Reklama

Reklama

Wszyscy od razu jak starzy znajomi

O. Leon Knabit /Wojciech Matusik /Reporter

O tym, co łączy uczestników Światowych Dni Młodzieży z partyjnymi młodzieżówkami, w czym tkwi fenomen wydarzenia, które przyciąga w jedno miejsce tak wielu młodych ludzi z całego świata, i co z tym wszystkim ma wspólnego „500 plus”, opowiada zakonnik o. Leon Knabit.

Reklama

Z ojcem Leonem Knabitem spotykam się w czwartek. Mamy rozmawiać o Światowych Dniach Młodzieży, które za kilka dni rozpoczną się w Krakowie.

Miasto już wystrojone, odświętne, trwają ostatnie przygotowania. Na razie jest spokojnie, jak w zwykły, wakacyjny poranek. Studenci wyjechali, życie toczy się wolniej. Ale już za kilka godzin na ulicach pojawią się pierwsze, póki co niewielkie grupki wolontariuszy i pielgrzymów. 

Reklama

Za to za kilka dni Kraków po brzegi wypełnią uśmiechnięci, rozradowani młodzi ludzie. Przyjadą z bliska i z bardzo daleka, wszyscy w jednym celu. By spotkać się z rówieśnikami z odległych zakątków, by zobaczyć i posłuchać papieża Franciszka, by wspólnie się modlić. 

W drodze do Tyńca, gdzie od lat mieszka ojciec Leon, spotykam pierwszą grupę. Zmierzają do Opactwa Benedyktynów radośni, zadowoleni. Po drodze przystają, robią zdjęcia, chcą uwiecznić każdy moment, zapamiętać wszystko, co zobaczą. 

Młodość to nie wiek

Ojciec Leon dopiero co wrócił z wakacyjnego odpoczynku. Odpisze jeszcze tylko na jednego maila i możemy rozmawiać. 

86-letni benedyktyn odbiega od stereotypowych wyobrażeń o staruszkach. Ma komórkę, komputer. Pisze bloga, ma fanpage na Facebooku. Choć w klasztorze nie sprawuje już funkcji administracyjnych, to ma co robić. - Piszę książki, spotkań bardzo dużo. Ktoś chce podpisać książkę, schodzę. Zobaczyli Leona i jeszcze, jeszcze - żartuje zakonnik.

Ma sporo na głowie, ale mówi, że to nie obowiązki, a przyjemność. 

Uśmiech zamiast zapłaty

Ojciec Leon został twarzą kampanii promującej Małopolskę przed ŚDM. W czarnym habicie z kapturem i czerwonych koralach na szyi przekonuje ze spotów, billboardów i przystanków, że "Młodość to nie tylko wiek, młodość to stan ducha". 

Pomysł się spodobał. Przechodnie reagują z uśmiechem, robią sobie selfie z benedyktynem na plakacie.

Dzień przed naszą rozmową ojciec Leon wcielił się na kilka godzin w taksówkarza. Co prawda sam pojazdu nie prowadził, ale jeździł jako pasażer przez kilka godzin po mieście. Można było się dosiąść, porozmawiać. Zamiast opłaty - jeden uśmiech.

- Spotkaliśmy bardzo wielu młodych ludzi. Wszyscy od razu jak starzy znajomi. Po francusku, po angielsku, po hiszpańsku. Szeroko otwarte ramiona, uściski - cieszy się ojciec Leon. 

- Przyjaźnie tam się między nimi zawiązują. Od kiedy się znacie, pytam. Od wczoraj, mówią. Razem chodzą papużki-nierozłączki - nie kryje radości zakonnik. 

Nowe przyjaźnie, tworzące się od razu, bez oporów, to ważny element spotkania młodych. Socjologiczny.

Młodzieżówka przyszłością Kościoła

W czym tkwi fenomen Światowych Dni Młodzieży? Benedyktyn wraca pamięcią do początków i przypomina zasługi papieża Polaka. - To jest fenomen zaszczepiony przez Jana Pawła II. On swoją wiarę chciał przeszczepić na najmłodszych. "Jesteście przyszłością Kościoła" - mówił.

- Młodzieżówka to jest przyszłość każdej partii. Tak samo i tutaj, młodzieżówka Kościoła - bardziej obrazowo wyjaśnić już się nie da. 

- Papież jest okazją, żeby gromadzić ludzi. Chodzi o Jezusa. Papież Benedykt powiedział: "Kto wierzy w Boga, nie jest sam". Należy pogłębić swoją wiarę. To jest główny motyw, religijny przecież - wyjaśnia ojciec Leon. 

Przy nim wszystkie inne: organizacyjny, logistyczny, finansowy zostają w tyle. - Tu nikt nie mówi o wydatkach. Lubisz jeździć na saneczkach, to ktoś musi ciągnąć te sanki - żartuje zakonnik. 

Doskonałość jest na końcu

Mówiąc o religijnym wymiarze Światowych Dni Młodzieży, między słowami duchowny przemyca uniwersalną prawdę katolików. - Nie jesteśmy doskonali. Doskonałość to jest na końcu, a nie na początku. Jak nie ma wiary, to można pięknie iść, ale ta droga donikąd nie prowadzi. No bo jaka alternatywa? Skończyć w piachu? Albo robaczki zjedzą, albo spalić w krematorium. Ewentualnie jeśli jestem buddystą to mogę wejść w ciało jakiegoś innego człowieka, albo w chomika się zamienić... "Kto żyje, wierzy we mnie, nie umrze na wieki" - wyjaśnia prosto. 

- Wszystko jest na wierze oparte. Jedni wierzą, że nic nie ma, inni wierzą, że jest. Tylko że mamy lepsze podstawy do wiary w to, że jest - dodaje. 

Franciszek z czarną teczką

Światowe Dni Młodzieży to też dowód na fenomen papieża. Ojciec Leon opowiada, jak pytano kardynała Angelo Sodano, bliskiego współpracownika Jana Pawła II, dlaczego ludzie tak lgną do Ojca Świętego. 

- Odpowiedział: "bo on jest ojcem". 

- To był taki ojciec, który zapewnia bezpieczeństwo, który kocha - tłumaczy zakonnik. 

Rozmowa schodzi na papieża Franciszka, dla którego to będzie pierwsza wizyta w Polsce. - Zobaczymy jak będzie wysiadał, czy będzie miał czarną teczkę. W niej kosmetyki, brewiarz i książkę - śmieje się ojciec Leon.

A na poważnie: - Franciszek nie boi się ludzi. Skraca nawet nabożeństwa, oczywiście nie odwala, ale skraca, głosi krótsze homilie, żeby być z ludźmi. 

Papież "500 plus"

Pielgrzymkom papieża Polaka towarzyszyły niezwykłe emocje. Jak zostanie przywitany Franciszek? 

- Bali się jak to będzie po Janie Pawle II, jak przyjedzie Benedykt. A okazało się, że papież był witany tak jak papież. A jak papież był "nasz", to było jeszcze coś dodane, takie "500 plus". Prawdziwy entuzjazm - przekonuje ojciec Leon. 

"Jedno z największych przeżyć w życiu"

Jaka jest atmosfera w czasie Światowych Dni Młodzieży, Polacy przekonali się już w 1991 r. Wtedy, 25 lat temu, w Częstochowie zgromadziło się ponad półtora miliona młodych katolików. Ojciec Leon pamięta pogodę ducha i rozradowanie na ich twarzach. 

Wspominając tamte czasy, zwraca uwagę na szczególny moment, w którym odbyło się spotkanie. Dwa lata po przełomowym 1989 roku, gdy zasadniczo zmienił się w Polsce klimat. 

- Wtedy po raz pierwszy młodzież zza wschodniej granicy mogła brać udział. Były problemy z transportem, nie było tak łatwo z komunikacją, komórki były w powijakach, problemy z ulokowaniem, z wyżywieniem. A wszystko wyszło nadzwyczajnie - wspomina ojciec Leon. 

Ze Światowymi Dniami Młodzieży w Częstochowie Benedyktyn ma też niezwykłe, osobiste wspomnienia. - Wiadomo, że nie należę do wczesnej młodzieży, a młodość ducha bardzo się liczy przy słabym ciele, to byłem na wieczornym apelu w przeddzień zakończenia. To było wielkie przeżycie - ojciec Leon wraca pamięcią do tamtych wydarzeń. 

Na drugi dzień rano był na mszy rozesłania. - Nasz przełożony nie mógł uczestniczyć, zrezygnował i dał mi swoją kartkę vipowską. Byłem bardzo blisko papieża - opowiada. 

Msza rozesłania była dla ojca Leona "jednym z największych przeżyć w życiu". - Cały świat zgromadzony. Plac pełniusieńki, papież był wzruszony, gdy wymieniał poszczególne kraje. Brawa, sztandary. Klimat, atmosfera, wiara, która zwłaszcza na wschodzie była bardzo tłamszona. Zebrani mogli zobaczyć, ilu ludzi wierzy i okazać swoją wiarę swobodnie, bez żadnych KGB - wspomina. 

Wierzę i nie boję się

- Nie było jeszcze wtedy lęku przed terrorystami - zauważa ojciec Leon. Nie to co teraz. Po zamachach w Paryżu, Brukseli, czy ostatnio w Nicei, temat sam powraca. Ale i w tym przypadku, ojca Leon nie pozwala sobie na pesymizm. 

- Na Woodstocku nic nie było, na Euro nic nie było, na szczycie NATO nic nie było - wylicza. - Może być zamach, to najwyżej będzie. A my ufamy, że nie będzie - mówi stanowczo. 

Ojciec Leon jest przekonany, że przyjęcie właściwej postawy w obliczu pewnej nerwowości, że coś złego może się wydarzyć, która próbuje przysłonić radość, to egzamin z wiary. I cytuje słowa psalmu: "Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną". 

- Jeśli mocno wierzę, nie boję się. Wierzę, że nie będzie. Czy chcesz nas uratować i wszystko będzie w porządku, czy chcesz nas postawić przed pewną próbą, zgadzam się na wszystko. Ale wierzę, bo mi zależy na opinii kraju, na życiu tych ludzi, żeby spotkanie młodzieży nie było zakłócone żadnymi awanturami, wierzę, że będzie wszystko w porządku - tłumaczy ojciec Leon. 

- To jest akt odwagi. Ale wyjść na ulicę to też jest akt odwagi, a co dopiero wieczorem - dodaje z uśmiechem. 

Młodość to stan ducha

Dopytuję skąd u ojca Leona taka pogoda ducha. - Może stąd, że trafiłem na swoje miejsce - odpowiada. 

86-letni benedyktyn zadowolony jest z tego, gdzie żyje, i ze sposobu, jaki wybrał na życie. - To tak jak w małżeństwie. Jeśli trafią na siebie, to po 65 latach on ją wciąż kocha. A jak nie bardzo, to czwarta żona, piąty mąż - żartuje zakonnik. 

- Tak samo z pracą, doskonale trafiamy: klimat, ludzie i warunki. A czasem "ojej!". Wtedy człowiek nie będzie uśmiechnięty ani szczęśliwy, nie będzie pogodny. 

- Mam to po Mamusi. Mamusia zawsze była radosna - przyznaje ojciec Leon. 




Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy