, są powodem, żeby sprawdzić działania policji. Nie ma złotego pomysłu na to, jak chronić takie manifestacje - przyznaje. Broni jednak metody, w której policja trzyma się z dala od manifestujących. - Dajemy organizatorom szansę. Nie można cofnąć nas do sposobu działań policji w systemie totalitarnym - podkreśla. - Nawet gdybyśmy opłotowali ambasadę Rosji, to i tak nie zapobieglibyśmy rzucaniu rac - dodaje.

Reklama

Konrad Piasecki: Panie generale, czy policja już wie, co było przyczyną tego wybuchu i pożaru pod Ostrowem Wielkopolskim?

Marek Działoszyński: - Nie ma pewności co do przyczyny tego zdarzenia, to dopiero wykaże rozpoczęte postępowanie.

Ale rozumiem, że jakieś hipotezy już macie?

- No tak, ale to są hipotezy, o których państwo już mówiliście - to hipoteza m.in. związana z prowadzeniem prac ziemnych i ewentualną możliwością naruszenia tego gazociągu.

Ale nieszczęśliwy wypadek czy są jakieś inne podejrzenia, które gnębią policjantów?

- Teraz byśmy tylko spekulowali. Zostawmy to ekipom śledczym, które teraz na miejscu rozpoczynają czynności - wtedy będziemy mogli mówić o bardzo konkretnych ustaleniach. Włącza się w to prokuratura, także zostawmy to tym, którzy tam teraz pracują. Oczywiście na miejscu jest ponad setka policjantów, wspomagamy działania straży pożarnej, służb ratunkowych, prowadzimy tam pomoc przy ewakuacji ludzi, zabezpieczamy majątek. Będziemy do ostatniej chwili, kiedy będziemy tam potrzebni.

Panie generale, czy po 11 listopada gnębi pana poczucie źle wykonanego zadania?

- Nie, bo to zasadnicze zadanie związane z zabezpieczeniem całej manifestacji, z tym, żeby nie doszło do eskalacji zagrożenia, jakiegoś rozlania się zamieszek na miasto, zostało w pełni osiągnięte. Kilka incydentów, które się zdarzyły, jest oczywiście jakimś powodem do tego, żeby przyjrzeć się całości zabezpieczenia. Przypomnę - uruchomiłem zespół kontrolny, który powołujemy standardowo, po każdych takich manifestacjach, kiedy dochodzi do jakiegokolwiek naruszenia prawa, i który jest przede wszystkim nastawiony na to, żeby przyjrzeć się, czy pracowaliśmy w pełni efektywnie, czy można było coś zrobić lepiej, czy na przyszłość nie wyciągnąć jakichś wniosków zarówno pod adresem policji, jak i innych naszych służb, które działały przy okazji zabezpieczenia.

Pan mówi o incydentach, a mamy do czynienia z atakiem na teren ambasady, z koniecznością przepraszania wszystkich świętych za to, co wydarzyło się 11 listopada - i nikt inny nie jest temu winny, tylko policja, która tego terenu ambasady nie zabezpieczyła.

- Panie redaktorze, to nie policja atakowała ambasadę.

Ale policja powinna ją zabezpieczyć.

- To bandyci, którzy nie szanują prawa. Bandyci, którzy mienią się być honorowi, którzy są podobno patriotami, a którzy narażają na szwank dobre imię Polski.

Ale policja powinna bandytów wsadzać do więzień, a ja płacę podatki nie na bandytów, tylko na policję i oczekuję od policji, że nie dopuści do tego typu incydentów.

- Dziękuję za te podatki. My wywiązujemy się ze swoich zadań. Pan bardzo dobrze wie, że już pierwsze orzeczenia sądów w tych sprawach zapadają. Ci, którzy rzeczywiście naruszali prawo, ci, którzy nie uszanowali polskiego prawa, nie uszanowali naszych relacji wzajemnych - także jeśli chodzi o eksterytorialność ambasady, już są pociągani do odpowiedzialności.

A są pociągani do odpowiedzialności policjanci, którzy dopuścili do tego, co się wydarzyło?

- A za cóż mieliby być pociągnięci? Jak powiedziałem, zespół kontrolny, który pracuje, nie przedstawił mi jeszcze pełnej oceny sytuacji. Kiedy ją przedstawi, będziemy wyciągać wnioski po to, żeby poprawiać jakość naszej pracy.

Panie generale, mijają cztery dni od tego incydentu. Prokuratura wie, co robi, sądy wiedzą, co robią, a ja bym oczekiwał, żeby policja też już wiedziała, co się wydarzyło i kto jest za to odpowiedzialny.

- Policja zbiera materiały na kolejnych zatrzymywanych sprawców tych ekscesów, trwają kolejne czynności identyfikacyjne, doprowadzamy kolejne osoby przed oblicze prokuratur i sądów. To jest właśnie zadanie, które powinniśmy zrealizować i które do nas należy. My nie możemy działać chaotycznie.

Pan się podpisał pod tą taktyką odsunięcia policji od manifestacji? To był pański pomysł czy to był pomysł ministra spraw wewnętrznych, który został panu narzucony?

- To jest pomysł na pracę policji z manifestacjami w demokratycznych państwach. Jeśli dzisiaj słyszę, że ktoś miałby ochotę cofnąć polską policję do działań w systemie totalitarnym, to ja się pod tym w żaden sposób nie mogę podpisać i nie mogę się z tym identyfikować. My rozmawiamy z organizatorami, uświadamiamy zagrożenia, podejmujemy wspólne działania. I podjęliśmy takie działania, policja nie odsunęła się od tej manifestacji. Jeśli słyszę, że policji gdzieś nie było, to ona była - była w bezpośrednim sąsiedztwie, tak żeby reagować na ekscesy, które mogłyby się pojawić poza manifestacją.

Tyle że była za późno...

- To badamy.

...albo nie dość licznie reprezentowana, żeby zapobiec temu, co się wydarzyło.

- To badamy. Rzeczywiście zdarzyły się incydenty, ale przypominam, w latach poprzednich - 2011, 2012 - byliśmy bezpośrednio blisko i także były incydenty. W związku z tym śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że nie ma złotego pomysłu na to, jak chronić tego typu manifestacje. Myślę, że warto wrócić do dyskusji. Chcę trochę powiedzieć o samych organizatorach, bo oni dostali szansę na to, by popracować wspólnie z nami i starali się z niej skorzystać. Oni powołali służby porządkowe, podjęli szereg efektywnych działań. Ta manifestacja mimo wszystko wyglądała dużo lepiej niż w latach poprzednich. A że nie udało się im także utrzymać tej manifestacji w ryzach i pojawili się chuligani, nad którymi ich służby porządkowe nie zapanowały - myślę, że dziś mają więcej zrozumienia dla trudnej pracy policyjnej, bo sami przekonali się, że to nie jest takie łatwe, jak się tylko mówi..

Ale czy pan uważa, że po tym co się stało, kogoś powinny spotkać konsekwencje personalne?  Ktoś powinien zostać odwołany czy uznaje pan, że było na tyle dobrze, iż nikogo pan nie będzie dymisjonować?

- Podjęcie tej decyzji proszę mi zostawić po raporcie, który otrzymam z biura kontroli. Natomiast osobiście uważam, że manifestacja - w porównaniu do lat ubiegłych - przebiegła sprawnie. Ubolewam nad incydentem pod ambasadą, nie powinno do niego dojść. Ale zdarzył się. Będziemy to wszystko spokojnie analizować i rozliczać. Proszę zauważyć, że gdybyśmy opłotowali ambasadę, wystawili tam pełne kordony policji, to i tak odległość, która dzieliłaby uczestników marszu od płotu ambasady, pozwoliłaby spokojnie rzucić tam race i inne przedmioty. A w związku z tym, temu co się stało w tej sytuacji - nie zapobieglibyśmy. A przypomnę, że bezzwłocznie po tym, jak zaczęło dochodzić do pierwszych incydentów pod ambasadą, przesuwaliśmy tam siły możliwie najszybciej. Czyli one właściwie momentalnie tam były i odepchnęły tłum, co nie przeszkodziło uczestnikom - chuliganom, bo nie mówimy o całej manifestacji - w przerzucaniu przez kordon policyjny rac i przedmiotów.

Panie generale, czy pana ludzie wiedzieli, że o 4 rano przed klubem Enklawa mają do czynienia z posłem Wiplerem?

- Nie, oczywiście, że nie.

On się nie chwalił tym, że jest posłem? Nie mówił tego, nie wykrzykiwał?

- Panie redaktorze, myślę, że postępowanie, które w tej sprawie prowadzi prokuratura to wszystko wyjaśni. Natomiast policjanci, którzy interweniowali, twierdzą w swoich pierwszych raportach, że nie mieli takiej wiedzy i nie podjęli interwencji tak naprawdę wobec posła czy wobec osoby, która później okazała się posłem. Interwencja, którą podejmowali pod klubem Enklawa była ukierunkowana - było zgłoszenie na awanturę, w której bierze udział około 8-10 osób. Pierwszy patrol, dwuosobowy, funkcjonariusz z policjantką, którzy przyjechali na miejsce podjęli interwencję w stosunku do dwóch osób a dopiero potem pojawił się mężczyzna, który później okazał się być posłem.

Ale czy to, że aż sześciu policjantów musi obezwładniać jednego posła nie wystawia złego świadectwa krzepie policjantów?

- Panie redaktorze, zostawmy spokojnie wyjaśnienie tej sprawy prokuraturze, ponieważ w tej sprawie są wątki etyczne i obyczajowe. Ja chciałbym, żeby policja była tutaj bardzo dyskretna, wstrzemięźliwa w swoich ocenach i żeby szanowała godność każdego człowieka.

Dowiedz się więcej na temat: Marek Działoszyński | Marsz Niepodległości

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje