Reklama

Reklama

Efekt Zandberga 2.0?

Adrian Zandberg w Sejmie /Jacek Dominski/REPORTER /Reporter

Po czterech latach nieobecności lewica z impetem wróciła do parlamentu. W koalicyjnym klubie tworzonym przez SLD, Wiosnę i Razem, jak na razie najwyraźniej wybija się najmniej liczne Razem, z liderem Adrianem Zandbergiem na czele. PiS nie może ich zignorować.

Reklama

Adrian Zandberg zabłysnął na sejmowej mównicy podczas wtorkowej debaty nad exposé.

Punktował zaniechania PiS z ostatnich czterech lat, celował w premiera serią pytań, ale też wysuwał kontrpropozycje do obietnic Morawieckiego.

"Polityczna waga ciężka", "przejdzie do historii"

Reklama

Wystąpienie wywołało poruszenie wśród internatów. Pod adresem polityka posypały się pochwały, nawet od komentatorów, których trudno posądzać o sprzyjanie lewicy.

"Jakby do Sejmu przyleciał kosmita, musiałby wyciągnąć wniosek, że premierem jest Adrian Zandberg, a nie ten nijaki facet, który z bliżej nieznanego powodu przynudzał trzy godziny wcześniej" - stwierdził Michał Danielewski z oko.press.pl.

Jakub Majmurek z "Krytyki Politycznej" ogłosił, że przemówienie Zandberga "przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu", a Jacek Gądek z serwisu gazeta.pl uznał je za "najlepsze jak do tej pory w Sejmie tej kadencji".

"Świetny retorycznie Zandberg. Format kandydata na prezydenta" - ocenił Wojciech Szacki z "Polityki".

"Można powiedzieć, że Zandberg właśnie zdobywa bardzo cenne punkty w wyścigu prezydenckim na Lewicy. Nie jest to polityk z mojej bajki, ale w porównaniu z Biedroniem to polityczna waga ciężka" - to z kolei komentarz Wojciecha Wybranowskiego z "Do Rzeczy".

Bardzo sprawny mówca

- Mamy tutaj do czynienia z efektem świeżości lub swoistego wygłodzenia publiczności. Lewicy nie było w Sejmie przez całą poprzednią kadencję i argumentacja odwołująca się do lewicowych wartości i haseł po prostu nie była obecna w przekazie publicznym. Teraz mamy jej powrót. Zandberg bardzo klarownie pokazał, gdzie lewica jest w sporze z PiS-em. Odbieram to zdecydowanie pozytywnie, bo to wzbogaca debatę - mówi w rozmowie z Interią dr Adam Gendźwiłł, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nasz rozmówca zwraca uwagę na przygotowanie Zandberga do wystąpienia.

- Jest bardzo sprawnym mówcą, parlament takich wystąpień potrzebuje. Zandberg celnie punktował dokonania i zaniechania rządu poprzedniej kadencji. Jego wypowiedź była bardzo mocno oparta nie tylko o argumenty krytykujące rząd Morawieckiego, ale również o prezentację lewicowej alternatywy. Był to rodzaj konstruktywnej krytyki, a w poprzedniej kadencji brakowało klarownej alternatywy, jasnych propozycji - zauważa socjolog.

  

Efekt Zandberga

Zachwyty nad debiutanckim wystąpieniem Zandberga w Sejmie przywodzą na myśl wrażenie, jakie zrobił podczas debaty przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r.

Wówczas jako nieznany nikomu polityk stanął do dyskusji z Ewą Kopacz, Beatą Szydło, Pawłem Kukizem czy Januszem Korwinem-Mikke i wypadł tak dobrze, że przez część opinii publicznej został uznany za zwycięzcę pojedynku.

Mające poparcie na poziomie 1 proc. Razem zdobyło ponad pół miliona głosów (3,62 proc.) i choć nie weszło do Sejmu, to otrzymało subwencję z budżetu.

"Efekt Zandberga" nie okazał się jednak wówczas trwały. Partia utrzymywała się przez kolejne lata na powierzchni, ale nie była w stanie sama poszerzyć swojego elektoratu. Dopiero dogadanie się z Wiosną i SLD i wspólny udany start w wyborach wyniosło Razem na wyższy polityczny poziom.

Nowy przywódca lewicy?

Po sejmowym debiucie oczekiwania wobec Zandberga znów odżyły. Jeśli utrzyma formę, może mieć szansę wyrosnąć na pierwszoplanową postać lewicy.

Zdaniem Włodzimierza Czarzastego lider Razem "odwalił kawał dobrej roboty". Przewodniczący SLD przyznał jednak w rozmowie z "Rzeczpospolitą", że wystąpienie było pisane wspólnie przez klub.

Sojusz to największa partia w koalicji, a Czarzasty zjadł zęby na polityce. Przed zawarciem wyborczego porozumienia Razem i SLD, delikatnie mówiąc, nie pałało do siebie miłością.

Czy teraz lider SLD byłby skłonny oddać młodszemu Zandbergowi na dobre palmę pierwszeństwa?

- Czarzasty ma raczej predyspozycje do bycia graczem na zapleczu, to nie jest charyzmatyczny lider i mówca, ale sprawny polityk gabinetowy, człowiek ze zdolnościami sekretarza generalnego partii, czyli specjalista od budowania i utrzymywania struktur. Poza tym, pamiętajmy że Czarzasty i Zandberg należą do dwóch różnych partii. Doświadczenia polskich partii z ostatnich lat uczą, że sam charyzmatyczny lider, ulubieniec mediów nie wystarcza i że muszą być ludzie, którzy pracują nad strategią i są nie mniej ważni. Największym ryzykiem dla lewicy i samego Zandberga jest popadanie w zbyt silną personalizację, czy granie wyłącznie na jedną postać. Oczywiście, ludzie lubią politykę spersonalizowaną, lubią jasne wskazanie, kto jest szefem, główną postacią, ale na dłuższą metę to jest gra zespołowa. Skuteczne partie zyskują tylko wtedy gdy działają zespołowo. I to jest najważniejsze, strategiczne wyzwanie dla lewicy, które powinni dobrze przemyśleć - przestrzega dr Gendźwiłł.

Kandydat na prezydenta?

W ostatnich godzinach odżyły też spekulacje o tym, że Zandberg mógłby być też kandydatem lewicy na prezydenta. Koalicja zapowiedziała, że postawi tutaj na jedno nazwisko, ale wciąż nie wiadomo, kto to będzie.

Zdaniem dr. Gendźwiłła scenariusz zakładający, że to właśnie lider Razem jest jednak mało prawdopodobny.

- Ambicją polityka jego pokolenia jest raczej wpływ na realny fragment władzy wykonawczej, teka ministra, może nawet premiera, a urząd prezydenta jest ważny, symboliczny, ale kojarzący się raczej z polityczną emeryturą. Prezydentura to raczej ukoronowanie kariery politycznej, a nie jej początek - zwraca uwagę.

Debiut z przytupem

Ale w pierwszych dniach nowej kadencji spośród polityków Lewicy nie tylko Zandberg zdołał skupić na sobie uwagę. Głośno zrobiło się też o jego partyjnych koleżankach.

Marcelina Zawisza zasiała ferment, zapowiadając, że będzie namawiała swój klub do poparcia projektu PiS znoszącego tzw. 30-krotność składki ZUS, po warunkiem, że w projekcie znajdzie się zapis dotyczący emerytury minimalnej. Poparcia projektu odmówiło Porozumienie Jarosława Gowina, w związku z czym partia rządząca musiała szukać większości po przeciwnej stronie politycznej barykady.

Choć pomysły PiS-u dla Razem były zgodne z ich przekonaniami, to dla SLD i Wiosny nie w smak ze względów politycznych. Wreszcie po kilkugodzinnych dyskusjach klub wypracował wspólne stanowisko, ale nie chciał go ujawnić. Jednocześnie złożył własny projekt ustawy zakładający zniesienie limitu 30-krotności składki ZUS, ale również podwyższenie emerytury minimalnej do 1600 zł i wprowadzenie emerytury maksymalnej na poziomie 15 600 zł.

W tej sytuacji jasne stało się, że PiS nie zyska sojusznika i finalnie musiało projekt wycofać.

Inna posłanka Razem Magdalena Biejat została wybrana, dzięki głosom PiS, na szefową sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, która w poprzedniej kadencji zajmowała się między innymi obywatelskim projektem zakazującym aborcji. Politycy Razem otwarcie opowiadają się za liberalizacją aborcji czy legalizacją związków partnerskich, czemu z kolei zdecydowanie sprzeciwia się prawica.

Wybór posłanki lewicy na szefową komisji, w której większość ma PiS, wywołał oburzenie po prawej stronie i w samych szeregach Zjednoczonej Prawicy. Wnioski o jej odwołanie złożyły Solidarna Polska i Konfederacja.

Sama Biejat podchodzi do sprawy ze spokojem. W rozmowie z Interią przyznała, że jeśliby jej klub utracił przewodnictwo w komisji rodziny, to są inne, o które mogliby powalczyć. Posłanka celuje wysoko - w komisję ochrony środowiska lub infrastruktury.  - Skoro zostałam szefową komisji rodziny, mogę poszaleć - stwierdziła.

- Okres, w którym lewica była w pozaparlamentarnym czyśćcu, skończył się, a Zandberg jest reprezentantem nowego pokolenia. Poza nim tam jest wiele postaci z młodszego pokolenia, z którymi lewica powinna wiązać i wiąże kadrowe nadzieje: jak właśnie Zawisza, Biejat, czy Dziemianowicz-Bąk. To jest wyraźna różnica w porównaniu ze opatrzonym już obliczem innych partii opozycji. Zwróćmy uwagę, że dla niektórych ciągle za frakcję młodych w PO uchodzi Joanna Mucha czy Rafał Trzaskowski - postaci, które też były ową "frakcją młodych" w 2011 czy nawet w 2007 roku, gdy Platforma obejmowała władzę, czyli ponad 10 lat temu - zauważa dr Gendźwiłł.

Problem dla PiS

Razem, Wiosna i SLD mają ambicję doprowadzenia do trwałej zmiany w Sejmie. Czy ich wejście do parlamentu będzie miało długofalowe skutki?

- Pewnie czas pokaże, bo to jednak też zależy od konsekwentnego zachowania się klubu koalicyjnego lewicy, na ile spójne stanowisko będą prezentować, i wreszcie czy obiecane projekty, o których Zandberg mówił, w trakcie kadencji będą składać i za nimi obstawać. To istotne, żeby choć kilka pokazali nawet jeśli narażą się na to, że zostaną szybko odrzucone bo posłowie lewicy są w mniejszości - wskazuje dr Gendźwiłl.

Ale już samo wejście lewicy do Sejmu sprawiło, że opozycja jest o wiele bardziej zróżnicowana niż w poprzedniej kadencji, a to na pewno nie ułatwia życia PiS.

- Już po pierwszym posiedzeniu widać wyraźnie, że PiS nie ma przeciwko sobie jednego zlanego w szarą masę anty-PiS-u, czy tak zwanej "opozycji totalnej", tylko kilku przeciwników, reprezentujących bardzo różne poglądy i wizje. Ziściła się obawa Jarosława Kaczyńskiego, że będzie mieć opozycję z prawej strony. Czeka nas pewnie niedługo jakaś duża batalia między Konfederacją a PiS-em, rywalizacja o wyborców skrajnie prawicowych, o elektorat narodowy. W tym samym czasie na drugim froncie też są silni i zróżnicowani przeciwnicy - podkreśla dr Gendźwiłł.

Aleksandra Gieracka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje