Reklama

Reklama

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Na wojnę też

Gdy widzi okrucieństwo wojny, zamiast odwracać oczy, staje przed kamerą, chwyta za mikrofon i zaczyna pokazywać światu, co naprawdę się dzieje. Anna Wojtacha to uznana dziennikarka, która nie boi się poruszać trudnych tematów. O swoich doświadczeniach jako korespondentka wojenna opowiedziała Interii.

Anna Wojtacha relacjonowała konflikty zbrojne w Iraku, Afganistanie, Gruzji, Izraelu i Strefie Gazy, Czadzie, a także zamachy terrorystyczne w Indiach oraz przewrót rządowy w Tajlandii. Na co dzień łamie stereotypy i konwenanse. Przede wszystkim jednak, o tym, co przeżyła i co widziała, opowiada bez lukru.

Reklama

Aleksandra Zaprutko-Janicka, Interia: Jeden z pani przełożonych powiedział, że inaczej stoi się nad trumną zabitej reporterki niż reportera. "To nie jest robota dla bab". Z czego wynika takie przekonanie?

Anna Wojtacha: To jest uleganie pewnym stereotypom, które funkcjonują przecież nie tylko u nas w Polsce, ale i na całym świecie. To niezwykle irytujące. I o ile przyznaję, że ciężko byłoby kobiecie pracować w kopalni, o tyle w przypadku zawodu korespondenta wojennego nie zgadzam się absolutnie. Dlatego tak uparcie dążyłam do tego, żeby ten zawód wykonywać. I udało się. Zawód korespondenta wojennego od lat był kojarzony z mężczyznami i wykonywany przez nich. Kiedy nagle kobiety się do niego przedarły, faceci zaczęli czuć się zagrożeni. Myśleli: "No jak to, baba? Przecież to jest nasz zawód! My jesteśmy macho i to my jeździmy na wojnę. Miejsce faceta jest na wojnie, a miejsce baby jest w kuchni". Ja absolutnie nic chcę obrażać mężczyzn. Nic do nich nie mam - wprost przeciwnie - bardzo ich lubię. Ale w tym przypadku objawiło się trochę urażone męskie ego. 

Czy są pewne obszary życia korespondenta wojennego, w których to kobietom jest łatwiej?

- Myślę, że tak. Mimo wszystko w stosunku do kobiety rzadziej okazuje się agresję. Nie mówię oczywiście o ekstremalnych sytuacjach, jak spotkanie z pijanymi czeczeńskimi żołnierzami pod Groznym. Ale mnie faktycznie pewne rzeczy przychodziło łatwiej załatwić. Pamiętam, jak byliśmy na przykład w bazach wojskowych i nie mogliśmy przelecieć z bazy A do bazy B. To ja szłam do żołnierzy, robiłam wielkie oczy i mówiłam: "Chłopaki, no weźcie, proszę, zróbcie coś!". Śmigłowiec zwykle się znalazł. Jak chodzili moi koledzy, to słyszeli: "A weź, spier*** i nie zawracaj mi d***. Nie mam czasu, żeby dziennikarzy po Afganistanie wozić".

Czyli gdzie diabeł nie może, tam babę pośle?

- O tak, zdecydowanie sprawdza się to stare porzekadło.

Praca na wojnie jest niebezpieczna zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Czy kobiety mierzą się z innymi zagrożeniami niż mężczyźni?

- Owszem. Jeżeli dochodzi na przykład do uprowadzenia, prędzej zgwałcona zostanie kobieta niż facet. Nie raz się tak zdarzyło. To zagrożenie, które dla mnie zawsze było najbardziej przerażającą rzeczą. Na szczęście nigdy mi się to nie przydarzyło i oby mi się nie przydarzyło. Tego jednego zawsze bałam się najbardziej, cała reszta możliwych zagrożeń rozkłada się po równo.

Obecnie sporo się mówi o niechcianym dotyku, nachalnych słowach, które padają pod adresem kobiet. Gdy jest się w strefie konfliktu, to wszystko się potęguje?

- Takie nieprzyjemne sytuacje zdarzały mi się tylko z rosyjskimi żołnierzami. To akurat było w Gruzji, gdy miałam karabin maszynowy przystawiony do piersi (w czasie wojny w Osetii Południowej w 2008 roku - przyp. red.). Byłam popychana i w zasadzie wynoszona, wytargana za rękę przez jednego z żołnierzy, który sobie po prostu nie życzył, żebym w jednym miejscu stała. Nie podobało mu się to, że ja tam stoję. A myśmy się tam ustawili specjalnie, bo mieliśmy w kadrze rosyjskich żołnierzy na tle BTR-ów, czyli bojowych transporterów opancerzonych. Przy relacji to robiło wrażenie. Nie miałam natomiast jakichś większych problemów z realizacją materiałów w Iraku, czy Afganistanie. Ludziom zawsze się wydaje, że tam powinno być gorzej, bo to kraj muzułmański, który traktuje kobiety jak przedmiot, a nie podmiot. Nie mówię, że zawsze było kolorowo. Gdy realizowałam materiał o podpalanych kobietach, ordynator szpitala nawet na mnie nie spojrzał. Nie był niemiły w stosunku do mnie. Po prostu byłam dla niego powietrzem. Nie zamierzał ze mną rozmawiać, bo byłam tylko kobietą. Do tego, niestety, trzeba się trochę przyzwyczaić i mówiąc dosadnie - olać to.

Przeczytałam niejedną książkę korespondenta wojennego, ale też pozycje napisane przez ich partnerów. We wszystkich przewija się motyw trudnych relacji z bliskimi. Czy dla pani i pani bliskich trudniejsze są wyjazdy na wojnę, czy powroty?

- Dla osób, które zostają w domu, trudne jest to, że czasami nie ma ze mną kontaktu. Nie można się do mnie dodzwonić, bo na przykład nie mam zasięgu, albo jestem w trakcie realizacji materiału i mam wyciszony telefon, bo nagrywam. O tym, że żyję, dowiadują się czasem z tego, że włączą główne wydanie programu informacyjnego. Siłą rzeczy bliscy bardzo się denerwują. Pamiętam, była taka sytuacja, kiedy pracowaliśmy w Gruzji. Zginął wtedy nasz kolega. To był holenderski dziennikarz. Mój tata oglądał wtedy CNN, a bardzo słabo zna angielski, i nie usłyszał "Holland", tylko "Poland". Myślał, że zginęli polscy dziennikarze i mało nie dostał zawału. Ze mną nie było kontaktu, bo nie mieliśmy zasięgu.

Korespondent nie może roztrząsać tego w czasie pracy?

- Ja się zawsze przyznawałam, że my w ferworze robienia materiałów, wojny i zbierania materiałów do kolejnych materiałów, często po prostu zapominamy, że ktoś w domu na nas czeka. Jesteśmy pochłonięci dwoma rzeczami - tym, żeby zrobić materiał i tym, żeby przeżyć. Człowiek skupia się na tym i zupełnie zapomina, co jest w domu. Jeśli chodzi o powroty, zdarza się czasami, że jesteśmy potworami. Jest bardzo ciężko. Jakiś czas po powrocie z wojny człowiek mentalnie wciąż jest tam, pomimo że już jest tutaj. Pewne rzeczy na co dzień nasi bliscy załatwiają za nas, płacą rachunki, zajmują się takimi zwyczajnymi sprawami. My wracamy z tamtej rzeczywistości i jesteśmy przez jakiś czas totalnie nieprzystosowani do tego, co się dzieje w domu. Atmosfera bywa czasami naprawdę gęsta. Niewielu znam moich kolegów, którzy nie są rozwiedzeni, albo którym się nie porozpadały związki. Ciężko jest czekać. Ciężko jest też, mając na przykład zaplanowany urlop, usłyszeć, że gdzieś zaczyna się wojna. Wspólne plany są nieważne. Urlop można przełożyć. Ale wojna? Na wojnę przecież trzeba jechać. Wtedy ta bliska osoba zostaje i dochodzi do wniosku, że jednak przez całe życie będzie na drugim miejscu, bo zawsze pierwsza będzie wojna.

Brzmi to jak uzależnienie i świetnie wyjaśnia tytuł pani książki "Ćpuny wojny", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Bellona. Żołnierze wracający z wojny często potrzebują pomocy, by poradzić sobie z tym, co zobaczyli i przeżyli. Z podobnym okrucieństwem spotykają się na swoich wyjazdach korespondenci. Czy wielu z nich potrzebuje pomocy psychologicznej?

- Ja jestem przekonana, że nie tyle wielu, co większość. Niestety, bardzo trudno jest się do tego przyznać. Bardzo ciężko jest też rozmawiać o tym wszystkim z psychologiem, który nigdy nie był w rejonie konfliktu i nie wie, jak to jest. Wojna to jest strzelanie, to jest zabijanie, ale to są też zapachy, które wracają później do człowieka. Czasami wystarczy jakiś mały sygnał, strzępek zapachu, by przywołać konkretne wspomnienia z wojny. Może trochę dyskredytujemy psychologów, którzy przecież znają się na swojej pracy. Komuś, kto na wojnie nie był, bardzo ciężko jest opowiadać o naszych przeżyciach na tyle szczegółowo, żeby poddać się terapii. To jest problem, natomiast wiem, że część moich kolegów jakąś terapię podejmowało, łącznie ze śp. Krzysiem Millerem (nagradzany fotoreporter wojenny, który zginął tragicznie w 2016 r. - przyp. red.).

Czy pani zdaniem korespondent wojenny to zawód, czy styl życia?

- W Polsce jest o tyle problem, że w naszym kraju nie ma takiego zawodu jak korespondent wojenny, co podkreślamy zawsze z Piotrkiem Góreckim (dziennikarz telewizyjny, były korespondent wojenny - przyp. red.). Tacy prawdziwi korespondenci wojenni są w takich redakcjach, jak CNN. To są ludzie, którzy zajmują się tylko wyjeżdżaniem na wojnę. Nam tymczasem zdarzały się takie sytuacje, że przyjeżdżaliśmy, dajmy na to z Afganistanu, i na drugi dzień na piątą rano szliśmy na dyżur do redakcji. Wydawca dzwonił i mówił: "Zobacz, na Reutersie jest taki fajny materialik o tym, że w chińskim zoo urodziła się malutka piękna panda. Zrobisz?". To są takie skrajności. Człowiek jeszcze afgańskiego pyłu z włosów nie zmył do końca, a tu robi materiał, że się panda urodziła i to jest news dnia.

Albo szczeniaczek z ogonkiem na czole...

- Tak! Ostatnio właśnie to wszędzie leciało. Wszyscy się zachwycali, jaki słodziak, jakie to fantastyczne. Syryjskie dzieci nie są tak urocze, szczególnie te bez kończyn.

Skoro mowa o syryjskich dzieciach, czyli o konflikcie, który dzieje się z dala od Polski, zaskoczyło mnie pojęcie "trupokilometrów", jakie pada w "Ćpunach wojny". To dosadne i przerażająco prawdziwe określenie wymyśliła pani razem z kolegami. Jak trudno relacjonuje się wojnę ze świadomością, że im dalej od Polski giną ludzie, tym mniej to widzów obchodzi?

- Mówiąc najdelikatniej, jak potrafię, jest to niezwykle irytujące. Gdybym miała powiedzieć niedelikatnie, to jest to po prostu wk***. To jest takie lekceważenie innych ludzi, że aż trudno wyrazić to słowami. Te "trupokilometry" wzięły się stąd, że któregoś razu w Białymstoku pękła rura i pół bloku zalało. Pognały tam wszystkie wozy transmisyjne. Ja rozumiem, że ludzie w tym bloku mieli przekichane, bo zalało im całe mieszkania i mają problem. Ale to nie jest tragedia narodowa i fizycznie nikomu tam się nic nie stało. My tymczasem chodziliśmy za naszymi szefami, żebyśmy mogli pojechać do Iraku, czy Afganistanu, a oni odpowiadali: "Ale po co? Przecież tam już nie ma polskich żołnierzy". Nagle to kompletnie przestawało być interesujące. Dlatego trzeba być niezwykle zdeterminowanym, żeby w naszym kraju ten zawód wykonywać.

Niemal na co drugiej stronie książki jest pani pod ostrzałem, w samym centrum wydarzeń, gdzie giną ludzie, gdzie wali się świat. Jak radzi sobie pani z tym, żeby zamiast wiać, gdzie pieprz rośnie, staje pani na szeroko rozstawionych nogach, chwyta mikrofon i zaczyna relację na żywo?

- Taką mam pracę. Pamiętam chłopaka, który bardzo chciał jeździć na wojnę. Ostatecznie pojechał tylko raz. Na tej wojnie się spotkaliśmy i miał być moim operatorem. Jak przyjechał, trafił na moment, gdzie - mniej więcej przez godzinę, może chwilę dłużej - nie było żadnego ostrzału, co w ówczesnych warunkach było niezwykle dziwne. Wcześniej obliczaliśmy, że tak co 15-17 minut było bombardowanie. On stwierdził, że w zasadzie na tej wojnie nie jest tak źle. Jak po tej godzinie w końcu rąbnęło, to rąbnęło trzy razy mocniej niż normalnie. Okazało się, że chłopak się posikał. Po tym wszystkim ja mu powiedziałam: "Stary, to że ty się zsikałeś, mnie nie interesuje. Gdybyś zsikał się w moje spodnie, to byłabym zła, ale to twoje portki i twoja sprawa. Jest inna, bardzo ważna rzecz - ty ze strachu nie włączyłeś kamery i my nie mamy zdjęć". On już więcej nie pojechał, bo go to przerosło. Wojna na żywo wygląda zupełnie inaczej, niż ludzie ją sobie wyobrażają. Wydaje im się, że można zrobić stopklatkę i stwierdzić: jest za ostro, idę do innego filmu - wolę komedię romantyczną. Tymczasem, jak się pojedzie na wojnę, to ta wojna trwa cały czas i trzeba w tym funkcjonować. Skąd ja znajduję na to siłę? Przyznaję szczerze - nie wiem. Po prostu taka się urodziłam.

Kiedy pakuje się pani na wojnę, to wiadomo, że są rzeczy niezbędne - dokumenty, wizy, pieniądze. Czego jeszcze nie może zabraknąć w pani torbie?

- Na pewno apteczki, w której są też tak banalne rzeczy, jak tabletki na gardło i krople do oczu. Nauczyłam się je zabierać po Afganistanie i Iraku. Tam jest po prostu tak potężne zapylenie, że człowiek wokalnie wysiada i nie może oczu zamknąć, bo ma w nich piach. Na pewno w torbie absolutnie nie może zabraknąć Jacka Danielsa i czegoś ciepłego do ubrania, bo w wielu krajach, w których jest bardzo gorąco w dzień, bywa okropnie zimno w nocy. Oczywiście też bielizna i rzeczy na zmianę.

Oglądając materiały korespondentek wojennych, zastanawiałam się zawsze, jak radzą sobie z jednym problemem, którego nie mają ich koledzy. Co kiedy w czasie wyjazdu do strefy konfliktu korespondentka dostanie okres?

- Sporo osób to interesuje, ale krępują się zapytać. Ja nigdy nie miałam problemu. Wiadomo, nie mogę powiedzieć swojemu organizmowi, że na czas wyjazdu zapominamy o sprawie. Jeździłam z fantastycznymi facetami, bo w moim otoczeniu byli tylko mężczyźni, dodajmy dorośli mężczyźni, a nie gówniarze. Czasem, jak jechaliśmy samochodem, były takie sytuacje, że nie można się było zatrzymać, bo było to zbyt niebezpieczne, lub nie można było z samochodu wyjść, bo można było trafić na minę pułapkę. Mimo to przychodził taki moment, że podpaskę trzeba było zmienić. Ja nakrywałam się kurtką i mówiłam kolegom, że muszę zmienić podpaskę i nie było z tym żadnego problemu. Ogółem trzeba wozić ze sobą mokre chusteczki. One się przydają nie tylko w takich sytuacjach. Zdarza się, że przez ileś dni jesteśmy w rejonie, gdzie nie ma żadnej wody, albo mamy tylko tyle wody, żeby ją pić, a nie się nią myć. I wtedy dzięki chusteczkom da się zachować jako taką higienę.

Gdyby miała się pani cofnąć w czasie, wiedząc co pani przeżyła, ile razy otarła się o śmierć, czy będąc ponownie na początku swojej drogi życiowej wybrałaby pani ten sam zawód, to samo powołanie?

- Zdecydowanie tak. Bezapelacyjnie, jak to mawiał Franz Mauer.

Rozmawiała Aleksandra Zaprutko-Janicka 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne