Piskorski: To słabe nerwy Schetyny

Wyrzucenie z komisji hazardowej Kempy i Wassermanna to objaw słabych nerwów Grzegorza Schetyny w ostatnim czasie i jego próby dominacji nad klubem parlamentarnym. To raczej się stało na jego żądanie - mówił w Kontrwywiadzie RMF FM szef SD Paweł Piskorski.

Konrad Piasecki: Czy wyrzucenie Kempy i Wassermanna tak na pańską znajomość stosunków panujących w Platformie, mogło odbyć się bez wiedzy i zgody Donalda Tuska?

Reklama

Wydaje mi się, że mogło i to jest raczej objaw słabych nerwów Grzegorza Schetyny w ostatnim czasie i jego próby dominacji nad klubem parlamentarnym. To raczej się stało na jego żądanie.

Grzegorz Schetyna mówi, że też nic nie wiedział. Że "Secułe et consortes" podjęli tę decyzję samodzielnie i autonomicznie.

To zobaczymy w takim razie, kto będzie za tą niemądrą dla Platformy decyzję ukarany, bo to był z ich punktu widzenia wyjątkowy strzał do własnej bramki.

Jak pan zna Mirosława Sekułę, on mógł podjąć taką decyzję samodzielnie?

Nie wierzę w to.

Bo?

Bo Mirosław Sekuła jest osobą, która tego rodzaju rzeczy wydaje mi się zawsze konsultował i konsultować będzie.

Po co Grzegorz Schetyna miałby się tak mścić, rozprawiać z Kempą i Wassermannem? To nie są jacyś znaczący - z całym szacunkiem dla nich - przeciwnicy w komisji śledczej.

Wokół tej komisji toczy się w tej chwili bój, czy ona coś wyjaśni, czy nic nie wyjaśni i wydaje mi się, że wszystkie kroki typu bardzo krótki termin jej pracy, skład tej komisji pokazują, że Platforma chcę tę komisje zabić. To był jeden z elementów zabijania tej komisji.

Zabicie się nie udało, bo naród dość solidnie opowiedział się za Kempą i Wassermannem. Uważa pan, że w tej sytuacji zakończy się to wszystko polubownie? Oni wrócą do tej komisji?

Pierwszy raz odnajduję się w takiej dziwnej sytuacji w sprawie pani Kempy i pana Wassermanna. To nie są politycy z mojej bajki, a rzeczywiście mogłem się solidaryzować z nimi, bo byli niesłusznie usunięci z tej komisji. Nie wiem, czy wrócą. To będzie zależało, czy Platforma będzie się w stanie wzbić ponad swoją obawę o to, czym się zakończy praca komisji.

Nie wie pan czy wrócą, a wie pan i wierzy pan rzeczywiście, że te podłe knowania Platformy doprowadziły do antypiskorskiego buntu w SD?

Miałem takie sygnały, ale nie potrafię żadnego dowodu przytoczyć, w związku z czym nie wierzę.

Pańscy współpracownicy bardzo oznajmująco mówili, że już były obiecane trzy miejsca na listach - stanowisko wiceministra. Przesadzili, tak?

Dochodziły tego rodzaju sygnały, ale ponieważ ja nie mam żadnego potwierdzenia tego, więc w to nie wierzę, dopóki nie mam potwierdzenia.

A sygnały dochodziły, że kto buntuje i kto judzi, i podjudza?

Jest oczywiste, że Platformie Obywatelskiej zależało na tym, żeby Stronnictwo Demokratyczne nie mogło rozwinąć skrzydeł, żeby Andrzej Olechowski nie wystartował i żeby się nic nie działo, żeby nie było konkurencji.

Ale przecież pańska partia ma jeden procent. Kto by się bał partii z okrągłym, jednym procentem poparcia?

Niech pan pogada z politykami Platformy i pan zobaczy, kto się boi Stronnictwa i naszych działań.

To kto judzi? Jakieś nazwisko padnie? Nie wie pan, wycofuje się?

Nie mam żadnego dowodu, w związku z czym, dopóki nie mam, twierdzę, że tak nie było.

Udało się panu utrzymać władzę, to przesądza o starcie Andrzeja Olechowskiego w wyborach?

To jest pytanie do Andrzeja Olechowskiego. Liczę na to, że w ciągu najbliższego tygodnia poznamy jego decyzję.

Liczy pan, czy pan wie, że poznamy?

Ja bym bardzo chciał, żeby to była decyzja pozytywna. To jest decyzja Andrzeja Olechowskiego.

Ale rozmawia pan z nim.

Przed świętami będzie ta decyzja.

I jaka to będzie decyzja?

I co jeszcze?

Może pan wie po prostu. Jako szczery polityk zapewne zechce się pan podzielić ze słuchaczami.

Wielokrotnie rozmawiałem z Andrzejem Olechowskim i wiem, że to jest trudna decyzja i wyłącznie do niego należąca. Nikt tej decyzji nie powinien uprzedzać.

A dziś prawdopodobieństwo jego startu oceniłby pan na?

Wyższe niż niższe.

A wyższe niż jeszcze miesiąc temu?

Tak, zdecydowanie tak.

Bo jest Aleksander Kwaśniewski, bo jest jakaś propozycja współpracy z SLD? O co w tym wszystkim chodzi?

Propozycja Aleksandra Kwaśniewskiego moim zdaniem pokazuje szaloną dalekowzroczność Aleksandra Kwaśniewskiego, mianowicie to jest pytanie takie: czy kandydaci poza Donaldem Tuskiem i Lechem Kaczyńskim muszą koniecznie się zewrzeć w tych wyborach? Ta propozycja, jak ją rozumiem, brzmi tak: pokażmy w ciągu najbliższych miesięcy, kto jest najlepszy z tego peletonu. I na tego przerzućmy głosy. I uważam, że to jest bardzo w porządku.

Czy Olechowski, czy Szmajdziński, tak? I kiedy to przerzucanie głosów miałoby się odbyć: na miesiąc przed wyborami, na tydzień przed wyborami, czy na pół roku przed wyborami?

To nie jest objęte żadną negocjacją, to jest propozycja Aleksandra Kwaśniewskiego, którą uważam za bardzo mądrą.

Aleksander Kwaśniewski proponuje tak: niech Olechowski i Szmajdziński rozpoczną kampanie, zobaczymy, jakie będą sondaże i ten, który będzie gorszy, zrezygnuje na rzecz tego, który będzie lepszy.

Wydaje mi się, że tak. Tak ja rozumiem tę propozycję.

Ale pan z nim rozmawiał, to rozumiem, że jak politycy rozmawiają, to są w stanie jakoś się ze sobą porozumieć.

Też taką mam nadzieję i tak rozumiem tę propozycję. I mam nadzieję na to, że ona zostanie również przyjęta przez polityków SLD.

I SLD poparłoby liberała Olechowskiego, wierzy pan w to? Nie wystawiło własnego kandydata? Trzecia siła polityczna w kraju?

To jest duży sprawdzian wyobraźni, ale co przyjdzie SLD ze sromotnej przegranej, jeśli ona by nastąpiła, bo nie mówię, że tak na pewno będzie. Ale jeśli by była porażka, bo to politycy SLD sobie muszą odpowiedzieć na pytanie, czy lepiej porażka, czy lepiej wspólny kandydat, który otwiera scenę polityczną. Bo zgodzi się chyba pan z tym, że jak Platforma i PiS podzielą scenę polityczną, to i dla SLD, i dla innych sił nie ma miejsca.

Oczyma wyobraźni i w marzeniach już widzi pan sytuację, w której Andrzej Olechowski dostaje 10-20 procent w wyborach, po czym tworzy wspólny ruch na bazie i SD, i SLD, i Partii Demokratycznej?

Nie, wspólny ruch nie, ale wyobrażam sobie taką sytuację, która miała precedensy w Europie, to znaczy gdzie liberalni demokraci i socjalni demokraci się porozumiewali w związku z tym, że scena polityczna była zdominowana przez takie partie albo narodowe, albo konserwatywne. Tak było chociażby we Włoszech.

I nie zdziwilibyście się poparciem SLD?

Poparciem dla Andrzeja Olechowskiego z całą pewnością nie. Absolutnie nie. Jeśli ludzie, którzy chcą głosować na SLD gotowi byliby głosować na Andrzej Olechowskiego - to tutaj nie ma mowy o obrzydliwości.

Bo jest jeszcze drugi wariant: że jednak Olechowski ma gorsze sondaże i pan musi popierać Szmajdzińskiego. To trzeba wziąć pod uwagę.

Jeśli się powie "a", to trzeba powiedzieć "b". Jest pytanie, czy jesteśmy w stanie wytworzyć taką sytuację, w której ci pozostali kandydaci nie rywalizują ze sobą, tylko rywalizują z prawdziwymi przeciwnikami.

Powiedzmy, że pan jest gotów poprzeć Szmajdzińskiego, czemu nie.

Jeśli by była taka sytuacja, że to porozumienie jest zawarte, to uważam, że warto to porozumienie zawrzeć.

Szef NZS-u z 1989 roku poparłby szefa ZSMP z 1989 roku.

Prawda, jaki paradoks.

Żart historii.

Żart, tak, tak. Tak, ale na szczęście dzięki NSZ-owi, w którym pan, panie redaktorze, też był i był bardzo dzielnym jego działaczem, między innymi dzięki NZS-owi, dzięki wielu wspaniałym ludziom, odzyskaliśmy niepodległość i dzisiaj możemy powiedzieć po dwudziestu paru latach od tego momentu, że ten podział już nie jest tak kluczowy dla nas.

Ja dzielny nie byłem, bo ja przystąpiłem w 1989, bo dopiero wtedy mogłem zdawać na studia z racji wieku.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje