Reklama

Reklama

"Dla nas takie sprawy, jak Holocaust są często niezrozumiałe"

- Pochodzę z Nowej Zelandii, która jest na samym końcu świata. Nigdy nikt nas nie napadał, nigdy nie toczyliśmy wojny na terenie Nowej Zelandii. Dla nas takie sprawy, jak Holocaust są często niezrozumiałe, nie potrafimy sobie ich wyobrazić, nie jesteśmy w stanie porównać naszych dziejów z tym, co wydarzyło się w Europie - powiedziała Interii Heather Morris, autorka bestsellerowego "Tatuażysty z Auschwitz".

"Tatuażysta z Auschwitz" to oparta na faktach opowieść o Lali Sokołowie, słowackim Żydzie zmuszonym przez Niemców do tatuowanie numerów więźniom przybyłym do Auschwitz. Pewnego dnia w kolejce "po tatuaż" stanęła młoda dziewczyna o imieniu Gita. Tak zaczęła się historia związku, który przetrwał piekło niemieckiego obozu zagłady, a którą spisała na podstawie rozmów z Sokołowem pochodząca z Nowej Zelandii Heather Morris. Książka stała się światowym bestsellerem, a jak powiedziała Interii autorka, na podstawie "Tatuażysty z Auschwitz" ma powstać serial.

Reklama

Artur Wróblewski, Interia: Jak natrafiłaś na niezwykłą historię opisaną w "Tatuażyście z Auschwitz"?

Heather Morris: W zaskakująco bardzo prosty sposób. Spotkałam się na kawie z moją przyjaciółką i ona opowiedziała mi, że matka jej znajomej niedawno zmarła, a ojciec chciałby opowiedzieć komuś historię ich związku. Warunkiem było, by ta osoba nie była Żydem. W ten sposób otrzymałam możliwość napisania książki. Ot tak, niesamowite. A o mały włos nie odwołałam spotkania na kawie z moją przyjaciółką! Zbliżały się święta i byłam bardzo zajęta przygotowaniami do nich.

Dlaczego Lale Sokołow nie chciał opowiedzieć swojej historii Żydowi?

- Wytłumaczył mi to bardzo jasny sposób. Nie chciał, by jego historię opowiedziała osoba, która być może miała w rodzinie ofiarę Holocaustu. Nie chciał osoby, która mogła mieć jakikolwiek związek z Holocaustem, ani nawet Żydami. Bał się, że taka osoba może podkolorować jego historię własnymi doświadczeniami albo doświadczeniami rodziny. A jemu zależało na opowieści wyłącznie o nim. Rozmawiałam zresztą na ten temat z wieloma Żydami na całym świecie i wszyscy mówili mi, że Lale postąpił bardzo mądrze i rozsądnie. Wiedział dokładnie, co robi. Dodam jeszcze, że syna Lale miał znajomego dziennikarza, który był zainteresowany tematem. Lale nie chciał jednak z nim rozmawiać. Dlaczego? Ten dziennikarz był Żydem.

Jak wyglądały wasze spotkania i w jaki sposób opowiadał o horrorze Auschwitz?

- Lale powiedział mi, że jedyny sposób, by upamiętnić wszystkich pomordowanych w Auschwitz, to osiągnąć coś w życiu, mieć dobre życie. W ten sposób był w stanie choć trochę zapomnieć o tym, co się wydarzyło w czasie wojny. Lale i jego znajomy, którzy też przeżył Auschwitz, mówili o tamtych czasach bez emocji. Natomiast Gita w ogóle nie chciała o tym mówić. Dlatego gdy zmarła, Lale postanowił opowiedzieć całą historię. Gdyby zmarł przed nią, historia z "Tatuażysty z Auschwitz" nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.

- Przez pierwsze trzy-cztery miesiące, Lale był tak załamany śmiercią Gity, że trudno było cokolwiek stworzyć z jego słów. Jego opowieści były bardzo niespójne. To były małe historyjki, raczej suche opisy wydarzeń, niż jego wewnętrzne przeżycia. Dziś wiem, że te pierwsze kilka miesięcy naszych spotkań były dla niego, jak wzięcie głębokiego oddechu, zrzucenie wielkiego ciężaru, jakim była śmierć Gity. Z czasem staliśmy się przyjaciółmi, zaprosiłem go do domu i Lale poznał moją rodzinę. Ja natomiast zaprzyjaźniłam się z jego psami, które mnie bardzo polubiły. Pewnego dnia usłyszałam: "Moje psy cię lubią, ja ciebie też lubię. Możesz opowiedzieć moją historię". To był czwarty miesiąc naszej znajomości. W tym momencie otworzył się uczuciowo, zdarzało mu się rozpłakać, często łamał mu się głos. Wtedy historia z mojej książki stała się prawdziwa. Trauma przechodziła. Wcześniej słyszałam, że muszę się pospieszyć z pisaniem książki, bo on chce jak najszybciej dołączyć do Gity.

- Po tych czterech pierwszych miesiącach przestał mówić w ten sposób. Zaczął też wychodzić z domu. Byliśmy między innymi na spotkaniach żydowskiej społeczności, w których brał udział i gdzie przedstawiał mnie dla żartu jako swoją dziewczynę. Poszliśmy nawet do kina. Rozluźnił się na tyle, że zaczęliśmy rozmawiać o tym, kto wcieli się w jego rolę w filmowej adaptacji książki. Lale w żartach chciał, by zagrał go Brad Pitt. Ostatecznie zgodził się na Ryana Goslinga (śmiech). Choć były wesołe momenty, to nasze rozmowy były bardzo trudne i dramatyczne. Pamiętam, że przez usta nie przechodziło mu nazwisko Josefa Mengele. To było dla niego zbyt bolesne. Opowiedział mi takie rzeczy o Mengele, że nie odważyłam się ich umieścić w książce. Teraz to ja niosę ten ciężar, który przekazał mi Lale. Drugą rzeczą, o której opowiadał z trudem, były losy Romów w obozie. Byli dla niego w pewnym sensie rodziną, bo przebywał w Auschwitz w romskiej części obozu. A oni wszyscy tam żyli jak jedna wielka rodzina.

- To ważne, że Lale o tym w końcu opowiedział. Wiele osób spodziewało się, że książka będzie dotyczyć wyłącznie Żydów, bo Holocaust z definicji dotyczy tej nacji. Ale przecież w Auschwitz były też inne narodowości, w tym Romowie. Oczywiście najwięcej było Żydów. Będąc w Polsce poznałam ludzi, których członkowie rodziny trafili do Auschwitz nie dlatego, że byli Żydami, ale dlatego, że byli polskimi artystami, intelektualistami, politykami... Zresztą to przecież Polacy jako pierwsi trafili do Auschwitz. Pochodzę z Nowej Zelandii, która jest na samym końcu świata. Nigdy nikt nas nie napadał, nigdy nie toczyliśmy wojny na terenie Nowej Zelandii. Dla nas takie sprawy są często niezrozumiałe, nie potrafimy sobie ich wyobrazić, nie jesteśmy w stanie porównać naszych dziejów z tym, co wydarzyło się w Europie.

A jaka jest wiedza o drugiej wojnie światowej i Holocauście w Nowej Zelandii?

- To smutne, ale docierały do nas tylko fragmenty historii o tych częściach Europy, w których walczyli nowozelandzcy żołnierze. Tyle do nas docierało. Oczywiście wiemy o drugiej wojnie światowej, ale walki w Europie były dla nas tylko fragmentem większego obrazka. Mamy też wiedzę na temat Holocaustu, ale pobieżną, bo to nie jest nasza historia. Tam, gdzie się wychowywałam, nie było Żydów. To było małe miasteczko z kościołem, pubem, sklepem i dwuklasową szkołą, bo taka była wystarczająca. Lale dziwił się, że nie ma tam synagogi. Nawet mu się to podobało (śmiech).

- Przyznaję to ze wstydem, ale przed poznaniem Lale miałam nikłą wiedzę o Holocauście. Wiedziałam, że coś tak strasznego miało miejsce, wiedziałam o istnieniu obozu Auschwitz. Ale na przykład wiele osób w Nowej Zelandii i Australii nie ma pojęcia czym było Birkenau. Nie miało świadomości, że Auschwitz to były dwa obozy. Swoją książką postanowiłam ich trochę wyedukować. Słyszałam później podziękowania i słowa: "Nie mieliśmy pojęcia, że w Auschwitz były dwa obozy". Rozumiałam to. Przecież te sprawy tak naprawdę nigdy nie dotknęły nas, żyjących na Antypodach. Co jednak ciekawe, w Australii mieszka druga po Izraelu największa społeczność Żydów, którzy przeżyli Holocaust. Uciekli z Europy tak daleko, jak tylko się dało...

Dlaczego "Tatuażysta z Auschwitz" to powieść, a nie spisane wspomnienia albo książka historyczna?

 - Mój wydawca przekonywał mnie, że to powinny być wspomnienia. I chyba rzeczywiście powinny być. Ale ja pisząc książkę, nie wiedziałam co robię, bo to była moja pierwsza książka. Zapisałam się na kurs pisarski, gdzie między innymi były zajęcia w jaki sposób należy pisać wspomnienia. Po nich zrozumiałam, że nie będę w stanie wydać wspomnień Lale'a. W historycznych wspomnieniach nie można zawrzeć wydarzeń i scen, których bohater nie był świadkiem. Nie można pisać o sprawach, o których Lale wtedy nie miał pojęcia. I co z Gitą? Ona nie mogłaby być w książce! Lale nie potrafił sobie przypomnieć też imion niektórych współwięźniów, a ja pisząc książkę historyczną nie mogłam ich ot tak wymyślić. Na przykład w książce jest scena gry w piłkę nożną. Musiałbym o jej uczestnikach pisać: zawodnik numer jeden, zawodnik numer dwa i tak dalej... Nie chciałam tego. Nie chciałam zamienić historii Lale'a w dokument. Nie chciałam książki z faktami i osobami, chciałam książki z uczuciami i emocjami. Przekonałam wydawcę. Poza tym w trakcie pisania miałam możliwość porozmawiania z osobami, które przeżyły Auschwitz. Ich opowieści nie mogłyby znaleźć się w historycznych wspomnieniach Lale'a. Poza tym ja uwielbiam dialogi w książkach. Ostatecznie stanęło na powieści historycznej.

- Przed ukazaniem się książki wydawca w Australii wysłał kopię "Tatuażysty z Auschwitz" do uniwersyteckiego historyka zajmującego się Holocaustem, z prośbą o komentarz do książki. Zależało nam na opinii naukowca. Ten jednak odmówił. Dlaczego? Jak stwierdził, w książce złagodzono obraz horroru więźniów obozu. Napisałem do niego i zaznaczyłam, że książka nie jest opowieścią o Holocauście, ale opowieścią dziejącą się w czasach Holocaustu. O Holocauście powinni opowiadać świadkowie i historycy. Nie jestem autorytetem w sprawach historycznych, wręcz przeciwnie.

Jak bardzo opowieść przedstawiono w książce różni się od tego, co wydarzyło się naprawdę?

- O imionach już wspominałam... Niektóre zostały wymyślone. Jest też sprawa chronologicznego uszeregowania wydarzeń. Często opowieści Lalego nie zgadzały się z datami. Zresztą w jaki sposób on miał pamiętać dokładny dzień, w którym Josef Mengele przybył do obozu Auschwitz? Musiałam to poukładać.

Po tych wszystkich historiach usłyszanych od Lalego wizyta w Auschwitz musiała być ogromnym przeżyciem...

- Jako pierwszy odwiedziłam obóz Birkenau. Kiedy przekroczyłam bramę obozu przystanęłam, spojrzałam w lewo, w prawo, przed siebie i zastygłam... Później przełamałam się i zaczęłam spacerować po terenie obozu. Nie potrzebowałam przewodnika, znałam to wszystko z opowieści Lalego. Wiedziałam, gdzie znajdował się jego barak, gdzie było krematorium, gdzie była rampa. Nie dołączyłam do mojej grupy zwiedzających z przewodnikiem. Spacerowałam sama. Tak naprawdę okropieństwo tego miejsca spadło na mnie później, kiedy dotarliśmy do pierwszego obozu Auschwitz. Moment kryzysu przyszedł na samym końcu. Moja wycieczka, tuż przed opuszczeniem terenu obozu, zatrzymała się na trawniku obok krematorium. Część osób usiadła na tej trawie. Obok krematorium. To było upiorne. W pewnym momencie rabin, który podróżował z nami i odmówił modlitwę obok krematorium, opowiedział mi, że towarzyszą mu dwie kobiety, które przeżyły Auschwitz. Dodał, że przez całą wizytę w Auschwitz obie drapały się nerwowo po nadgarstkach, na których miały wytatuowane numery obozowe. Rabin zapytał je, co pamiętają z momentu tatuowania numerów? One opowiedziały mu to samo: że osoba wykonująca tatuaże przepraszała je, że je rani i zadaje ból. Szybko dotarło do mnie, że to samo usłyszałam od Lalego, kiedy opowiadał mi o tatuowaniu więźniów. Że ich przepraszał. To był moment przełomowy mojej wizyty w Auschwitz. 

"Tatuażysta z Auschwitz" osiągnął spory sukces. Zastanawiałaś się dlaczego?

- W kwietniu wzięłam udział w Marszu Żywych w Krakowie. Obcy ludzie zaprosili mnie, bym wzięła w tym udział. Rozmawiałam wtedy z młodzieżą, która przyjechała do Polski z anglojęzycznych krajów. Słuchali mnie z zainteresowaniem, niektórzy nawet płakali... Ich opiekun zapytał mnie, co takiego im powiedziałam, bo wcześniej informacje o Holocauście i drugiej wojnie światowej przyjmowali na chłodno. "A przecież opowiadałem im o sześciu milionach zamordowanych Żydów" - usłyszałam. Może właśnie o to chodzi? Że dla ludzi bardziej wyrazista jest tragiczna historia jednego człowieka? Że bardziej przemawiają do nich losy jednej osoby? Że możemy się odnieść do historii jednostki, ale nie do liczby sześciu milionów zamordowanych? To pewnie jest odpowiedź na pytanie o sukces "Tatuażysty z Auschwitz".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje