Mija 15 lat od zatonięcia promu Heweliusz

W przededniu 15. rocznicy tragicznej katastrofy na Bałtyku polskiego promu "Jan Heweliusz" w Szczecinie rozpoczęły się uroczystości rocznicowe. W katastrofie promu zginęło 55 osób.

Uroczystości pod hasłem "Jan Heweliusz - pamiętamy" zakończą się 14 stycznia - w dniu, w którym 15 lat temu prom zatonął. Zainaugurowano je w piątek sympozjum naukowym "Bezpieczeństwo żeglugi w rejonie Bałtyku".

Reklama

Odbyła się także prezentacja wydawnictwa autorstwa Kingi Brandys "Jan Heweliusz - pamiętamy 1993-2008", która po raz pierwszy opisuje kalendarium wydarzeń związanych z katastrofą, w tym także, minuta po minucie, akcję ratowniczą po zatonięciu jednostki. Zawiera także wspomnienia ocalałych i rodzin ofiar.

Uroczystości rocznicowe zaplanowano także w Gdańsku, gdzie w sobotę w tamtejszej Bazylice Mariackiej zostanie odprawiona msza święta w intencji ofiar tragedii i ich rodzin. Po mszy pod gdańskim pomnikiem "Tym, którzy nie wrócili z morza" zostaną złożone kwiaty i wieńce. W Centralnym Muzeum Morskim zostanie otwarta wystawa poświęcona tragedii.

W Szczecinie z udziałem metropolity szczecińsko-kamieńskiego w tamtejszej katedrze msza święta w intencji ofiar odbędzie się w niedzielę. W poniedziałek przed świtem, o 5.00 w godzinę przewrócenia się promu, na szczecińskim Cmentarzu Centralnym przed pomnikiem "Tym, którzy nie powrócili z morza" zaplanowano apel poległych. Natomiast o 11., w godzinę zatonięcia promu, zawyją syreny w Szczecinie, Świnoujściu, Gdańsku i Gdyni.

Zatonięcie "Heweliusza" to największa w czasie pokoju katastrofa morska w historii polskiej żeglugi. Zginęło w niej 35 pasażerów, w tym dwoje dzieci, oraz 20 członków załogi. Odnaleziono 39 ciał. Zginęli obywatele Polski, Austrii, Węgier, Szwecji, Czech i Norwegii.

W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku "Heweliusz" wypłynął w rejs ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad. Panowały ekstremalne warunki atmosferyczne - sztorm miał wówczas moc huraganu, wiatr osiągał w porywach prędkość 160 km/h, a wysokość fal dochodziła do pięciu metrów. Około godziny 5.00 w odległości 20 mil morskich od wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia prom się przewrócił. Jego wrak spoczywa na głębokości 25 metrów pod powierzchnią morza.

Przez wiele lat odszkodowań za śmierć bliskich domagały się przed sądami rodziny ofiar. W 2003 roku Sąd Okręgowy w Szczecinie oddalił pozwy wdów o odszkodowania, argumentując, że roszczenia uległy przedawnieniu.

Wdowy uznały, że zawinił reprezentujący je pełnomocnik i złożyły na niego zażalenie. Sąd Apelacyjny w Poznaniu pół roku później uchylił wyrok sądu szczecińskiego, a sprawą adwokata zajęła się Okręgowa Rada Adwokacka, która na trzy miesiące pozbawiła mecenasa prawa wykonywania zawodu.

Wdowy po marynarzach wytoczyły w końcu państwu polskiemu sprawę przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, gdzie reprezentujące je Stowarzyszenie Wdów i Rodzin Marynarzy złożyło skargę. Sprawę ostatecznie wygrały.

Kobiety zarzuciły Izbom Morskim w Gdańsku i Szczecinie, które przez parę lat prowadziły postępowanie w sprawie przyczyn katastrofy, nieprawidłowości w dochodzeniach i procesach.

Izba pierwszej instancji obarczyła winą kapitana promu. W kolejnym procesie kapitana oczyszczono z zarzutów, a odwoławcza Izba Morska w Gdyni stwierdziła, że prom wypłynął w morze niezdatny do żeglugi i przy bardzo trudnych warunkach pogodowych. Uznała też, że popełniono błędy w nawigacji.

W 2005 r. Trybunał przyznał 11 wdowom po marynarzach odszkodowanie za straty moralne w wysokości 4,5 tys. euro dla każdej z nich. Sędziowie Trybunału uznali, że obie izby morskie prowadząc postępowania były stronnicze i nieobiektywnie zbadały sprawę zatonięcia promu. Zgodnie z orzeczeniem Trybunału państwo polskie zostało zobowiązane do wypłaty wdowom odszkodowania oraz do zmiany prawa o izbach morskich, by spełniało ono europejskie standardy

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje