Nałęcz: Rząd wycofa się z alkomatów. Polaków nie będzie na to stać

„Warto, żeby ci, którzy mają wątpliwości, mierzyli sobie poziom alkoholu, ale zakup alkomatu to grube pieniądze. Polaków nie będzie na to stać. A jednorazowy alkotest za parę złotych jest niedokładny i może tylko napytać biedy. Myślę, że się z tego wycofają” - mówi o rządowej propozycji rozwiązania problemu pijanych kierowców doradca prezydenta Tomasz Nałęcz w Kontrwywiadzie RMF FM.

- Podzielam intencje, ale myślę, że w toku przygotowania konkretnych propozycji okaże się, że łatwo wylać dziecko z kąpielą - tłumaczy.

Reklama

Konrad Piasecki: Pomysł "alkomat dla każdego" wzbudził w Belwederze entuzjazm?

Tomasz Nałęcz: - Warto, żeby ci, którzy mają wątpliwości, mierzyli sobie poziom alkoholu we krwi.

Ale to wszyscy mamy sobie mierzyć. Pan ma sobie mierzyć, ja mam sobie mierzyć, społeczeństwo ma sobie mierzyć. 21 milionów ludzi powinno wsiadać co rano do samochodu i patrzeć na alkomat.

- Diabeł tkwi w szczególe. Sądzę, że taki alkomat, który dałby nam pewność co do rzeczywistego poziomu alkoholu we krwi, to są grube pieniądze i absolutnie nie stać na to Polaków. A taki alkotest za kilkanaście czy kilka złotych, to może tylko nieszczęścia napytać.

Psu na budę taki. Ale prezydent będzie wybijał to rządowi z głowy?

- Ja myślę, że i pan premier, i rząd z fazy pewnej idei przejdzie do fazy konkretyzacji i wątpię, żeby ta progresja została podtrzymana.

Myśli pan, że umrze śmiercią naturalną?

- Pomysł był dobry - masz wątpliwości, zmierz sobie sam. W życiu parę razy sobie mierzyłem i prawdę mówiąc: trzy alkomaty - trzy różne pomiary, bo każdy znajomy miał inny alkomat. W gruncie rzeczy jedną tylko naukę wyciągnąłem - trzeba przestać korzystać z tej przyjemności i kilka godzin wcześniej nie pić.

Nie pić.

- Nie tyle nie pić, bo jak człowiek lubi, akurat to nie jest mój przypadek, to jak mu powiedzieć: nie pić? Równie dobrze można nie oddychać dla części osób. Natomiast żeby była pewność i żeby nie było potem kłopotów na drodze, to trzeba mieć specjalistyczny sprzęt.

Rozumiem, że wykazuje pan sceptycyzm dla tego pomysłu, najdelikatniej powiedziawszy.

- Praktycyzm.

Praktycyzm przeradzający się w sceptycyzm.

- Podzielam intencje, podzielam chęć, natomiast myślę, że jak z wieloma pomysłami: jak zacznie się to zamieniać w konkret, to się okaże, że bardzo łatwo można dziecko z kąpielą wylać.

Czyli nic z tego nie będzie?

- Nie wiem tego. Ufam w rozsądek premiera.

I ufając w ten rozsądek myśli pan, że odłoży ten pomysł do lamusa.

- Będę patrzył z ciekawością na kształt ustawy, która będzie miała to uregulować.

O ile kiedykolwiek ujrzymy jakąkolwiek ustawę w tej sprawie.

- Myślę, że jeśli chodzi o inne rozwiązania, to tak.

A propos kierowców i jeżdżenia na trzeźwo: Autostrada Wolności i Autostrada Solidarności - nie zanadto pompatyczne nazwy?

- Nie, nie. Ja uważam, że po pierwsze to jest zwrócenie uwagi na to, co jest w naszym życiu najcenniejsze, czyli wolność, ale...

Ale czy trzeba zwracać na to uwagę, nazywając kawałki długiego wprawdzie, ale jednak tylko asfaltu takimi nazwami z górnej półki i z wysokiego C?

- Bez wolności to już sobie życia nie wyobrażamy, ale moim zdaniem coraz bardziej pustym dźwiękiem staje się dla nas solidarność. Chcę to powiedzieć jako człowiek lewicy. I jestem mile ujęty, że prezydent wcale nie lewicowych przekonań chce nasycać naszą wolność solidarnością, czyli lewicową wartością.

Wszystko zgoda, panie profesorze, tylko czy akurat autostrady? Świat nazywa autostrady lekko, łatwo i przyjemnie - Słońca, Północna, Morska. A my?

- Panie redaktorze, gdybyśmy żyli w państwie, które od tysiąca lat było niezagrożone, jeśli chodzi o jego wolność i solidarność, to też byśmy cieszyli się słońcem - akurat nie pod naszą szerokością geograficzną.

Czyli co? My rozdzieramy szaty...

- Nie rozdzieramy.

...i mówimy: "Wolność! Solidarność! Tak się będą nazywały nasze autostrady!"

- Nie, dlaczego...

Czyli uważa pan, że bolesna i trudna historia narodu polskiego powinna znaleźć odzwierciedlenie również w nazwach autostrad.

- Ale w tej propozycji prezydenta to jest nie tylko ukłon w stronę naszej przeszłości, to jest też pewien drogowskaz w stronę naszej teraźniejszości i przyszłości. To jest właśnie przekonanie, że o wolności zawsze trzeba pamiętać, bo jak się wolności nie pielęgnuje, to ona się potrafi wyrodzić w bardzo karykaturalne formy. A o Solidarności to naprawdę w Polsce trzeba pamiętać, bo tej Solidarności jest coraz mniej.

A na trzecią autostradę - bo jeszcze trzecia jest autostrada, ta na dole mapy, czyli na południu - to już nie starczyło pomysłu, czy nie ma żadnej idei, której prezydent chciałby poświęcić trzecią autostradę?

- Tego nie wiem. Ale będę bronił tego pomysłu. I wydaje mi się, że...

Nie ma pan innego wyjścia - doradca prezydenta... Wyobraża pan sobie, że prezydent zgłasza jakiś pomysł, a pan mówi: "fatalny, nie - beznadziejny"?

- Nie docenia pan swobody, jaką mamy w kancelarii. Zawszę mogę powiedzieć, że to nie jest obszar mojego zainteresowania, bo rzeczywiście drogi nie są obiektem zainteresowań doradcy do spraw historii.

Ale pompatyczne nazwy już są...

- Nie są pompatyczne! Są bardzo, bardzo na czasie... Poza tym jak nazwać taką autostradę - Autostradą Słońca? I co będzie z odśnieżaniem potem?

To można Autostradą Śniegu albo Zimową nazwać, albo Wschód-Zachód, Północ-Południe - no, proste nazwy...

- Myślę, że jeśli by urządzić taki ogólnonarodowy plebiscyt, to te nazwy by były akceptowane.

A czy prezydent ogłosi w tej sprawie jakiś projekt ustawy, bo chyba nie ma sposobu na nazywanie autostrad innego niż ustawowy?

- Na pewno legislatorzy sobie z tym poradzą!

Ale rozumiem, że jak nie będzie wyjścia, to i ustawa prezydencka się pojawi...

- Jeśli by się okazało, że ta rzecz wymaga aż ustawy, to myślę, że nie będzie żadnego kłopotu, żeby taką krótką ustawę przygotować, ale sądzę, że to w ramach obowiązującego ładu prawnego jest absolutnie do zrealizowania.

I te autostrady tak zostaną nazwane? Bo tak chce prezydent?

- Taka jest propozycja, taka jest idea prezydenta. Mnie się podoba, myślę, że tyle tylko, że warto pamiętać, że to jest nie tylko nawiązanie do historii, ale też i projekcja ku przyszłości.

Czy utyskiwania prezydenta na brak partii reform to oznaka rozdźwięku w obozie władzy?

- Nie. Przecież prezydent te słowa kierował do całej sceny politycznej.

Tak, ale w stosunku do własnej partii, rodzimej partii szczególnie chyba.

- Bo to jest partia najbardziej znacząca, współrządząca i jako ten dominujący koalicjant.

Gdzie prezydent ma szukać partii reform, jak nie w jego ukochanej Platformie?

- Prezydent namawia wszystkich polityków do tego, żeby odpuścili sobie trochę populistyczne hasła i jednak...

Tuska też?

- Wszystkich, ponieważ bardzo wysoko ceni Tuska. Im wyżej kogoś ceni, tym bardziej do niego te słowa adresuje.

I jest trochę rozżalony po OFE?

- Panie redaktorze, nauczyciel przede wszystkim adresuje swoje postulaty do tej lepszej części klasy. Nie wymaga, żeby nygusy z tylnych ławek stały się prymusami, więc tak samo jeśli prezydent apeluje do świata polityki o to, żeby wrócić do polskich reform, to apeluje też do prymusów polskiej polityki. Do premiera Tuska jak rozumiem w pierwszej kolejności, bo go bardzo wysoko ceni.

Ale skoro nie ma partii reform, to może prezydent by ją stworzył?


- Nie, prezydent Rzeczypospolitej nie jest od tworzenia partii, prezydent...

Ale od namawiania polityków do tego, żeby stworzyli taką partię już by mógłby być?

- Nie. I polska konstytucja bardziej w swoim duchu niż w zapisach od prezydenta oczekuje, żeby się nie angażował w działalność partyjną i polskie doświadczenie 25-letnie już blisko pokazuje, że jak prezydent zaczyna być sztandarem jakiejś partii, jednej instancji albo kombinuje żeby nową założyć, to staje się bardzo nieskuteczny.

A są tacy, którzy zakradają się po nocach do Pałacu Prezydenckiego i namawiają: Bronisławie, na koń siadaj, za szablę chwytaj, partię zakładaj, partię reform?

- Stosunek prezydenta do partyjności jest przecież powszechnie znany.

Jest taki, jak Piłsudskiego?

- Nie, Piłsudski walczył z partiami politycznymi zakładając swoją właśnie. Przecież BBWR był rządzącą partią.

Co prawda Piłsudski nie był prezydentem, ale o tej ścieżce właśnie mówię.

- Prezydent był wychowany w kulcie Piłsudskiego, darzył go wielkim szacunkiem, ale naprawdę nie marzy się Komorowskiemu Polska pomajowa. Prezydent nie zamierza przywracać Polski pomajowej.

Zwłaszcza, że z siadaniem na Kasztankę byłoby słabo, bo prezydent coś kontuzjowany podobno ostatnio.

- Ale nie przy jeździe konnej.

Narciarsko.

- Prezydent doznał kontuzji narciarskiej, ale wszystko jest na jak najlepszej drodze, prezydent urzęduje, normalnie funkcjonuje.

Ale nie widać go od jakiś dobrych paru tygodni.

- A nie, wczoraj była piękna uroczystość w pałacu w Belwederze, bo prezydent funkcjonuje w Belwederze.

Ale siedział, a nie stał.

- Tak.

Nie może stać?

- Siedział. Prezydent objął patronat nad stuleciem czynu legionowego. Chciałby dopełnić te uroczystości 25-lecia polskiej wolności.

Ale jak jest z formą kontuzjowanego prezydenta? Rzeczywiście coś jest nie tak? Ma nogę w gipsie? To jest jakiś ukrywany sekret kancelarii.

- Jestem doktorem historii, nie doktorem medycyny.

Widzi go pan, czy ma nogę w gipsie, czy nie.

- Ale nie leczę ludzi i nie diagnozuję jako lekarz.

Coś tam musi być nie tak, skoro tak to wszyscy ukrywacie.

- Przecież niczego nie ukrywamy. Prezydent funkcjonuje, jest pokazywany, miliony Polaków doznają takich kontuzji, wiedzą, że ich sprawność ruchowa jest potem ograniczona. Co tu ukrywać? Niczego nie ukrywamy. Jestem przecież szczery do bólu.



Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Nałęcz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy