Reklama

Reklama

Twitterowa rewolucja w dyplomacji

Prezydent USA Donald Trump /Jabin Botsford/The Washington Post /Getty Images

Jeśli któryś z polityków nie ma zastępu ludzi dowodzących jego Twitterem, Instagramem, Facebookiem czy czymkolwiek innym, to będzie zawsze do tyłu. Od szeregowego urzędnika - dyżurnego, który siedzi na tzw. desku w MSZ i prowadzi jego profil o danej godzinie, w środku nocy z piątku na sobotę może zależeć dużo więcej niż od samego ministra - mówi w rozmowie z Interią Łukasz Walewski, były dziennikarz, a obecnie szef agencji PR oraz autor książki "Władza w sieci. Jak nami rządzą social media".

Reklama

Aleksandra Gieracka, Interia: Media społecznościowe stały się nieodzownym elementem polityki. Jest pan w stanie sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby nagle Twitter został zupełnie odcięty? 

Łukasz Walewski: - Wyobrażam sobie. To byłoby jak wielki blackout, wyłączenie prądu. 

Reklama

Co by to oznaczało dla polityków? 

- Musieliby zacząć na nowo rozmawiać tak jak w dawnych czasach dyplomacji przed Twitterem. Myślę, że odniosłoby to dwa skutki. Po pierwsze, to byłby szok na maksa. A po drugie, mogłoby być podobnie jak z tym, że dzisiaj odkrywamy na nowo pewne stare zapomniane metody komunikacji. Gdy ktoś wyśle do kogoś list albo kartkę pocztą, to jest wielkie "wow". Metoda powrotu do tradycyjnych stylów uprawiania dialogu międzynarodowego mogłaby nagle okazać się czymś otrzeźwiającym. Może to, co się pisze albo robi, byłoby bardziej przemyślane . 

W jaki sposób pojawienie się Twittera zmieniło dotychczasowe relacje w świecie dyplomacji? 

- Bardzo przybliżyło do siebie graczy i bardzo zbliżyło zwykłego człowieka do dyplomacji i do tego, co dzieje się na świecie. Zwykły obywatel dostał metody wpływania na polityków. Widać to na przykładzie premiera Indii Narendry Modiego, i tego w jaki sposób Twitter jest tam wykorzystywany w polityce. Teoretycznie teraz każdy Hindus może mieć wpływ na wszystko. Wcześniej to było nie do pomyślenia w tym kraju. 

Możemy też obserwować politykę właściwie na żywo. 

- Twitterowa dyplomacja bardzo przyspieszyła to, co się dzieje na świecie i to też jest dobre. Można szybciej oczekiwać zajęcia stanowiska przez społeczność międzynarodową. Kiedyś na potępienie zamachu musieliśmy długo czekać, był wyścig, o to kto i kiedy zabierze głos. 

Teraz reakcja jest wymagana niemal natychmiast. Jeśli jej nie ma od razu, to pojawia się krytyka, pytania o to, co polityk miał w tym czasie ważniejszego do roboty... 

- To z kolei powoduje odwrócenie sytuacji, postawienie jej trochę na głowie. Jeśli któryś z polityków nie ma zastępu ludzi dowodzących jego Twitterem, Instagramem, Facebookiem czy czymkolwiek innym, to będzie zawsze do tyłu. To spowodowało, że wiele osób znalazło się nagle w łańcuchach komunikacyjnych. Od szeregowego urzędnika - dyżurnego, który siedzi na tzw. desku w MSZ i prowadzi jego profil o danej godzinie, w środku nocy z piątku na sobotę może zależeć dużo więcej niż od samego ministra. 

Pojawienie się Twittera zmieniło na lepsze dyplomację, czy jej zaszkodziło? 

- Myślę, że rewolucję można oceniać dopiero po jej długofalowych owocach. Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli już na tyle ustabilizowaną sytuację, żebyśmy mogli ją ocenić. To jest ciągle rodzący się i ewoluujący organizm. 

W ten świat, po wyborze na prezydenta USA, z impetem wszedł Donald Trump, który delikatnie mówiąc, ma bardzo swobodny stosunek do jakichkolwiek zasad. 

- W książce o Trumpie Bob Woodward, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy na świecie, opisał sposób, w jaki z Białego Domu wychodzą tweety Trumpa. To jest czasem chaotyczne. Trump zamyka się w nocy u siebie i tweetuje. Rano wszyscy czytają wpisy, które nie były z nikim konsultowane. Sądzę, że to jest nieobliczalne. Ale z drugiej strony, to daje jego zespołowi niesamowite możliwości do wykorzystywania takich sytuacji w sposób wręcz cyniczny. Pragmatycznie rzecz ujmując można oprzeć działania na "teorii szaleńca" (mad-man theory). I oni z tego korzystają - cały świat drży w posadach, co Trump znowu napisze, a to stwarza olbrzymie możliwości negocjacyjne. 

Na ile mają kontrolę nad poczynaniami prezydenta? 

- Teoretycznie mają, bo w ciągu dnia obieg informacji w Białym Domu jest taki, że wpisy są konsultowane. Na przykład udało się wyperswadować Trumpowi, żeby nie umieszczał tweeta, w którym chciał napisać, że USA mają zamiar wywieźć swoich żołnierzy i ich rodziny stacjonujących w Korei Południowej, bo w praktyce oznaczałby on wojnę. Trump to jest trochę "twitterowy szaleniec". 

Gdy Donald Trump obejmował urząd prezydenta, "Politico" zastanawiało się, czy jego wpisy mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA. 

- To trochę wymyka się postrzeganiu tego pod kątem prawno-teoretycznym, bo nigdy sytuacja prawna międzynarodowa nie wyglądała tak, żeby polityk z prywatnego konta mógł wywoływać wojnę, bez pytania o to nawet Kongresu. Trump nie wykorzystuje oficjalnego konta @POTUS, tylko swoje prywatne. W stosunkach międzynarodowych nigdy nie było tak, że prezydent jednego kraju nawiązuje relacje z prezydentem innego kraju i w prywatnych wiadomościach mogą sobie pisać, co chcą, i nie jest to sankcjonowane przez ciała polityczne ich krajów, a nagle z tego wynikają konsekwencje dla obu państw (wyłączając oczywiście dyktatorów i kraje niedemokratyczne). 

Świat traktuje poważnie internetową działalność Trumpa? 

- Myślę, że zaczął to traktować poważnie. Widzimy jak prezydenci na całym świecie zaczęli go szybko obserwować i ze swoich oficjalnych kont odpowiadać na to, co napisał na prywatnym koncie. To jest taki powrót do czasów dyplomacji między koronowanymi głowami, gdy monarcha pisał list do drugiego, i trochę powrót do władzy absolutnej. A to jest niebezpieczne. 

Nie wszyscy politycy są jednak czynnie obecni na Twitterze. Swojego konta nie ma kanclerz Niemiec Angela Merkel, ale nie ukrywa, że wpisy innych czyta. Która taktyka jest skuteczniejsza? 

- To zależy. Jeśli ktoś chce być obecny w wielu miejscach na raz i jeśli chce, żeby o nim pisano i mówiono jak Trump, to musi tam być. A jeśli ktoś prowadzi wyważoną politykę i może sobie pozwolić na to, żeby trochę opóźniać swoje reakcje, to nie musi. To daje też przewagę - można powiedzieć, że się czekało na to, co powiedzą doradcy, albo zobaczyć, co napiszą inni. 

Kto ze światowych przywódców pozytywnie wyróżnia się w mediach społecznościowych? Kogo warto obserwować? 

- Uwielbiam obserwować profil premiera Kanady Justina Trudeau. To jest niesamowity miks spraw społecznych i gospodarczych. On to robi w sposób stylowy. Ale też jak trzeba to od razu zajmuje stanowisko, czasem twarde. Postawiłbym go za modelowy wzór. 

A jak pan ocenia aktywność polskiej dyplomacji na Twitterze? 

- Jesteśmy w miarę czytani. To co robił Donald Tusk, teraz, to co robi prezydent Andrzej Duda i MSZ, jest odbierane na świecie. Trudno żeby też było inaczej, bo nie jesteśmy małym wyspiarskim krajem na Pacyfiku. Ale jeszcze dużo przed nami. 

Polityków w mediach społecznościowych może śledzić każdy obywatel. Na ile więc prowadzone tam działania dyplomatyczne są skierowane na relacje międzynarodowe, a na ile obliczone na własnych wyborców w kraju? 

- To jest odwieczny problem. Wszystko zgadza się na papierze, wszystko jest super, dopóki nie wkracza w to element polityki wewnętrznej. Większość decyzji, które zapadają na arenie międzynarodowej między politykami czy krajami, niestety są na końcu warunkowane polityką wewnętrzną, a to sprowadza się do wyborców. Choćby decyzje były niepopularne i trudne do podjęcia, ale dobre dla kraju, to czasem politycy ich nie podejmują, bo twierdzą, że nie stać ich na poświęcenie głosów poparcia. To nie jest w porządku, ale tak już jest. 

Rozmawiała: Aleksandra Gieracka

Książka Łukasza Walewskiego "Władza w sieci. Jak nami rządzą social media" ukazała się nakładem wydawnictwa Mando.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy