Płażyński: Nazwiska nie zmienię, poglądów nie zmienię

Kacper Płażyński /Wojciech Stróżyk /Reporter

"Wiek jest moim atutem, potencjałem. Nie jestem skażony sposobem myślenia, który się wynosiło jeszcze z PRL. I choć obecny prezydent, podkreślający swoje ogromne doświadczenie, chciałby chyba zostać dożywotnim władcą Gdańska, to głos decydujący mają gdańszczanie".

Reklama


Z Kacprem Płażyńskim, kandydatem PiS na prezydenta Gdańska, rozmawia Aleksandra Gieracka.


Aleksandra Gieracka: Zaczyna pan w polityce od misji straceńczej...   

Kacper Płażyński: - Bo "bastion Platformy"? Nie wierzę w żadne bastiony.   

Platforma powstała w Gdańsku i zawsze tam wygrywała.   

- Platforma zmienia się z roku na rok na gorsze. No i nigdy nie było wystarczająco dobrego kandydata prawicy.   

Aż tu nagle pojawił się pan? Jak to się stało, że został pan kandydatem na prezydenta?    

- Dostałem szansę, staram się ją wykorzystać.     

Kto na pana postawił?    

- Myślę, że przede wszystkim mieszkańcy Gdańska.    

Sam pan chciał startować?    

- Nie ja wyszedłem z takim pomysłem. Chodziło o znalezienie kogoś wiarygodnego, kto ma szansę wygrać. Już wcześniej pokazałem się w mieście jako osoba, która jest blisko ludzi a nie jest od politykowania. Mam kartę społecznika. Myślę, że to przeważyło.    

Od czego to wszystko się zaczęło?   

- Jestem adwokatem, więc skupiałem się na doraźnej pomocy prawnej, głównie środowiskom kombatanckim. Służyłem radą w indywidualnych sprawach bezprawia urzędniczego, przekraczania uprawnień. Zacząłem być postrzegany jako osoba od spraw beznadziejnych. Nieskromnie mogę się pochwalić, że sprawy, w które się angażuję, zazwyczaj kończą się zwycięstwem.   

Zrobiło się o panu głośno w 2016 r. gdy włączył się pan w protesty przeciwko płatnym parkingom w gdańskim Brzeźnie.   

- To był - wydawałoby się - wakacyjny temat, ale rozrósł się do bardzo dużych rozmiarów. Mieszkańcy Brzeźna poprosili mnie, żebym przyjrzał się sprawie ze stricte prawnego punktu widzenia. Doszło tam do złamania prawa, kierowcy byli oszukiwani. Naliczano opłaty większe o 200-300 proc. niż umożliwia to prawo. Staraliśmy się sprawę rozegrać spokojnie, zwrócić uwagę organom władzy samorządowej. Okazało się, że trzeba walczyć. I robić to głośno, bo inaczej nikt nie zareaguje.    

Reklama

To było pana pierwsze starcie z Pawłem Adamowiczem?    

- Pierwsze starcie publiczne, tak.    

Wygrał pan?    

- Jest blisko ostatecznego zwycięstwa. Miasto rozwiązało umowę z firmą, która naliczała opłaty. Wyrok jest prawomocny. Już nikt nie ma wątpliwości, że działali nielegalne. Ale wobec urzędników i zastępcy prezydenta, który dawał tej sprawie twarz i który nigdy nie przyznał się do błędu, nikt nie wyciągnął konsekwencji. Cały czas aktualny jest pozew zbiorowy, który w imieniu 50 kierowców złożyłem w sądzie. To jest sprawa symboliczna, bo roszczenie jest na nieco ponad 4 tys. zł. Najłatwiej byłoby na to machnąć ręką, ale zasady są zasadami. Jako mieszkańcy chcieliśmy pokazać, że nie będziemy na wszystko przymykać oczu. Te czasy się w Gdańsku już skończyły.   

Zaczynał pan jako aktywista, bez partyjnego znaczka.    

- Moi konkurenci polityczni w dalszym ciągu nie mogą przeżyć tego, że właśnie tak wszedłem do polityki. W najbardziej naturalny sposób.   

A jednak dołączył pan do PiS.   

- "A jednak"? Dziwne by było, gdybym jako społecznik chciał realizować swoje cele w Platformie, a więc partii, która nie realizuje żadnych celów poza władzą. O tym, że przystąpiłem do PiS zdecydowało też wychowanie, rodzinny dom.     

Bóg, Honor, Ojczyzna?   

- Brzmi pewnie patetycznie, ale tak. Byłem wychowywany w duchu propaństwowym. Mój pradziadek był legionistą Pierwszej Brygady, dziadek - żołnierzem AK. Tata silnie angażował się w działalność opozycyjną, całe życie służył innym. Dla mnie był mężem stanu. I jest wzorem.     

Był pan skazany na PiS?   

- To jedyne ideowe środowisko na polskiej scenie politycznej.     

Nie buntował się pan?   

- Jestem synem swojego ojca. Tata miał na pewno ogromny wpływ na mój światopogląd. Zawsze byłem w tatę, w jego życie i działania bardzo wpatrzony. Nie buntowałem się, nie mam żadnych malowniczych historii z młodości...    

Maciej Płażyński był ojcem założycielem Platformy, jednym z trzech tenorów.     

- Tak. Ale dwa lata po kongresie w Olivii już go w tej partii nie było. Był głęboko rozczarowany kierunkiem, jaki obrała. Popierał Lecha Kaczyńskiego, startował do Senatu z poparciem PiS, a do Sejmu jego ostatniej kadencji wprost z list PiS. Był bardzo niezależny, nie bał się mieć własnego zdania. Służba ludziom była dla niego ważniejsza niż partyjne układanki. Chciałbym, żeby kiedyś mówiono tak też o mnie.    

Dorobek ojca i znane nazwisko pomagają w działalności politycznej?   

- Ja muszę sam zapracować na zaufanie gdańszczan, staram się to robić każdego dnia. Mój ojciec był tu bardzo popularny, to prawda. Zdobył tę popularność pracą, wielką kulturą osobistą, ludzie pamiętają, że zawsze stawiał na dialog i wierność własnym poglądom. Z rozmów z tatą, które pamiętam, wynika, że polityka kiedyś była bardziej otwarta na różnorodność, dyskutowano częściej w różnych środowiskach. Ja też staram się rozmawiać z każdym.     

Dzieci polityków, które poszły w ich ślady, nieraz mówiły, że znane nazwisko to też presja.    

- To jest wielka odpowiedzialność i wielkie zobowiązanie. Ja też to czuję. Oczekiwania są ogromne.    

Konkurenci polityczni zarzucają panu, że jest pan znany tylko z tego, że jest synem znanego ojca.    

- Nie będę tego komentować. Bardzo brakuje mi taty i oddałbym wszystko, by nadal był z nami. Nazwiska nie zmienię, poglądów nie zmienię, chcę pracować na rzecz ludzi, na rzecz państwa. To wartości obecne w mojej rodzinie, rozpoznaję je jako moje wartości.     

Po co panu to kandydowanie? Mógł pan robić karierę jako prawnik.   

- Zanim wszedłem do polityki, pracowałem w kilku kancelariach w Trójmieście i Warszawie.     

No więc? Prezydenci miast zarabiają mniej, pracy jest ogrom...     

- Jeżeli ktoś na serio traktuje działalność publiczną w rozumieniu takiej dobrej, uczciwej polityki to jest to rzeczywiście praca od rana do wieczora. To coś więcej niż tylko zawód. To jest swego rodzaju misja. Ja ją czuję. Tak samo podchodzę zresztą do pracy zawodowej. Życie adwokata też powinno polegać na służbie. I wcale nie jest łatwe, lekkie i przyjemne, choć rzeczywiście to zajęcie zazwyczaj dobrze płatne. Odpowiedzialność jest duża.     

Ma pan zaledwie 29 lat. Nie za wcześnie na prezydenturę?    

- Tak, moi kontrkandydaci wypominają mi młody wiek. Proszę więc sprawdzić, kiedy oni weszli do polityki. Zresztą, wiek jest moim atutem, potencjałem. Nie jestem skażony sposobem myślenia, który się wynosiło jeszcze z PRL. No i przede wszystkim - na szczęście mamy demokrację. I choć obecny prezydent, podkreślający swoje ogromne doświadczenie, chciałby chyba zostać dożywotnim władcą Gdańska, to głos decydujący mają gdańszczanie.     

Nie ma pan doświadczenia w polityce, nie pracował pan w samorządzie.    

- Bardzo dziękuję za takie doświadczenie, jakim dysponuje prezydent Adamowicz. Poza tym, że na pewno - siłą rzeczy - dobrze zna Gdańsk, bo jest 20 lat prezydentem, jest też niezwykle silnie związany z różnymi środowiskami, które niekoniecznie działają etycznie. Mam wrażenie, że pan prezydent jest ich narzędziem w zachowaniu pewnego statusu quo.     

A Jarosław Wałęsa, pana drugi rywal?     

- Platforma Obywatelska rządziła razem z Adamowiczem przez te wszystkie lata. Pan Wałęsa to taki kandydat zastępczy. On i Adamowicz to dwie strony tego samego medalu; inne opakowanie, ale ta sama zawartość.    

Brak doświadczenia w samorządzie nie jest dla pana przeszkodą w skutecznym sprawowaniu funkcji prezydenta miasta?    

- Rolą prezydenta jest przede wszystkim skuteczne zarządzanie. Po to buduje się zaplecze eksperckie, po to urząd ma pewną określoną strukturę, aby można było to zadanie realizować.     

Nie obawia się pan, że trudno będzie zarządzać urzędnikami? Mogą nie czuć respektu, część tych ludzi pewnie pracuje dłużej w urzędzie niż pan ma lat.   

- Nie obawiam się.     

Jest pan pewien, że pan sobie poradzi?    

- Jestem pewien. Co więcej, mogę spytać moich kontrkandydatów, a więc panów Adamowicza i Wałęsę, jakie oni tak naprawdę mają doświadczenie? Szczególnie w sektorze prywatnym? Owszem, jestem kandydatem najmłodszym, ale paradoksalnie jako jedyny z tej trójki pracowałem z biznesem. Obsługiwałem naprawdę duże podmioty gospodarcze. Żyję normalnie, znam problemy gdańszczan, bo to moje problemy. Jestem po tej stronie okienka, gdzie są petenci. Oni nigdy tam nie byli - jeden od lat rzadko wychodzi ze swego gabinetu, drugi od niemal dekady politykuje za granicą.    

Pracował pan również w państwowej spółce Energa. Politycy PO nazywają pana kolejnym "Misiewiczem", który dostał od partii posadę za zasługi w atakowaniu prezydenta Adamowicza. 

- Politycy PO nie są moim zdaniem w stanie przedstawić żadnego rozsądnego programu dla Gdańska, więc muszą wymyślać takie absurdy. Dostałem pracę w Enerdze, bo zarząd potrzebował nowych, uczciwych ludzi. Chodziło też o to, by być twardym wobec przedstawicieli środowiska, z którego się wywodzę. W Enerdze wdrażane były plany konsolidacji, polegające na tym, że z ponad 40 spółek-córek zostać miało 20. Zostałem zatrudniony, żeby wprowadzić nowy sposób zarządzania korporacyjnego grupą. Konsolidacja wiąże się z tym, że kilkadziesiąt osób straci wpływowe, bardzo dobrze płatne zarządcze stanowiska. To mogło się nie podobać ludziom z lewicy, centrum ale i z prawicy.     

Decydując się na start w wyborach, zrezygnował pan z pracy w spółce. Z czego pan się teraz utrzymuje?  

- Zrezygnowałem, bo moja rola w Enerdze wymagała pełnego zaangażowania. To niemożliwe, gdy przygotowuje się i prowadzi kampanię wyborczą. Utrzymuję się z oszczędności, prowadzę też jako adwokat sprawy, których się wcześniej podjąłem. Pro bono, bez wynagrodzenia.     

Według ostatnich sondaży, walka między panem a Pawłem Adamowiczem i Jarosławem Wałęsą jest wyrównana. Który z nich dla pana jest groźniejszy?    

- Nie ma trudniejszych i łatwiejszych konkurentów. Ale oczywiście głównym rywalem jest Paweł Adamowicz. Jarosław Wałęsa to jego odbicie, pewna proteza skonstruowana przez PO, gdy na skutek znanego wszystkim skandalu trzeba było wyrzucić z partii obecnego prezydenta.      

Wszystko wskazuje na to, że Wałęsa pewnym krokiem wejdzie do drugiej tury, pan będzie musiał walczył o miejsce z Adamowiczem.     

- Niektóre sondaże, do których zresztą nie przykładam większej wagi, wskazują jednak na coś zupełnie innego. Ale nie skupiam się na rywalach, nie chcę walczyć z kontrkandydatami, tylko z problemami gdańszczan. Chyba jeszcze nie było w Gdańsku kampanii z taką liczbą spotkań na żywo, jak to my proponujemy. W lipcu i sierpniu przeszliśmy z wolontariuszami na piechotę łącznie ponad 2 tys. kilometrów. Odwiedziliśmy wszystkie dzielnice. Teraz wracamy tam z konkretnymi programami dla każdej dzielnicy. To jest ważne, a nie sondaże czy kalkulacje.     

Dużo uwagi poświęca pan problemom komunikacyjnym miasta.    

- Chcemy stworzyć drugą oś komunikacyjną Gdańska - z południowych, szybko rozrastających się dzielnic do położonego centralnie Wrzeszcza. Proponujemy optymalną trasę szybkiego tramwaju, dzięki czemu podróż będzie trwała zaledwie 15 minut. Koncepcję przygotowywaliśmy miesiącami, to wielki projekt. Bardzo dobrze przyjęty przez gdańszczan.     

Która z obietnic ma panu przynieść zwycięstwo?    

- Każda po trochu. To nie są gruszki na wierzbie, tylko konkretne pomysły dotyczące różnych sfer życia gdańszczan.   

Zaprezentował pan "szóstkę Płażyńskiego" - 3000 mieszkań, nowe żłobki i przedszkola, domy opieki dla seniorów, obiekty sportowe, tereny zielone, tramwaj. Dużo tego. Ile to wszystko będzie kosztowało?     

- Wszystko jest policzone, wszystko jest realne i wiedzą o tym moi konkurenci. Przykład: Paweł Adamowicz najpierw wyśmiewał mój pomysł na nową oś komunikacyjną miasta jako "nierealną", a dzisiaj mówi, że w przyszłości być może zrealizuje dokładnie mój pomysł.     

Co jest najbardziej palącym problemem w Gdańsku, do rozwiązania w pierwszej kolejności?   

- Problemów jest wiele, każdy wymaga szybkiej reakcji. Jedną z tych kwestii jest z pewnością unormowanie relacji między deweloperami a władzami miasta. To nie jest jakaś wydumana kwestia. Fakt, że deweloperzy w mojej opinii robią w Gdańsku co chcą, przekłada się na komfort życia mieszkańców. Znikają tereny zielone, miasto jest betonowane, przy każdej większej ulewie część Gdańska jest zalewana. Normalne stosunki z deweloperami przełożą się na wyższą jakość rozwoju miasta.      

Jak zamierza pan to zrobić, jeśli pan zostanie prezydentem?    

- Zapowiedziałem stworzenie rejestru umów zawieranych z deweloperami. Każdy będzie mógł wejść na stronę urzędu, zobaczyć co jest w nich zapisane, jakie zobowiązania ciążą na deweloperze, czy on je wykonał oraz czy władze miasta egzekwują te obowiązki, czy nie. Z informacji, które posiadam wynika, że często przymyka się oczy na budowę dróg czy oświetlenia, mimo że to jest zapisane w umowach. A z drugiej strony, trzeba wprowadzić rozwiązania systemowe, lepiej kształtować plany zagospodarowania przestrzennego, twardo i w przejrzysty sposób negocjować w imieniu gdańszczan. Chcę skończyć z tym, że osiedla są tylko sypialniami. Chcę zagwarantować ludziom normalne, wygodne życie. Proponuję też stworzenie 170 hektarów nowych, pięknych parków. Naprawdę, nie wszędzie muszą stać bloki.     

Przedstawia się pan jako "adwokat myślący po polsku", w programie podkreśla pan "polskie wartości". Co pan przez to rozumie?     

- Rozumiem przez to dokładnie to, co znaczą te sformułowania. Przedstawiłem kilka postulatów dotyczących polityki tożsamościowej Gdańska. Dziś nie jest ona właściwa.     

To oznacza, że obecny prezydent promuje inne wartości niż polskie?    

- W tej chwili promuje się i przypomina na każdym kroku czasy Wolnego Miasta Gdańska. Obecna ekipa w ratuszu odwołuje się do nich bezpośrednio. Najlepszym tego przykładem jest malowanie tramwajów w kolorach WMG. A to było miasto rządzone przez długi czas przez nazistów. Władze Wolnego Miasta to byli niemieccy naziści, którzy prześladowali Żydów, gnębili Polaków. Po wybuchu II wojny światowej polscy gdańszczanie byli mordowani w Stutthofie i Lesie Piaśnickim.     

"Przypominanie nam, że Gdańsk kiedyś nie był częścią Rzeczpospolitej nie jest zgodne z polską racją stanu, ale to też krzywdzi nas, Polaków mieszkających w tym mieście" - za te słowa został pan mocno skrytykowany przez część historyków.    

- Ten pan pisarz jest historykiem?    

Szczepan Twardoch nie zostawił na panu suchej nitki.    

- Usłyszał jakieś wycięte z kontekstu zdanie podane przez "Wyborczą" i na tej postawie się wzmożył i nadął. Moja wypowiedź została przez niego zupełnie karykaturalnie przedstawiona. Takie prawo literata, ale chyba nie muszę jakoś specjalnie z tym polemizować?    

Czyli nie chce pan wymazywać z historii Gdańska tego okresu?    

- Nie chcę wymazywać żadnych okresów z historii jakiegokolwiek miasta Polski, nawet tych najtrudniejszych. Ale tożsamość miasta, na co przecież ma wpływ także samorząd, powinno się budować na podstawie tych kart historii, z których możemy być dumni. A nie wokół lat, gdy Gdańskiem rządzili mordercy Polaków i Żydów.   

Paweł Adamowicz zarzuca panu, że pan "straszy Niemcami".     

- Pan Adamowicz naprawdę nie wie co mówi, a straszenie - krwiożerczym PiS-em rzecz jasna - to raczej jego specjalność i główny pomysł na kampanię. Jeszcze raz: nie mam nic przeciwko Niemcom. Nie kwestionuję, że w Gdańsku mieszkali Niemcy i że tworzyli historię naszego miasta. Moja żona świetnie mówi po niemiecku. Gdyby władze Gdańska podnosiły piękne wątki związane z Wolnym Miastem, czyli podkreślały opór Polaków, walkę o polskość Gdańska, to w ogóle nie byłoby o czym mówić. Ale jest jak jest. Gdańszczanom nie podoba się honorowanie nazistów, nawet, jeśli władze miasta twierdzą, że się pomyliły i nie wiedziały że to nazista. Wielu gdańszczan mówiło mi, że to jak napluć im w twarz. Kolejny przykład: coroczne obchodzenie tzw. Wyzwolenia Miasta Gdańska przez armię bolszewicką. Ta sama armia weszła do Polski 17 września 1939 roku, ci sami Sowieci mordowali polskich oficerów w Katyniu. A jak sowiecka armia przyszła "wyzwalać" Gdańsk, to zabijała, gwałciła i spaliła także nasze miasto. Czczenie tego to dla mnie apogeum hipokryzji. Nie wierzę bowiem, że Adamowicz nie zna historii Gdańska.      

Pan do czego chciałby się odwoływać w polityce historycznej Gdańska?    

- Polityka historyczna wymaga spojrzenia na to, co było tu najpiękniejszego: 300 lat tradycji portowego królewskiego miasta, fantastyczna historia "Solidarności", trudna i jednocześnie wspaniała historia Polaków, którzy wygnani z Kresów przybyli do Gdańska po wojnie i znaleźli tu swoje miejsce na ziemi. Gdańsk to jest niezwykła mieszanka losów i kultur. Trzeba pamiętać o całej historii miasta, promować zaś jej najpiękniejsze a nie najmroczniejsze karty.     

W pana wizji historii Gdańska jest miejsce dla Lecha Wałęsy? Obóz PiS chciałby go przemilczeć...    

- Nikt nie chce niczego przemilczać. Pan Lech Wałęsa jest częścią złożonej historii Gdańska. Nie można go jednak z wielu względów traktować jako swoistego "żyjącego pomnika". To próbują robić politycy PO wraz z przyległościami, na czele z Adamowiczem. A robią to w moim przekonaniu nie dlatego, że tak cenią Lecha Wałęsę, tylko że można z jego pomocą okładać politycznych konkurentów.    

Polityka historyczna będzie mocnym elementem pana ewentualnej prezydentury?    

- To zostało nagłośnione, ten wywiad to kolejny przykład. Ja proponuję tu zdroworozsądkową korektę, to wszystko. Najważniejsze są inne sprawy, trzeba położyć mocne akcenty na gospodarkę, na codzienność gdańszczan. Chodzi przede wszystkim o to, by była porządna komunikacja miejska, by dzieciaki miały miejsca w przedszkolach i żłobkach, żeby po mieszkaniach w komunalnych kamienicach nie biegały szczury. Konkretne sprawy do szybkiego załatwienia są w moim programie najważniejsze. Konkurentom trudno to krytykować, bo sami w tych kwestiach nie mają za wiele do powiedzenia. Stawiają więc na czysto polityczne emocje, na awanturę. Gdańszczanie patrzą i to ocenią.     

Kontrowersje wzbudził też kształt list PiS do rady miasta, które pan firmuje. Znaleźli się na niej "spadochroniarze" pracujący na co dzień w Warszawie, jak Jan Kanthak.    

- Jan Kanthak jest gdańszczaninem, tu się urodził. Świetny kandydat.   

Jest też rzecznikiem prasowym Ministerstwa Sprawiedliwości. To bardzo zajmujące zajęcie. Znajdzie czas na pracę dla Gdańska?  

- Tak, inaczej nie znalazłby się na liście. My zresztą przedstawiliśmy bardzo konkretne zobowiązania dotyczące sposobu, w jaki radni Zjednoczonej Prawicy (to w większości osoby, które do tej pory w Radzie nie zasiadały) będą pracować w nadchodzącej kadencji. Każdy z radnych przynajmniej raz w miesiącu będzie uczestniczył w posiedzeniu rady dzielnicy w swoim okręgu. W każdym okręgu wyborczym co kwartał odbędzie się też otwarte spotkanie ze wszystkimi radnymi PiS. Mieszkańcy będą mogli przyjść i powiedzieć, co jest robione dobrze, a co źle, każdy radny na plecach będzie czuł oddech mieszkańców, którym ma służyć. Stworzymy też biuro bezpłatnych porad prawnych przy klubie PiS, tu rola Jana Kanthaka, który jest świetnym prawnikiem, będzie bardzo ważna. Nowa ekipa - nowa jakość.     

Jeśli pan przegra, to co dalej?    

- Wygram. Ciężko pracuję, by tak się stało, moja kampania trwa od rana do nocy. Gdy mam wolne pół godziny wolę spacer z żoną podczas którego jest zakaz rozmów o polityce, niż takie teoretyzowanie.   

Ma pan wsparcie gdańskich polityków PiS? Andrzej Jaworski, który właśnie został zawieszony w partii, działał w kontrze do pana?    

- Mam ogromne wsparcie gdańszczan, odczuwam je dosłownie na każdym kroku. Każdy, kto przygląda się baczniej kampanii w Gdańsku dostrzega też zaangażowanie struktur. Sprawy byłego posła Andrzeja Jaworskiego komentować nie będę.     

Gdyby startował pan bez partyjnego logo, mógłby pan mieć większe szanse na dobry wynik.    

- Gdyby ciocia miała wąsy... Ze stricte politycznego punktu widzenia, kierując się czystą kalkulacją, być może byłoby odrobinę przyjemniej prowadzić kampanię. Przeciwko PiS rozpętywana jest w Gdańsku niemal codziennie jakaś absurdalna nagonka, liczba inwektyw jakie są kierowane przeciwko mnie czy mojej rodzinie jest potężna. Ale tu nie chodzi o to, żeby było przyjemnie.

Teraz jest pan postrzegany jako "kandydat Kaczyńskiego".   

- Jestem członkiem PiS. Uważam, że Zjednoczona Prawica ma najlepszy program dla Polski. Jestem kandydatem na prezydenta Gdańska zgłoszonym przez partię, której prezesem jest Jarosław Kaczyński - co z niezrozumiałą pogardą wciąż powtarza mój główny kontrkandydat. Paweł Adamowicz promuje się jednocześnie metodą "na bezpartyjność" - choć na jego listach jest wielu członków Platformy Obywatelskiej a on sam należał do partii aż do czasu, kiedy Platforma zdecydowała się z nim rozstać z uwagi na jego problemy z prawem. To wspólnie z Platformą prezydent Adamowicz przez te wszystkie lata rządził w Gdańsku i dalej otacza się jej ludźmi.    

Rozmawiała: Aleksandra Gieracka

***

Wybory samorządowe 2018. Śledź najnowsze informacje w Raporcie Specjalnym Interii

Wywiad z kandydatem na prezydenta Gdańska przeprowadziliśmy w ramach akcji specjalnej Interii i RMF FM na wybory samorządowe 2018.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje