Miller: Moja emerytura starczy na waciki dla Palikota

​Moja emerytura to niecałe 4 tysiące złotych. To plus inne dochody starczy tylko na waciki dla Janusza Palikota. On jest bogaty, niech nie wypomina emerytur biedniejszym - mówi Leszek Miller w Kontrwywiadzie RMF FM. - Przeciwnikiem OFE jestem od zawsze, już od 1998 roku, kiedy głosowałem przeciwko utworzeniu OFE. Kiedy byłem premierem, nie mogłem niczego z OFE zrobić, bo kiedy próbowałem się za to zabrać, UE natychmiast ostrzegała, że jeśli cokolwiek zrobimy, to będzie oznaczało, że Polska jest nieprzygotowana do wejścia do Unii - tłumaczy.

Konrad Piasecki: SLD już tylko cztery punkty za Platformą. Robi się groźnie.

Reklama

Leszek Miller: Dla kogo?

Dla was! No jeszcze PiS weźmie was teraz na główny cel - jako tych, którzy będą im deptać po piętach.

 - Dla nas nie robi się groźnie, przeciwnie. Jesteśmy coraz bardziej usatysfakcjonowani i dziękujemy Polkom i Polakom, którzy w coraz większym zakresie darzą nas swoją sympatią i zaufaniem.

Wyobraża pan sobie, że zostajecie drugą partią w Sejmie, okazuje się, że PiS nie może tworzyć koalicji i znowu wszystko na pańskiej głowie? No dramat!

 - Nie, to jest normalna konsekwencja wyborów, których za dwa lata nasze społeczeństwo dokona. Poza tym my jesteśmy przygotowani na różne takie sytuacje. W roku 2001 było o wiele gorzej.

Pan - jakby przyszło co do czego - ma jakieś kadry do rządzenia?

  - No oczywiście. Sojusz Lewicy Demokratycznej niejednokrotnie pokazywał te kadry, one są. To są ludzie, którzy dzisiaj zajmują się różnymi rzeczami, nie są oczywiście na pierwszej linii polityki, ale gdyby trzeba było, to są do dyspozycji.

Wyciągniecie jakiegoś ministra finansów, ministra spraw zagranicznych...

  - Jak pan pamięta nazwiska, które wniosły bardzo wiele do polskiej polityki, to przecież każdy wie, że nasza ławka jest bardzo długa.

Tylko że nazwiska, które wtedy wchodziły do polskiej polityki, dzisiaj są raczej albo w obozie przeciwnika, albo na takich stanowiskach, że już ministrami finansów nie zostaną. No jeden Grzegorz Kołodko został.

  - Gdyby Grzegorz Kołodko chciał zostać ministrem finansów, to byłoby bardzo dobrze dla Polski i dla naszej przyszłości.

Nie zraził się pan do współpracy z nim?

- W żadnym razie. Poza tym profesor Kołodko to jest specjalista od wzrostu gospodarczego. Zresztą tak samo jak inni wybitni ludzie, którzy pracowali dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej w tamtych czasach.

Dlaczego Platformie się nie udał ten skok rekonstrukcyjny i połówkowy?

 - Bo to była zamiana, ale nie zmiana - jak rozumiem premierowi zależało na zmianie.

Zamiana, zmiana? A co miałoby być zmianą?

 - Zmianą to byłaby nowa strategia gospodarcza, społeczno-gospodarcza, która wszakże nie nastąpiła. Mieliśmy prostą zamianą jednych na drugich.

Czyli błąd, że podatku liniowego nie zaproponował, bo pan w takiej sytuacji rzucił podatek liniowy rzucił na stół.

 - Podatek liniowy praktycznie istnieje.

Dlatego już nie ma, co rzucać.

 - Nie, chodziło po prostu o plan wprowadzenia Polski na szczytną ścieżkę wzrostu gospodarczego i bardziej sprawiedliwego dzielenia owoców tego wzrostu.

I to byłby dobry sposób na odbicie.

 - Tak, dlatego że dzisiaj ludzie oczekują, że będzie więcej pracy, więcej pieniędzy w rodzinnych budżetach, że będzie bardziej sprawiedliwe. Sprawiedliwy dostęp do podstawowych usług publicznych.

A jest jakiś dobry sposób na dobre zachowanie wobec kryzysu ukraińskiego?

 - Jest.

Jaki? Trzeba wspierać opozycję? Wspierać rządzących?

 - Trzeba jeździć do Brukseli, Paryża, Londynu, Berlina, bo tam się rozstrzygną europejskie aspiracje Ukrainy.

A na Majdan nie trzeba jeździć?

 - Tak, ale tam się nie rozstrzygnie przyszłość Ukrainy, dlatego, że jeśli poważnie Unia Europejska myśli o przyjęciu Ukrainy, to musi przedstawić przekonujący i jasny plan akcesji Ukrainy.

Ale ja się dobrze przyglądałem i nie zauważyłem polityków SLD na Majdanie. Jest jakiś powód?

 - Jest i jeszcze raz to powtórzę: europejska przyszłość...

Wy jeździliście do Brukseli.

 - Europejska przyszłość nie rozstrzygnie się w Kijowie. Powiem panu zupełnie otwarcie - być może było tak, że jak się nie udał szczyt w Wilnie, to na Kremlu wypito szampana. Mam jednak przykre wrażenie, że jeszcze w kilku innych stolicach europejskich też.

Są tacy, którzy nie są zainteresowani?

  - Oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, że Polska jest niewątpliwie bardzo aktywna. I słusznie. I nasze władze muszą rozmawiać i z władzą ukraińską, która przecież jest władzą legalną, i z opozycją. Ale jak się posłucha opinii w innych stolicach europejskich... właściwie jest duża doza obojętności.

To a propos picia szampana. Wzniósł pan wczoraj o 18:30 toast "Za to, że żyjemy"?

  - Tak, jak co roku od 10 lat, wszyscy uczestnicy tamtej katastrofy spotykają się i pijemy za życie.

 - Wczoraj był tekst w "Polityce" o wypadku śmigłowca z panem na pokładzie sprzed 10 lat. Nie było tak dobrze i z pułkiem, i z pilotem, jak pan sobie to wtedy wyobrażał.

  - No przeczytałem ten raport wczoraj. Rzeczywiście wynika z niego nie najlepszy obraz. Ale ponieważ wszyscy żyjemy i uważamy, że nasz pilot - pan pułkownik Miłosz - dokonał mistrzowskiego manewru autorotacji, to przede wszystkim...

Nie rozdrapujecie starych ran?

  - Nie rozdrapujemy i przede wszystkim mamy poczucie wdzięczności dla pilota, który po prostu uratował nam życie. Sobie zresztą też.

Bo wychodzi na to, że on popełnił błąd - i startując w tych warunkach, i nie włączając tej instalacji oblodzeniowej.

  - No tak, ale jednak liczy się to, czy ludzie wychodzą z katastrofy żywi czy nie. Myśmy wyszli i każdy z nas odczuwa wprawdzie jakieś tam dolegliwości, ale nikt nie jeździ na wózku inwalidzkim.

Myśli pan, że to było trochę ostrzeżenie przed Smoleńskiem?

  - Mogło tak być.

Na to wychodzi.

  - W jakimś sensie tak. I prawdopodobnie do końca nie zweryfikowano wszystkich procedur, choć po drodze do Smoleńska, jak pan wie, był jeszcze Mirosławiec. Mirosławiec był jeszcze poważniejszym ostrzeżeniem, bo tam zginął kwiat polskich sił powietrznych.

To prawda, że pan ma 4-tysięczną emeryturę?

  - Niespełna.

Janusz Palikot twierdzi, że pan dlatego tak atakuje OFE i broni ZUS-u. W trosce o własną emeryturę.

  - Wie pan... Moja emerytura plus jakieś inne dochody starczą najwyżej na waciki dla Janusza Palikota.

No. Trzeba było zakładać zakłady spirytusowe.

 - No to prawda, ale coś z pamięcią Palikota jest nie najlepiej, bo jeszcze przecież niedawno zapomniał wpisać do rejestru, do swojego oświadczenia: samolotu, dwóch samochodów, chyba udziału w trzech spółkach i czegoś jeszcze.

Kto bogatemu zabroni zapominać o samolocie.

 - No tak, więc niech bogaty nie wypomina biednym czy biedniejszym.

A od kiedy pan jest takim przeciwnikiem OFE? Bo jak czytam teraz pańskie wypowiedzi, pańskie tweety, to pan w awangardzie dzisiaj.

 - Od zawsze. Od 1998 roku, kiedy głosowałem przeciwko utworzeniu OFE, systemowi, który się nigdzie nie sprawdził. A na przykład w Chile, gdzie po raz pierwszy to zastosowano, 2/3 uczestników OFE dzisiaj nie ma żadnej emerytury.

Ale w między czasie był pan premierem, mógł pan wszystko z tym OFE zrobić.

 - Nie mogłem, dlatego, że kiedy próbowałem się za to zabrać, to miałem natychmiastowe ostrzeżenia z Brukseli, że jeżeli to zrobimy, to znaczy, że Polska nie jest przygotowana do wejścia do Unii Europejskiej.



A co dla takiego dzielnego człowieka, jak pan, ostrzeżenia Brukseli?

 - Wtedy było to bardzo poważne, bo moim celem było wejście Polski do Unii Europejskiej i musiałem reagować na każde - nawet najmniejsze - ostrzeżenie.

Słuchacze pytają: czy pan pozwoliłby, zgodził się na to, żeby pańska żona napisała książkę?

 - Tu nie chodzi o moją zgodę. Moja żona nigdy takiej książki nie napisze, bo uważa, że życie prywatne jest naszą własnością i nawet kiedy coś wspominam na ten temat, to natychmiast widzę karcące spojrzenie, więc nawet nie próbuję.

Znaczy, żeby pan napisał o życiu prywatnym czy, żeby ona napisała?


 - Żona uważa, że życie prywatne to jest nasza własność i nie powinniśmy się nim dzielić z nikim i ja podzielam ten pogląd.

Bo jeszcze by się okazało, że pan płacze na "Królu Lwie"?

 - Powiem panu szczerze, że w młodości kiedyś płakałem, ale nad losem Winnetou. To było mój ulubiony wódz indiański. Jak czytałem książki Karola May'a i dochodziłem do momentu, w którym niestety ten dzielny wojownik umierał, to płakałem.

Konrad Piasecki






Dowiedz się więcej na temat: Leszek Miller | Sojusz Lewicy Demokratycznej | OFE

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy