Joanna Pietrusiewicz: Z bezpłatnym znieczuleniem może być różnie

- Szpitale otrzymają więcej pieniędzy za porody siłami natury, ale muszą zatrudnić więcej anestezjologów. Pieniądze na to się znajdą, ale nie wiem, czy tak szybko uda się znaleźć dobrych specjalistów, bo wielu lekarzy tej specjalizacji wyjechało z kraju – mówi Joanna Pietrusiewicz, Prezes Zarządu Fundacji "Rodzić po ludzku".

Katarzyna Pruszkowska: W mediach pojawiły się informacje o tym, że od początku lipca w polskich szpitalach można rodzić bez bólu, bo znieczulenie przysługuje każdej pacjentce. W sieci od razu pojawiły się komentarze "ale ja rodziłam w 2012, miałam znieczulenie i to za darmo".

Reklama

Joanna Pietrusiewicz: - Rzeczywiście, w niektórych szpitalach taka możliwość  istniała już wcześniej.  Znieczulenie zewnątrzoponowe oferowały niektóre szpitale, było to jednak duże obciążenie dla budżetu szpitala, ponieważ refundacja takiego porodu nie pokrywała wszystkich kosztów z nim związanych. Część szpitali traktowała to  jak zabieg PR, by przyciągnąć do siebie pacjentki. Nie było to powszechne rozwiązanie.

Czy nowa ustawa gwarantuje bezpłatne znieczulenie?

- Teoretycznie tak. Ale w praktyce może być z tym różnie. Szpitale otrzymają więcej pieniędzy za porody siłami natury (2200 zł, czyli o 400 zł więcej niż dotychczas - przyp. red.), ale muszą zatrudnić więcej anestezjologów. Pieniądze na to się znajdą, ale nie wiem, czy tak szybko uda się znaleźć dobrych specjalistów, bo wielu lekarzy tej specjalizacji wyjechało z kraju.

Pojawiły się także opinie, że zagwarantowanie bezpłatnego znieczulenia może sprawić, że liczba cesarskich cięć spadnie.

- Podchodzę do takich prognoz sceptycznie. Oczywiście wprowadzenie znieczulenia zapewni rodzącym komfort, bo wiele kobiet bardzo boi się bólu. Wiele z nich, mając do wyboru szpital, w którym opieka jest na wysokim poziomie, ale nie ma znieczulania, a szpital, który ma trochę gorsze opinie wśród kobiet, wybierało ten drugi. Ale kobiety boją się nie tylko bólu.

- Boją się nieodpowiedniego traktowania, braku informacji o przebiegu porodu, a później o stanie dziecka.  Dostajemy wiele listów od kobiet o tym, że najbardziej w pamięć zapadały nieodpowiednie, raniące słowa, krzyki, złe, przedmiotowe traktowanie. Takie doświadczenie porodowe może mieć wpływ na decyzje związane z kolejną ciążą. A kobiety, które słyszały jej historię, mogą nie chcieć przechodzić przez podobne , pełne upokorzeń i wstydu,  sytuacje i zdecydować się na cesarskie cięcia.

- Z drugiej strony mamy położne, z którymi również rozmawiamy. Są przemęczone, niewyspane,  ciągle niewiele zarabiają, jest ich za mało. Mówią nam, że często nie mają możliwości zatroszczenia się o jakość opieki, bo muszą ogarniać sytuację na bieżąco. "Ogarnąć" - właśnie tego słowa używają najczęściej - skupiają się na tym, żeby podczas porodu nie doszło do tragedii, więc nie mają czasu na zastanawianie się, jaka pozycja byłaby dla rodzącej najwygodniejsza. Nie potępiajmy więc tak łatwo personelu.

Jak pani ocenia wprowadzone zmiany?

- Pozytywnie, ale podchodzę do nich ostrożnie. Nasza Fundacja od lat zabiegała o ujednolicony standard regulujący pracę w szpitalach położniczych. Efektem tego są tzw. "Standardy Opieki Okołoporodowe", czyli  dokument w randze rozporządzenia, który reguluje procedury związane z ciążą fizjologiczną, porodem fizjologicznym, połogiem i opieką nad noworodkiem. To jest dobry dokument, tyle że niewiele szpitali realnie przestrzega tych zapisów.

- Rozwiązania, które zostały wprowadzone, plasują nas w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o standardy opieki nad rodzącymi. Problem w tym, że zostały wprowadzone bardzo wybiórczo. Nie wszędzie można rodzić w pozycji wertykalnej, częściej rodzące leżą. Nie wszędzie informuje się je o przebiegu porodu, planowanych działaniach np. podaniu oksytocyny, nie wszędzie prosi się o zgodę na niektóre zabiegi np. nacinanie krocza. A to wszystko gwarantuje prawo. W teorii.

- Dlatego tak sceptycznie podchodzę do tego, co jest zapisane  na papierze. Uważam, że Ministerstwo powinno wziąć odpowiedzialność na siebie za wdrożenie "Standardów". Znamy już powody, które utrudniają działanie tego dokumentu. Czas zacząć rozwiązywać problemy.  Chciałabym, żebyśmy zaczęli rozmawiać nie o zmianach, ale o tym, co zrobić, żeby już istniejące, oczywiście w teorii, standardy wreszcie zaczęły działać. Chcieliśmy się w tej sprawie spotkać z ministrem zdrowia, ale na razie nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Cisza!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje