Reklama

Reklama

Małgorzata Wassermann: Wolność słowa idzie u nas za daleko

Małgorzata Wassermann /Mateusz Wlodarczyk /FORUM

"Nie może być tak, że właściciel portalu odmawia udostępnienia danych. Jeżeli tak, to taki portal, według mnie, powinien być w jakiś sposób koncesjonowany. Wyobraźmy sobie, że ktoś napisze o innym kompletną nieprawdę, a ten zaatakowany nic nie może z tym zrobić. Przecież siła rażenia wpisu w internecie jest ogromna i może wyrządzić wiele krzywdy" – mówi w rozmowie z Interią Małgorzata Wassermann, posłanka i kandydatka PiS do Sejmu, przewodnicząca komisji ds. Amber Gold.

Reklama



Aleksandra Gieracka, Krystyna Opozda: Wysoko ma pani zawieszoną poprzeczkę przed tymi wyborami.

Małgorzata Wassermann: - Zawsze z dużą pokorą podchodzę do wyników.

Reklama

Cztery lata temu zdobyła pani ponad 81 tys. głosów, co dało piąty wynik w kraju. Uda się powtórzyć ten sukces?

- 13 października zobaczymy, jak ocenią mnie Małopolanie. Wierzę, że docenią moją czteroletnią pracę w parlamencie.

Paweł Kowal - "jedynka" Koalicji Obywatelskiej w Krakowie - to groźny konkurent? Walczy też o głosy umiarkowanych wyborców PiS...

- Nie obawiam się ani Pawła Kowala, ani żadnego innego rywala. Moja uwaga skupia się na tym, by PiS wygrało wybory, byśmy mieli większość i byśmy mogli, tak jak teraz, patrzeć ludziom w twarz i słyszeć, że oni nam bardzo dziękują za to, że żyje im się lepiej.

Kowal ciągle ubolewa, że nie chce z nim pani dyskutować. Irytuje to panią?

- W ogóle mnie to nie irytuje. Prywatnie lubię Pawła Kowala. Nie widziałam go kilka lat, nasze drogi się rozeszły, ale bardzo dobrze mu życzę. Jednak niekoniecznie dobrze życzę jego dzisiejszej formacji, bo uważam, że KO nie jest dobra dla Polski. Paweł Kowal zaczepia mnie w taki sposób, a przecież wie, że termin debaty kandydatów mamy ustalony na 10 października.

Zapowiadał, że wyśle do pani list z zaproszeniem do indywidualnej debaty. Wysłał?

- Wysłał. Tylko, co mam mu odpowiedzieć: "Paweł, wytrzymaj jeszcze, bo 10 października spotkamy się na debacie"? Sam się prosi, żebym w taki sposób odpowiadała. Inna sprawa jest taka, że ja Pawła Kowala w Krakowie nie widzę.

Widać go na krakowskich ulicach: spotyka się z ludźmi, rozdaje kawę, ma sporo billboardów. Pani nie jest aż tak widoczna. Dlaczego?

- To zależy, gdzie kto patrzy. Prowadzę kampanię codziennie, spotykam się z krakowianami na spotkaniach, festynach, rozdajemy ulotki, uczestniczę w wielu ważnych wydarzeniach i imprezach. Widzę te wszechobecne plakaty pozawieszane niemal wszędzie i nie jestem do końca przekonana, że wyborcom to się podoba. Wierzę, że 13 października Małopolanie dokonają wyboru przez pryzmat ciężkiej pracy i zaangażowania, a nie przez pryzmat liczby banerów. Szczerze mówiąc, na żadnej z imprez w województwie nie spotkałam Pawła Kowala.

Na antenie Radia Zet nazwała go pani "ciałem obcym". Skarżył się, że "nieładnie" się pani zachowała.

- Nie miałam nic złego na myśli. Mówiłam jedynie o tym, że on jest tak traktowany przez Platformę. A z drugiej strony, przecież trudno powiedzieć, że Paweł Kowal jest z Krakowa...

"Spadochroniarze" na listach partii to nie jest nowe zjawisko. W PiS są analogiczne przykłady - Mateusz Morawiecki jest "jedynką" w Katowicach, Zbigniew Ziobro kandyduje z Kielc.

- Nie kwestionuję tego. Mówię jedynie o Krakowie, tyle. Z premierem jest trochę inaczej, bo ma tak ogromną władzę, że na pewno bardzo dużo dobrego dla Śląska zrobi. Zresztą on ma też spojrzenie globalne.

Nie zapowiada się też, aby premier wziął udział w debacie z "jedynką" Koalicji na katowickiej liście - Borysem Budką. Oceniła pani na antenie RMF, że "to nie ta ranga". Przecież to są "jedynki" - osoby równorzędnie rywalizujące ze sobą. Jaki więc jest powód?

- Nie ta ranga, nie ta waga - podtrzymuję. Choćby dlatego, co wydarzyło się podczas wtorkowej debaty (chodzi o "paragon hańby PiS", jaki Borys Budka przedstawił podczas debaty w TVP - przyp. red.). Jeżeli ktoś posługuje się takimi metodami jak Borys Budka, to z całym szacunkiem, ale do premiera Mateusza Morawieckiego, to mu jeszcze dalej, niż do tej pory myślałam.

Ma pani na swoim koncie porażkę w walce o fotel prezydenta Krakowa. Przegrana z Jackiem Majchrowskim pani ciąży?

- Zarówno sukces jak i porażka są wpisane w życie ludzkie. Jedno i drugie trzeba umieć przyjąć z klasą i wyciągnąć wnioski. Myślę, że można było wówczas zrobić więcej, ale jedynie w zakresie około 1-2 punktów procentowych. Wygrana byłaby bardzo trudna. Wtedy nagminnie słyszałam, że gdybym nie była z PiS, to ludzie by na mnie głosowali. To jest absurdalny argument. Nie wiem, skąd jest taki straszny lęk u niektórych i taka niechęć do PiS.

Dziś też PiS jest tak negatywnie odbierane na ulicach Krakowa?

- Jest różnie. Pod Krakowem jest bardzo dobrze, a w Krakowie część osób nas wspiera, część jest nam przeciwna. Bardzo boleję nad tą polaryzacją i jej nie rozumiem. Przecież to jest nawet wskazane w demokracji, żebyśmy się nie zgadzali, ale nie, broń Boże, nienawidzili. Te uczucia trzeba odstawić gdzieś na bok. Ludzie mówią, że widzą mnie zupełnie inaczej, niż to przedstawia obraz wykreowany w mediach.

Miała pani jakieś przykre doświadczenia na ulicy ze strony przeciwników PiS?

- Nigdy w cztery oczy się z tym nie spotkałam, ale to nie znaczy, że w stosunku do mnie tego nie ma. Raz w życiu miałam wyjątkowo przykrą dla mnie sytuację. W kościele, podczas podawania sobie ręki na znak pokoju, jedna kobieta odwróciła się ode mnie. Przeżyłam to strasznie, bo przecież jej nie znałam, nie żywiłam do niej żadnych uczuć. Gdyby mi powiedziała, że głosuje na kogokolwiek innego, to i tak bym jej rękę podała. Ja szanuje ludzi o innych poglądach.

Wrogie zachowania pojawiają się po obu stronach. Przeciwnicy mają PiS-owi wiele do zarzucenia. Ich zdaniem łamana jest konstytucja, nieprzestrzegane są zasady praworządności...

- Odrzucając wszystkie demony na temat PiS, które krążą w opinii publicznej, warto sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, czy przez te ostatnie lata żyło nam się gorzej? Czy dotknęła nas jakaś cenzura, albo prześladowanie? Niech sobie każdy zada takie pytanie. Większości społeczeństwa komfort życia się poprawił, jest niewiele grup społecznych, które jeszcze nie otrzymały wsparcia wprost - ja akurat się do tej grupy zaliczam  - nie mam dzieci, skończyłam 26 lat, ale tak to było skrojone, aby w pierwszej kolejności wesprzeć najbardziej potrzebujących.

Jednak ta grupa, o której pani wspomniała, ma powody, by czuć się pominięta.

- Młodzi dostali 500 plus...

Mówimy o osobach po 26. roku życia, bez rodziny i zarabiających powyżej pensji minimalnej. Innymi słowy - polska klasa średnia. PiS pominęło takie osoby w swoim programie.

- Dla klasy średniej wprowadziliśmy obniżenie CIT-u z 19 do 9 proc.

To rozwiązanie z licznymi wyjątkami i dla przedsiębiorców. Co z osobami na umowach o pracę?

- Odpowiedzmy sobie uczciwie na pytanie, czy ci, którzy dziś mówią, że jest im ciężko, wyobrażają sobie, jak mieli przeżyć ci, którzy dostawali 1540 zł najniższej krajowej? Tych, którzy czegokolwiek nie uzyskali, jest niewielu.

Jeśli PiS wygra wybory, to w nowej kadencji pochyli się nad pominiętą grupą Polaków?

- Na pewno, bo w kwestii klasy średniej będziemy szli w kierunku ułatwienia prowadzenia działalności. Od czegoś trzeba zacząć. Staramy się robić to w miarę sprawiedliwie. Niemal codziennie jestem w terenie i  czasem słyszę głosy, że to wciąż za mało, że ludzie chcieliby zarabiać więcej. Zgadzam się, ale to nie jest tak, że można jednym podnieść 1000 czy 2000 zł, a resztę pominąć, bo każdy miał mało i przez te cztery lata staramy się po trochu dawać wszystkim. Jestem pewna, że będziemy szli coraz wyżej. Popatrzmy na to sprawiedliwie - kto jest represjonowany, komu coś zabrano, kto jest pozbawiony wolności słowa? Wręcz przeciwnie, uważam, że wolność słowa idzie u nas za daleko.

W Polsce jest za duża wolność słowa?

- Proszę spojrzeć na SokzBuraka. Nie mogę od Facebooka otrzymać informacji, kto jest użytkownikiem adresu, z którego napisano o mnie kłamstwo, bo Facebook nie chce tej informacji wydać. Czy to jest wolność słowa?

W tym obszarze powinny nastąpić jakieś zmiany?

- Tak, jak najbardziej.

Jakie?

- Nie może być tak, że właściciel portalu odmawia udostępnienia danych. Jeżeli tak, to taki portal, według mnie, powinien być w jakiś sposób koncesjonowany. Wyobraźmy sobie, że ktoś napisze o innym kompletną nieprawdę a ten zaatakowany nic nie może z tym zrobić. Przecież siła rażenia wpisu w internecie jest ogromna i może wyrządzić wiele krzywdy.

PiS zamierza zmienić prawo w tym obszarze?

- Mówię jedynie o tym, co ja - jako Małgorzata Wassermann - bym zrobiła. Na razie nie ma takich planów. Natomiast myślę, że jeśli mamy skończyć z językiem nienawiści, to pełna wolność słowa , ale bez rozpowszechniania kłamstw.

Według tygodnika "Polityka" na jednym ze spotkań wyborczych miała pani zapowiedzieć, że "zajmie się tym, aby internet był dozwolony od 15. roku życia". To prawda?

- "Polityka" jest tak wiarygodna, że szkoda mówić. Mówiłam na tym spotkaniu o czymś innym.

Czyli nie ma takiego pomysłu?

- Nie, to nie jest projekt, czy pomysł. To jest rozpoczęcie dyskusji między rodzicami, dyrekcją szkoły, nauczycielami. Czy ktoś w Polsce zaprzeczy, że mamy dzisiaj problem z kompletnie uzależnionym od internetu pokoleniem?

Problem jest realny, ale czy powinien być rozwiązywany przez państwo? Czy to nie jest wyłącznie odpowiedzialność rodziców?

- To nie tak, że wyskoczy Małgorzata Wassermann i powie, że zakazujemy internetu. Jest realny problem, dotyczy coraz młodszych dzieci, biją na alarm psychologowie, rehabilitanci. Jeżeli nie rozpoczniemy dyskusji, co z tym zrobić, to co będzie dalej? Nie mam gotowego projektu, ale chyba każdy się zgodzi, że nie należy udawać, że temat nie istnieje.

Mówimy o koncepcji rozszerzonego nadzoru rodzicielskiego?

- Mówimy, że jest problem i że moglibyśmy z nim powalczyć. Jedno z pytań, które należałoby sobie postawić, brzmi: czy nie powinno być tak, że telefon z dostępem do internetu można posiadać od któregoś roku życia? Czy naprawdę jest konieczne, żeby 10-letnie dziecko miało internet w komórce?

Jak taki pomysł wprowadzić w życie? Takie ograniczenie byłoby całkowicie fikcyjne.

- W innych krajach na ten temat już się rozmawia. Nie jestem ekspertem, powiedziałam o problemie i chciałabym, żeby eksperci wypracowali odpowiedni stan prawny.

To jest temat, którym chciałaby się pani zająć w kolejnej kadencji?

- Mówiłam o nim bardzo dużo w kampanii prezydenckiej i wówczas ludzie oczekiwali, że ktoś zacznie się tym zajmować i o tym mówić.

Mijającą kadencję zdominowała pani z kolei komisja śledcza do spraw Amber Gold. Jest pani zadowolona z tego, co udało się osiągnąć?

- Nie prowadziłam tej komisji ku zadowoleniu swojemu, lub kogoś innego. Wykonaliśmy kawał ogromnej roboty. Liczę na to, że mimo wszystko, prędzej czy później dowiemy się, kto stał za Amber Gold. Mam na myśli imię i nazwisko tej osoby, bo grupy, które brały w tym udział mniej więcej zidentyfikowaliśmy.

Ma pani jakąś hipotezę?

- Tak. Ale od hipotezy do udowodnienia jest jeszcze daleka droga. Mogę powiedzieć jedną rzecz... Jak ktoś idzie siedzieć, to przez pierwsze pół roku nie może wytrzymać w warunkach tymczasowego aresztu i jest gotowy zrobić bardzo dużo, żeby tylko stamtąd wyjść. Marcin P. chciał zostać świadkiem koronnym, ale wówczas prokuratura nie była zainteresowana. Ludzie ekscytują się  i słusznie, ogromnymi pieniędzmi - straty spowodowane działalnością Amber Gold wyniosły 851 milionów zł - a ja śmiem twierdzić, że tam był jeszcze drugi obieg, nierejestrowany.

Nie wszyscy członkowie komisji są jednak usatysfakcjonowani z efektów pracy. "Nie wiemy nic więcej niż to co w 2012 roku" - uważa Witold Zembaczyński z Nowoczesnej.

- Z Witkiem Zembaczyńskim jest bardzo duży problem, bo on sam nie wie, co mówi. Przez większą część trwania prac komisji współpracował z nami ramię w ramię, głosował jednomyślnie z PiS. Nawet Krzysztof Brejza (PO) miał do niego bez przerwy pretensje, że mu się myli, po której jest stronie. Nagle okazało się, że Nowoczesna leci w sondażach, że trzeba będzie przejść do PO i poseł Zembaczyński odwrócił swoją logikę o 180 stopni. Zabawne jest to, co mówi. Przecież on też jest członkiem komisji, więc ocenił, że sam źle pracuje.

"Powstało autorskie dzieło pani Małgorzaty Wassermann, taki kryminał archeologiczny, z którego założenia miało wynikać, że superzłoczyńcą był Marcin P., a we wnioskach końcowych okazuje się, według pani przewodniczącej superzłoczyńcą jest Donald Tusk" - uważa Zembaczyński.

- Ja bym mu przypomniała dzisiaj, co mówił w rozmowach wewnętrznych - kto za tym stoi, że to jest absolutny słup. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby zmienić optykę o 180 stopni bez zmiany uwarunkowań? Kiedy zaczynaliśmy to zarzuty mieli wyłącznie małżonkowie P. Dzisiaj jest to 15 osób i nieszczęsna prokurator Barbara K., która żongluje zwolnieniami lekarskimi, i ucieka przed postawieniem zarzutów. Z tego, co wiem, te postępowania są bardzo zaawansowane.

Poszkodowani mogą liczyć na odszkodowania? Procesy toczą się od wielu lat, rezultatów brak. Jeżeli wyroki skazujące nie zapadną, to komisja okaże się fiaskiem?

- Ale pani redaktor, nie może mnie pani tym obciążać. Nie mogę czuć fiaska w związku z tym, że dałam sądom materiał dowodowy na 600 stron. Wszystko zależy od tego, czy któryś sędzia czy prokurator będzie prowadził sprawę dobrze, czy nieudolnie.

Przesłuchanie Donalda Tuska wniosło w pracę komisji istotną wartość?

- Myślę, że niespecjalnie dużą. Najistotniejsze w tym zakresie jest to, że wszystkie błędy i braki, które spowodowały, że postępowanie tak wygląda, to jest kwestia złej organizacji państwa. Jeżeli ktoś mi chce powiedzieć, że to jest normalne, że z powiązaną z Amber Gold firmą współpracuje syn urzędującego premiera, a wszyscy funkcjonariusze służb przychodzą i mówią, że dowiedzieli się o tym fakcie z gazet, to aż strach się bać. Donald Tusk rządził krajem pod hasłem "nic nie mogę, nie wiedziałem". W swojej wypowiedzi Tusk posłużył się cytatem  - "Wolni ludzie, tworzyć czas" (cytat z expose Donalda Tuska w 2007 roku - przyp. red.), no to Marcin P. stworzył , to był czas dobry, ale dla aferzystów i mafii. Wtedy oni brali swoje 500 plus.

Donald Tusk jest odpowiedzialny za aferę Amber Gold?

- Odpowiedzialny politycznie, bo odpowiedzialność karna jest wtedy, gdy komuś możemy przypisać, że jako funkcjonariusz publiczny celowo nie dopełnił obowiązku. Jestem prawnikiem, więc nie wyprowadzę tezy o odpowiedzialności bez tego. Bardzo często jest jednak tak - nie tylko przy Amber Gold - że stawia się zarzuty karne urzędnikom niższego szczebla, bo oni się pod jakimś dokumentem podpisali. Jest tylko pytanie, czy zrobili to samodzielnie, czy ktoś im kazał, czy oni to powiedzą?

Przesłuchanie Tuska było najtrudniejszym elementem prac komisji?  

- Spodziewałam się, że ono będzie tak przedstawiane. Artykuły o tym, że Tusk mnie pokonał zaczęły się w kilka dni przed przesłuchaniem. Jasne więc było, że jest i będzie do tego robiona narracja. Wiedziałam, że to będzie kosmiczne, wielkie show i tyle.

Nie czuła się pani pokonana w żaden sposób?

- Absolutnie, nie czułam się pokonana przez Donalda Tuska. Nie znam Tuska bardzo dobrze, ale on był mocno zdenerwowany, zwłaszcza przez pierwsze godziny i to było zdecydowanie widać. Komisja śledcza ma to do siebie, że ludzie, którzy mają duże doświadczenie medialne, a on ma ogromne, odpowiadają na pytanie tak, jak chcą, a nie koniecznie na temat. Jedni to robią lepiej, inni gorzej. Gorzej wypadł Sławomir Nowak, który na każde pytanie odpowiadał, że jest polityczne. A prawda jest taka, że on nie umie się wytłumaczyć z prawie trzech miesięcy swojej bezczynności, mimo pełnej wiedzy z czym ma do czynienia.

Jest pani adwokatem, w kończącej się kadencji pracowała pani też w sejmowej komisji sprawiedliwości, która zajmowała się zmianami w sądownictwie. Jak pani ocenia wdrożenie tej reformy?

- Na pewno jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, między innymi kwestia przyspieszenia postępowań.

Politycy PiS przekonywali, że taki właśnie był cel zmian. Tymczasem z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w 2018 r. średni czas postępowania sądowego wynosił ogółem 5,4 miesiąca i był dłuższy o 1,3 miesiąca od średniego czasu postępowania sądowego w 2011 r., czyli w czasie gdy rządziła PO.

- Szybkość postępowań, to jest na pewno wielkie wyzwanie na kolejną kadencję. Mam nadzieję, że jednak dożyję momentu, w którym dojdzie do współpracy między środowiskiem prawniczym a ministrem sprawiedliwości i te rozwiązania będą wprowadzane w porozumieniu.

Zmiany wprowadzone przez PiS głęboko podzieliły środowisko sędziowskie.

- Jest bardzo duże napięcie, ale patrząc na niektóre zachowania części sędziów, odnoszę wrażenie, że to jest troszkę robienie rządowi na złość, a to nie powinno mieć miejsca w wymiarze sprawiedliwości.

Dostrzega pani jeszcze przestrzeń do porozumienia?

- Oczywiście, zawsze widzę taką przestrzeń. Większość sędziów w Polsce to są ludzie bardzo uczciwi, bardzo dobrze pracujący. Ta mniejsza grupa nakręca sytuację, że nikt nie ma prawa rozmawiać z rządem, bo od razu będzie skreślony w środowisku. To jest błąd.

Jak wyjść z tego impasu? Może to rząd powinien zrobić krok w tył?

- Jeśli ktoś jeszcze nie był przekonany o konieczności reformy sądów, to myślę, że to co usłyszeliśmy na tzw. taśmach Neumanna, skłoni go do zmiany stanowiska. Mnie poraziło to, co tam usłyszałam.

A co by pani teraz doradziła Zbigniewowi Ziobrze?

- Myślę, że minister Ziobro nie oczekuje ode mnie porad. Ma swoje ogromne zaplecze.

Przydałby się mediator?

- Nie, to nie jest kwestia mediatora. Apeluję do środowisk prawniczych. Ci państwo odmawiają choćby uczestnictwa i przyjmowania różnych funkcji, a później dziwią się, że biorą je inni, zupełnie spoza tej grupy. Mam szczerą nadzieję, że to nikomu niesłużące napięcie opadnie i że zostanie wypracowany konsensus.

A czy wybrana przez polityków nowa Krajowa Rada Sądownictwa jest dla pani wiarygodnym organem?

- Nie śledzę tego, poza pojedynczymi wypowiedziami niektórych osób. Byłam w komisji sprawiedliwości, ale w większości prac nie uczestniczyłam, bo prowadziłam komisję ds. Amber Gold.

Wokół KRS nagromadziło się wiele kontrowersji. Media szeroko je opisują.

- Nie mam żadnych informacji, które miałyby mi pokazywać, że nowa KRS jest niewiarygodna. Docierają do mnie oczywiście kwestie afery hejterskiej i patrzę na to z dużym niepokojem. Nie popieram takich metod.

Liczne wątpliwości budzą kontakty rzecznika prasowego KRS sędziego Macieja Mitery z hejterką Emi. Miał z nią wymienić kilkaset wiadomości, dawać wskazówki, jak odpierać w internecie zarzuty opozycji dotyczące nieujawnionych list poparcia do Rady.

- Na razie, poza retoryką dziennikarską, nie zauważyłam tam niczego, co by wskazywało na to, że sędzia Mitera ujawnił jakieś tajemnice, albo przekazywał jakiś materiał.

A antysemickie wpisy sędziego Jarosława Dudzicza? W tym przypadku prokuratura ustaliła, że to on kryje się za anonimowym użytkownikiem, który nazwał  Żydów "podłym, parszywym narodem". To nie godzi w autorytet KRS?

- Toczy się postępowanie karne, sędzia Dudzicz jest zawieszony w KRS. Czekam na wyniki i mam nadzieję, że organy ścigania postąpią z nim dokładnie tak samo jak z każdym innym obywatelem.

Kolejny przykład: Wiesław Johann, wiceszef KRS i sędzia TK w stanie spoczynku, udzielił poparcia jednemu z kandydatów PiS do Sejmu. Takie zachowanie przystoi sędziemu?

- Wyjątkowo cenię sędziego Johanna, natomiast miałam jednak większy problem, widząc grupę sędziów pełniących najwyższe funkcje, w najlepsze wychodzących z budynku z posłami PO.

Wówczas politycy PiS nie kryli oburzenia, chociaż PO tłumaczyła, że w dniu, z którego pochodzi nagranie, partia zorganizowała nieformalne wysłuchanie publiczne ustaw sądowych w kawiarni znajdującej się obok Sejmu. Czy udział sędziego w materiale wyborczym, to nie jest złamanie zasady apolityczności sędziów, której przestrzegania PiS tak wymaga?

- W ogóle byłoby dobrze, żeby wszyscy się powstrzymali, ale niestety nie powstrzymywali się w przeszłości i aktualnie się nie powstrzymują.

Czyli skoro jedni mogli, to i drugim też wolno?

- Tylko skala jest nieporównywalna. Strasznie boleję, że tutaj nie ma porozumienia.

Przejmując władzę w 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość zapowiadało, że zajmie się wyjaśnieniem przyczyn katastrofy smoleńskiej. Minęły cztery lata, a efektów prac nie widać. Pani - córka jednej z ofiar - jest zadowolona z tempa prac?

- Postęp jest. Państwo wiecie to, co wiecie, a ja wiem trochę więcej. Mam informację i spojrzenie z drugiej strony.

Podkomisja smoleńska, na czele której stoi Antoni Macierewicz, zapadła się pod ziemię. Dziennikarze nie mogą doprosić się żadnych informacji na temat jej działań.

- Mam to szczęście, że poznałam część ludzi, którzy pracują w komisji. To są ludzie niemedialni, nie chcą się wypowiadać.

Co komisja robi w tym momencie?

- Czy to nie przypadkiem komisja Millera wprowadziła zmianę w ustawie, że ich prace są niejawne?

Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, czym zajmuje się organ państwa.

- Cztery lata temu było straszenie, że PiS idzie do władzy tylko po to, żeby zemścić się za Smoleńsk. W związku z tym przyjęliśmy metodę, żeby pracować po cichu do końca i dopiero wtedy podamy efekt. To nie jest tak, że postępowania się nie toczą. Nie jest łatwo. Problem jest w tym, że czym mamy słabszy materiał dowodowy, tym wynik jest bardziej niejednoznaczny i wymaga dalszych badań. Bardzo trudno prowadzi się jakiekolwiek postępowanie po kilku latach bez prawidłowo zabezpieczonego materiału dowodowego.

Formalnie nadał nie jest pani członkiem Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego?

- To nie ma żadnego znaczenia. Nie odcinam się i nie dystansuję od PiS-u. Po prostu nie mam serca i zamiłowania do działalności partyjnej. Jestem członkiem klubu PiS w sejmie.

Co tak panią odstrasza?

- Na działalność partyjną trzeba mieć czas. Mam już tyle zajęć i tyle rzeczy do zrobienia, że już zaczyna mi go brakować. To jest moja świadoma decyzja, przynajmniej na ten moment.

Jednak niektórzy zarzucają pani, że jest pani trochę z boku, niewidoczna...

- Tak, ponieważ mam ogromny problem z ingerencją w moje prywatne życie. Gdybym nie musiała, to bym nie miała Facebooka i Twittera. Przed wejściem do polityki nie miałam.

Przeszkadza pani medialność?

- Jestem gotowa maksymalnie się zaangażować, pracując dla Polski, ale jednocześnie chcę wyraźnie podkreślić, że nie chcę wystawiać swojego prywatnego życia na sprzedaż. Wiem, że to dziś wydaje się niemożliwe, ale wciąż udaje mi się do tego nie doprowadzić. Nigdy też nie byłam nastawiona na nachalną autopromocję, wolę stać w cieniu i ciężko pracować. Po efektach tej pracy każdy może mnie poznać i ocenić. Dla mnie osobistym sukcesem jest fakt, że w Polsce żyje się lepiej. Ja zawsze gram zespołowo, a jestem w świetnej drużynie, więc efekty są widoczne gołym okiem.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje