RMF24: Bałwanek z kałachem, czyli Boże Narodzenie w Kabulu

"W tamtych świętach fajne było to, że każdy czuł się jakby sierotą i wszyscy byliśmy nagle jacyś bardzo bliscy sobie. To nie były święta przymusowe. Było bardzo spontanicznie" - mówi w rozmowie z RMF FM Paula Hanasz, która dwukrotnie spędzała Boże Narodzenie w Afganistanie jako cywilny pracownik NATO. Opowiada też o polskich krówkach w Kabulu, afgańskich policjantach lepiących bałwanka i codziennym życiu na misji. "Nie ma mowy. Na pewno zostaję!" - zapewnia pytana o to, czy gdyby dalej pracowała w Afganistanie, na kolejne święta pojechałaby do domu.

Maciej Nycz: Zanim przejdziemy do świąt to najpierw muszę zapytać o to, jak pani trafiła do Afganistanu. Co trzeba zrobić, żeby tam się dostać nie będąc człowiekiem w mundurze?

Paula Hanasz, ekspert ds. bezpieczeństwa, były pracownik NATO w Afganistanie: - To wszystko stało się przez internet. Kończyłam studia magisterskie w Anglii. Ktoś mi powiedział, że siły NATO w Afganistanie poszukują cywili. Wysłałam CV przez internet, później był króciutki wywiad przez telefon. Niedługo potem znalazłam się w Kabulu.

Reklama

Ten wyjazd to miała być bardziej przygoda, szansa na rozwój zawodowy czy jeszcze coś innego?

- Dobre pytanie. To była na pewno znakomita szansa na rozwój kariery. Już kilka lat po powrocie nadal czuję, że tamte doświadczenia mi pomogły. Ale to też po prostu super przygoda! Jestem taką osobą, która lubi przygody.

Bliscy raczej odradzali wyjazd, mówili: "Paula, zastanów się, co Ty będziesz robić między tymi wszystkimi facetami", czy raczej zachęcali?

- Raczej to pierwsze. "Co Ty robisz, tam ciągle jakieś bomby, eksplozje. Po co Ci to?". Cieszę się, że nie słuchałam najbliższych i pojechałam. To było doświadczenie, którego nie mogłam przewidzieć. Realia w Kabulu były zupełnie inne od tego, co widzi się w telewizji i czyta w gazetach. To była fantastyczna przygoda, ale też bardzo normalne przeżycie - pracowałam codziennie, siedziałam przed komputerem, wieczorami spotykaliśmy się ze znajomymi...

A czym dokładnie się pani zajmowała na misji? Tak jak bohaterka pani książki "komunikacją medialną", czyli tak naprawdę propagandą?

- To, czym się zajmowałam na co dzień to było właściwie dziennikarstwo. Byłam redaktorem i pracowałam w ekipie medialnej. Byli tam też afgańscy dziennikarze z radia, gazet, telewizji. Chodziło generalnie o to, żeby pokazać Afgańczykom, że nie jest tak źle. Wyjaśnić, czym jest demokracja, jak będą wyglądać wybory albo co robi policjant. W kraju, gdzie nie było policji to jest jakaś dziwna osoba...

Od razu kojarząca się z jakimiś siłami, jakimś przymusem. Pani to pokazuje w tej książce, że my, myśląc o Afganistanie, narzucamy takie dość oczywiste dla nas kategorie, których miejscowi nie muszą rozumieć.

- I ja właśnie miałam pokazać, że nie jest tak źle, jak może innym się wydaje.

A jak wyglądał pani przykładowy dzień? Jeżeli my myślimy "Afganistan", od razu kojarzymy z tym jakiś wojskowy dryl, ścisły plan dnia.

- Moje życie w Afganistanie było super. Miałam dużo wolności jako człowiek w cywilu. Mieszkałam w bazie wojskowej, ale mogłam wychodzić, kiedy chciałam, iść do każdej restauracji... Dzień zaczynał się o 8 rano, często robiłam plany, czym będziemy się zajmować w najbliższych tygodniach i miesiącach. Później wychodziłam służbowo na miasto - np. na uniwersytet kabulski. Chodziło o to, by spotkać się ze studiującymi tam kobietami i pytać o ich plany życiowe.

Kilka razy w tygodniu wychodziliśmy z moją ekipą na ulice i pytaliśmy, jak oceniają to, co teraz publikujemy. Pracowaliśmy do 18, 19. Jeden dzień wolny w tygodniu to był piątek. Wieczorami mogłam się spotykać ze znajomymi poza bazą. To było bardzo fajne, ale też pożyteczne profesjonalnie. Wiedziałam, co będą pisali dziennikarze dla "Guardiana", czym się zajmują organizacje charytatywne.

W swojej powieści "W miłości i na wojnie" bardzo niewiele miejsca poświęca pani Bożemu Narodzeniu. Bohaterka mówi na przykład: "Nie myślałam o zbliżających się świętach i byłam zaskoczona, kiedy nadeszły. Większość osób wyjechała do domów, zostali tylko ci, którzy nie mieli do kogo wracać". Jak to było w pani przypadku? Została pani na święta, bo nie mogła, czy może nie chciała pani wyjechać? To miała być jakaś próba, chciała się pani sprawdzić czy po prostu tak wyszło?

- Nie czułam presji, żeby wrócić do domu na święta. Ci wszyscy, którzy zostali w Kabulu - z różnych powodów - stworzyli bardzo fajną atmosferę. Wszyscy się bliżej wtedy trzymają i bardziej doceniają to, co mają.

Czyli to nie jest tak, że ci, którzy zostają, chowają się po kątach i dzwonią do rodziny?

- Nie. Była integracja. Pamiętam, że mieliśmy choinkę w biurze. Afgańczycy byli dla nas bardzo mili. To jest bardzo ciepła, gościnna kultura. Oni doceniają święta religijne. Bardzo współczuli nam,  że nie mogliśmy być z rodziną w takim świątecznym czasie. Rozumieli też religijny aspekt tych świąt.

Ja znowu sięgnę do pani książki. "Bałwan wyglądał groźnie z czerwonymi oczami z kapsli od butelek i kałasznikowem z patyków. Strażnicy ustawili go pod jedną z ambasad" - to jest chyba obrazek Bożego Narodzenia, który najbardziej wpada w pamięć po przeczytaniu "W miłości i na wojnie".  Kiedy pani myśli o świętach tam, to co przychodzi do głowy w pierwszym momencie?

- Mnóstwo rzeczy! Najbardziej uroczą rzeczą w kulturze afgańskiej jest dla mnie to, że z jednej strony jest wojna, przemoc, broń, ale Afgańczycy - groźnie wyglądający mężczyźni o wielkich brodach - uwielbiają poezję i kwiaty. Oni umieją się cieszyć jak dzieci. Ten bałwan był bardzo fajny - chyba policjanci go zbudowali. To niby nie pasuje, ale w Afganistanie tak często jest. Jednym z moich najfajniejszych doświadczeń zawodowych było to, jak na Nowy Rok afgański zrobiliśmy naklejki "życzymy dużo szczęścia" z jakąś różą. Później masę tych naklejek widziałam na autach wojsk afgańskich albo na karabinach.

A żyjąc w zamkniętym, sztucznym świecie misji można się w ogóle przygotować do świąt? Kiedy czuje się, że one się zbliżają?

- a bardzo nie lubię marketingowej strony świąt. Jak byłam w Afganistanie, był śnieg, było zimno, to bardzo mi to przypominało tradycyjne, europejskie święta. W Kabulu są różne sklepy - właściwie tylko dla ludzi z zagranicy albo bogatych Afgańczyków - gdzie można kupić np. polskie krówki, zagraniczne mydła itp. Tam już od początku grudnia były dekoracje świąteczne, czuło się atmosferę.

Media w Polsce i nie tylko pokazują święta na misji zawsze tak samo. Są żołnierze, którzy dzwonią do rodziny, uśmiechnięci odpakowują prezenty, śpiewają kolędy. Ile to ma wspólnego z rzeczywistością? Co się dzieję, jak kamera się wyłączy?

- Dużo się pije. Polscy żołnierze mają łatwiej niż inni - Amerykanie mają absolutny zakaz spożywania alkoholu, Australijczycy mogą tylko w święta, Brytyjczycy też mają limit... Oczywiście, tak jak piszę w książce, zakaz zakazem, ale alkohol można łatwo znaleźć. Jak żołnierze skończą już rozmowy z rodziną, to albo wracają do pracy, albo jest mała balanga. Życie tam nie jest aż tak smutne, jak wygląda w mediach.

Ono jest pokazywane właśnie jako smutne, ale też dosyć jednowymiarowe. Patrzy się na tych żołnierzy i chciałoby się powiedzieć: "Strasznie nudne te święta macie, chłopaki!". Piękna okolica, międzynarodowe towarzystwo, można by się poznać, pogadać...

- W Kabulu fajne było to, że Polacy dzielili się opłatkiem, inni mieli swoje tradycje. W bazie było małe kino, gdzie można było obejrzeć film, kilka restauracji. Można było się spotykać. Dla mnie życie tam na pewno nie było monotonne.

Czyli rozumiem, że pani, wiedziona dziennikarskim instynktem raczej przegadywała te święta?

- Tak jest (śmiech).

A po tym wyjeździe został pani jakiś zwyczaj? Afgańskie święta wniosły coś do tego, jak pani świętuje, czy to po prostu wyjątkowe doświadczenie, wspomnienie?

- Mogę zawsze się chwalić: "Jak ja byłam w Afganistanie". W tamtych świętach fajne było to, że każdy czuł się jakby sierotą i wszyscy byliśmy nagle jacyś bardzo bliscy sobie.

W pani książce właśnie też czuje się ten klimat. Afganistan wygląda trochę jak jedna wielka impreza, bo dużo tam opisów różnych przyjęć. Czuje się też, że tam są niby dorośli, poważni ludzie, ale taka atmosfera wycieczki szkolnej istnieje do pewnego stopnia.

- Ja miałam bardzo specyficzne doświadczenia. Miałam więcej swobody niż inni i spędziłam tam więcej czasu. Jako osoba, która lubi przygody, po prostu chciałam jak najwięcej mieć z mojego życia tam. Trochę przesadzam w książce, ale nie kłamię, gdy mówię, że w Kabulu jest dużo restauracji, dużo barów, a ludzie mimo poważnych zajęć lubią się bawić. Cieszą się tym, że spotykają bardzo ciekawych ludzi.

A jakby pani miała porównać, to pierwsze święta w Kabulu się jakoś różniły od drugich?

- Na drugi raz się dużo bardziej cieszyłam, że zostaję i bardziej planowałam ten czas. Byłam pewna, że na pewno chcę tam być, że było fajnie w poprzednim roku i teraz też będzie. Ciekawe jest to, że w tym czasie niby się jest w pracy, ale właściwie jest taka atmosfera, że się nie pracuje, albo dzień się kończy wcześniej...

Czyli rozumiem, że gdyby pani jeszcze raz znalazła się w takiej sytuacji, to nie ma mowy o jeździe do domu?

- Nie ma mowy. Na pewno zostaję!

Dalszą część wywiadu przeczytaj na stronie RMF24.

Maciej Nycz

Informacja własna

RMF24.pl
Dowiedz się więcej na temat: Paula Hanasz | Afganistan

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje