Reklama

Reklama

Pretorianie ajatollaha

Ajatollah Ruhollah Chomeini utworzył Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej w 1979 roku. Sięgając po władzę, potrzebował fanatycznej siły, która pomoże mu w przeprowadzeniu radykalnych posunięć i zniszczeniu wrogów. Formacja, która miała być przeciwwagą dla armii i strzec zdobyczy rewolucji, wyrosła na najpotężniejszą organizację w Iranie.

W latach 70. ostatni przedstawiciel dynastii szachinszachów perskich Muhammad Reza Pahlavi usiłował przeprowadzić reformy, które miały popchnąć Iran w stronę nowoczesności. W kraju pojawiło się świeckie szkolnictwo i sądownictwo, prasa, koedukacyjne szkoły, rozpoczęto walkę z analfabetyzmem, a kobietom przyznano prawa wyborcze. W parze z reformami szły jednak wszechobecna korupcja, brutalne represje i rozrzutność wierchuszki. W 1978 roku wybuchły masowe protesty przeciw rządom szacha, które przerodziły się w zbrojne powstanie, zwane rewolucją islamską, przekształcając Iran z monarchii konstytucyjnej w republikę islamską. Po stronie dawnego porządku najdłużej stało wojsko, na które po zwycięstwie rewolucji przez dziesięciolecia spoglądano z podejrzliwością.

Reklama

O drodze irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na szczyt, sytuacji we współczesnym Iranie i eskalacji sytuacji na Bliskim Wschodzie rozmawiamy z dr. hab. Jarosławem Jarząbkiem, specjalistą do spraw stosunków międzynarodowych i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. 

Aleksandra Zaprutko-Janicka: Po co powołano Korpus Strażników Rewolucji w Iranie?

Jarosław Jarząbek: - Miał to być nowy rodzaj sił zbrojnych. Po sukcesie rewolucji islamskiej siły zbrojne nie cieszyły się zaufaniem nowych władz, dlatego, że były filarem, na którym opierał się reżim szacha. Władze islamskiej republiki postanowiły powołać własną formację zbrojną. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej miał być całkowicie lojalny wobec nich i lidera rewolucji ajatollaha Chomeiniego.

Czyli ważna była nie jakakolwiek wiedza wojskowa, czy przebyte szkolenie, a lojalność i fanatyzm religijny?

- Dokładnie. Na najwyższe stanowiska w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej mianowano ludzi, którzy byli wcześniej członkami różnego rodzaju organizacji i bojówek islamskich, walczącymi z reżimem przed rewolucją i w jej trakcie. Siłą rzeczy nie mogli mieć jakiegoś doświadczenia wojskowego, czy umiejętności wojskowych. Większość z nich miała za sobą co najwyżej odbytą zasadniczą służbę wojskową, bez żadnych kursów oficerskich. Poziom ich wyszkolenia i wiedzy wojskowej był rzeczywiście niski, natomiast byli absolutnie lojalni wobec ajatollaha Chomeiniego i nowych władz Iranu i bardzo mocno zaangażowani religijnie.

Punktem zwrotnym w historii Strażników okazała się inwazja sił irackich w 1980 roku. Dlaczego?

- Pierwsze miesiące po irackiej inwazji na Iran były dla nich bardzo ciężkie. Ponosili duże straty, co wynikało właśnie z braku przygotowania wojskowego. Dowództwo Korpusu podejmowało złe decyzje, wysyłało ludzi na pewną śmierć i dość lekką ręką szafowało ich życiem, doprowadzając do strat i porażek. Mimo to udało im się powstrzymać pierwszy atak sił irackich. 

- Kiedy front iracko-irański się ustabilizował, Korpus zaczął sobie radzić coraz lepiej. Częściowo wynikało to z faktu, że postawiony pod murem ajatollah Chomeini zgodził się na przywrócenie do służby dużej liczby oficerów i podoficerów armii irańskiej, którzy wcześniej zostali albo zwolnieni z wojska, albo nawet wsadzeni do więzień. Po powrocie do armii i na front zaczęli szkolić nie tylko wojskowych, ale też Strażników. 

- Im dłużej trwała wojna, tym bardziej rosła wartość bojowa Korpusu, co podkreślają zarówno weterani wojny iracko-irańskiej, jak i eksperci. Już w połowie wojny, czyli w połowie lat 80., dzięki połączeniu bardzo dobrych umiejętności typowo bojowych oraz fanatyzmu, oddania i zaangażowania, Korpus stanowił jednostkę naprawdę wysokim poziomie.

Wróćmy jeszcze do kwestii przywiązania do religii i przygotowania ideologicznego. W islamie szyickim, który jest dominującą religią Iranu, bardzo ważny jest kult męczenników. Czy to w jakiś sposób wpływało na to, jaką postawę prezentowali na polu bitwy członkowie Korpusu?

- W czasie rewolucji, a szczególnie w pierwszych miesiącach wojny iracko-irańskiej ajatollah, Chomeini musiał zmobilizować Irańczyków do walki. Wykorzystał do tego właśnie motyw męczenników, zwłaszcza pierwszych szyickich męczenników Hassana i Husajna, którzy zginęli pod Karbalą i ich męczeńskiej śmierci. Wśród Irańczyków starano się stworzyć wrażenie, że powinni swoim życiem dawać taki sam przykład jak oni, co miało w założeniu zmotywować społeczeństwo do walki. 

- W Iranie bardzo dobrze przyjął się kult szahida, czyli męczennika oddającego swoje życie za wiarę. Propagowano go na różne sposoby, tworząc w pewnym sensie publiczną kampanię "promocyjną". Żołnierzom, którzy ginęli na froncie, organizowano bardzo uroczyste pogrzeby, na ich cześć nazywano ulice, place i różne inne miejsca. 

- Jeżeli dzisiaj spojrzymy na mapę Teheranu, widać na niej ogromną liczbę ulic, które noszą imię jakiegoś szahida. Oczywiście nie wszyscy dostępowali tego zaszczytu, bo w wojnie ginęły ich tysiące. Tym niemniej ci, którzy zasłużyli się bardziej, dokonali jakichś heroicznych czynów, mogli liczyć na upamiętnienie swojego nazwiska. Ogromna liczba młodych Irańczyków zgłaszała się na ochotnika do Korpusu, dołączała też do nieregularnych milicji - Basidżów, które trudno jest nawet nazwać wojskiem. 

- To były i są - bo nadal funkcjonują w Iranie - słabo uzbrojone ludowe milicje. Tym niemniej w pierwszej fazie wojny również one odegrały dużą rolę. To były setki tysięcy młodych ludzi, którzy zaciągali się do tych formacji i byli rzucani na front, by samą swoją liczebnością powstrzymać irackie ataki.

Służyli za "mięso armatnie"?

- Tak.

Korpus Strażników Rewolucji dysponuje dziś własnymi siłami zbrojnymi, ma własny wywiad, odpowiada za arsenał rakietowy. W jakiej pozycji stawia to irańską armię?

- W Iranie nikt specjalnie nie ukrywa, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest tym ważniejszym rodzajem sił zbrojnych. To oni w pierwszej kolejności otrzymują nowe uzbrojenie, które wchodzi na wyposażenie wojska, oni otrzymują w pierwszej kolejności środki finansowe, oni mają też pierwszeństwo na przykład przy wyborze kadry spośród zdolnych oficerów świeżo po szkołach oficerskich, czy podoficerskich. Armia jest na drugim planie. To przez długi czas wywoływało dosyć poważny konflikt. 

- Wszystko zmieniło się trochę w ostatnich latach. Niewątpliwym sukcesem armii na polu rywalizacji z Korpusem jest to, że w 2017 roku ministrem obrony został generał Amir Hatami. To pierwszy od 24 lat oficer armii, który objął to stanowisko. Wcześniej wszyscy ministrowie od początku lat 90., jak jeden mąż, wywodzili się z Korpusu.

Korpus posiada także siły specjalne, którymi do niedawna dowodził generał Kasem Sulejmani. Jaka jest ich rola?

- To jest specyficzna formacja. Oddziały Jerozolimskie, czyli siły specjalne Korpusu, to jednostka łącząca w sobie funkcje komandosów i agencji wywiadowczej. Cała ta formacja jest otoczona dość głęboką tajemnicą. Nie wiemy, ilu tak naprawdę służy w niej ludzi. Szacunki są bardzo różne i sięgają od dwóch do 20 tys. ludzi. 

- Członkowie al-Kuds są odpowiedzialni za przeprowadzanie operacji o bardzo różnym charakterze poza granicami Iranu. Bywają to działania czysto wywiadowcze, w czasie których zbierają informacje, pracując pod przykryciem na terytorium innych krajów. Zajmują się również szkoleniami zagranicznych bojówek sprzyjających Iranowi. Brygady prowadzą też operacje bardzo kontrowersyjne. Ich członkowie uczestniczą w walkach tam gdzie Iran ma swoje interesy i wspiera jakąś stronę konfliktu, czyli na przykład w Syrii, Iraku, ostatnio też w Jemenie. 

- Ich najbardziej kontrowersyjnym działaniem jest dokonywanie ataków terrorystycznych. To oficerowie oddziałów al-Kuds są odpowiedzialni za ataki terrorystyczne, w tym za zabójstwa dysydentów irańskich w różnych zakątkach świata. Podejrzewani są także o ataki na placówki dyplomatyczne innych krajów, na przykład Izraela (choć nigdy im tego nie udowodniono), w różnych państwach świata.

A po co właściwie młodzi Irańczycy wstępują do Korpusu?

- Można wyodrębnić dwie główne motywacje. Jedna z nich jest religijna. Duża część społeczeństwa irańskiego to ludzie, którzy są głęboko wierzący i dla nich służba w tym Korpusie jest zaszczytem. Formacja zajmuje się ochroną dorobku rewolucji islamskiej i wartości islamskich. Drugą grupą są ludzie, którzy do Korpusu dołączają z pobudek bardziej pragmatycznych. To osoby, które po prostu chcą służyć w wojsku, a Korpus zapewnia nieco lepsze warunki tej służby niż armia pod względem wynagrodzenia, ale też różnego rodzaju dodatków, jak preferencyjne kredyty, mieszkania, subsydia, czy inne ułatwienia. Korpus dysponuje nawet własnym uniwersytetem, gdzie te kadry się szkolą. 

- Ci, którzy robią większą karierę i obejmują wyższe stanowiska, mogą liczyć na bardzo duże apanaże finansowe. Korpus zapewnia im na przykład udział w zyskach spółek państwowych. Formacja ta kontroluje bardzo wiele firm z różnych sektorów gospodarki. Wpływowi Strażnicy są usadawiani na intratnych pozycjach w tych firmach.

Po zabójstwie generała Kasema Sulejmaniego w Iraku i Iranie wybuchły masowe demonstracje. Była to raczej ostra reakcja na tak drastyczny krok USA, czy przejaw kultu męczennika?

- Musimy spojrzeć na sytuację wewnętrzną w Iranie. To społeczeństwo jest mocno podzielone. W ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych około 35-37 proc. ludzi zagłosowało na kandydatów reprezentujących twardy islamski reżim. Natomiast około sześćdziesięciu kilku procent ludzi wspierało raczej kandydatów umiarkowanych, do których należy obecny prezydent Hasan Rowhani. 

- Biorąc to pod uwagę, dochodzimy do wniosku, że ta reakcja była bardziej reakcją władz irańskich, które musiały pokazać, że one absolutnie tego nie akceptują, że to krok niedopuszczalny i skandaliczny, reakcja będzie ostra. Wszystko po to, by zadowolić swój radykalny elektorat. Oczywiście te masowe demonstracje rzeczywiście były masowe.

Liczby robią w tym przypadku wrażenie. Uroczystości żałobne po śmierci Sulejmaniego zgromadziły setki tysięcy osób.

- Nawet jeśli reżim popiera trzydzieści kilka procent Irańczyków, to w 85-milionowym kraju to są miliony obywateli. Nie wątpię, że wszyscy ci, którzy przyszli na ten pogrzeb, zrobili to z własnej woli, ubolewali nad śmiercią generała Sulejmaniego i nienawidzą Ameryki. Pamiętajmy jednak o tym, że duża część społeczeństwa chciałaby się tego reżimu pozbyć. Niezależnie od tego, jak oceniamy Donalda Trumpa, jego prezydenturę i wypowiedzi, trochę prawdy jest w tym, co powiedział po śmierci generała Sulejmaniego, a mianowicie, że w Iranie społeczeństwo się cieszy z jego śmierci. Na pewno nie całe społeczeństwo, ale nie wątpię, że jakaś część tak. Niewątpliwie jest to cios w nielubiany przez nich Korpus Strażników Rewolucji.

Czy można zatem powiedzieć, że generał Sulejmani był popularną postacią?

- Niewątpliwie był popularny, aczkolwiek nie powiedziałbym żeby to był celebryta brylujący w mediach. Uważam, że w komentarzach pojawiających się po jego śmierci było dużo przesady w jego ocenie. Można było odnieść wrażenie, że to było połączenie Terminatora i Czyngis-chana, człowiek, który robił wszystko, co mógł, i był niezniszczalny, a to nie do końca tak. To był niewątpliwie bardzo zdolny dowódca wojskowy, świetny organizator i charyzmatyczny człowiek, lubiany przez swoich żołnierzy i uwielbiany przez tę część społeczeństwa, która wspiera reżim. Ale nie przeceniałbym jego roli ani jako twarzy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, ani też jako dowódcy. Jego śmierć nie spowodowała żadnych nieodwracalnych strat dla tej formacji i nie był niezastąpiony.

Czyli mamy tu do czynienia trochę z PR-ową kreacją post mortem?

- Której dokonali po jego śmierci zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy. Amerykanie podbijali jego znaczenie, bo chcieli pokazać, że zabili człowieka, który był bardzo groźny. Porównywali go w sposób moim zdaniem zupełnie nietrafiony, do Osamy bin Ladena, czy do przywódcy ISIS Abu Bakra al-Baghdadiego. Z drugiej strony władze irańskie też podbijały stawkę, starając się napompować jego postać, aby zmobilizować społeczeństwo. To pomogło im poruszyć większą część społeczeństwa w ich antyamerykańskiej misji.

Córka generała Sulejmaniego Zeinab pytała: "Kto pomści mojego ojca?".

- To jest właśnie ciekawy element tego, co się tam dzieje. Pytanie córki generała Sulejmaniego i żądania części społeczeństwa irańskiego, żeby tę śmierć pomścić, spotkały się z dość wstrzemięźliwą odpowiedzią. Zemsta, która nastąpiła, była raczej mocno ograniczona.

Iran strzelał tak, żeby nie trafić?

- Dokładnie. Władze w Teheranie są często mylnie przedstawiane jako zaślepione fanatyzmem religijnym, a tak nie jest. Fanatyzm i religijne zaangażowanie jest bardzo często tylko na pokaz i ma za zadanie mobilizować lub w razie potrzeby uspokoić społeczeństwo. W praktyce polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa Iranu w większości przypadków to pragmatyzm bierze górę. Tak było i tym razem. Zatem jak na razie zemsta wyglądała jak wyglądała, choć w Iranie przedstawiono ją zupełnie inaczej.

80 zabitych i potężne straty?

- Oczywiście wiemy, że to nieprawdziwe informacje, ale zostały one celowo zmanipulowane na potrzeby irańskiej opinii publicznej, żeby pokazać Irańczykom, że męczennika pomszczono. W kolejnych dniach irańskie media twierdziły, że to Zachód manipuluje danymi, a Amerykanie przekazują nieprawdziwe informacje.

Po katastrofie ukraińskiego samolotu pasażerskiego Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przyznał się do jego zestrzelenia. Na pokładzie zginęło 176 osób, w tym kilkudziesięciu Irańczyków. Czy to wydarzenie wpłynęło na pozycję Strażników w Iranie?

- Owszem. Tak po prostu, po ludzku, ta ogromna tragedia była wynikiem błędu, który popełnili żołnierze i oficerowie Korpusu i który obniża jego rangę jako formacji wojskowej. Jest jeszcze druga strona medalu, a mianowicie polityczna sytuacja Strażników Rewolucji. Z różnych nieoficjalnych informacji wynikało, że Korpus ukrywał swoją odpowiedzialność przed Najwyższym Przywódcą Alim Chamenei przez przynajmniej dwa dni. W tym czasie, kiedy światowe media mówiły już, że samolot został prawdopodobnie zestrzelony, władze irańskie i Korpus twardo obstawały przy tym, że to był wypadek, będący rezultatem jakiejś wady technicznej. Chamenei zaprzeczał jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony Iranu. 

- Z tego co wiemy nieoficjalnie, on czuje się w pewien sposób zdradzony przez Korpus. Podobno to, że nie poinformowano go od razu, że to Strażnicy strącili samolot, bardzo go poruszyło i dotknęło. Niewykluczone, że ranga Korpusu nieco teraz zmaleje. Być może nie od razu, ale w perspektywie czasu siły, które rywalizują z nim o władzę i wpływy w Iranie, czyli na przykład prezydent Rowhani i jego rząd, czy umiarkowane skrzydło w parlamencie, bądź armia, na tym zyskają.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne