Reklama

Reklama

Rosja wchłonie Białoruś? "Po Krymie wszystko jest możliwe"

Czy wchłonięcie Białorusi przez Rosję jest możliwe? Jeżeli tak, to nie przyjmie ono agresywnego scenariusza znanego ze wschodniej Ukrainy. - Na Białorusi prezydent Władimir Putin nie będzie potrzebował "zielonych ludzików". Zabrzmi to brutalnie, ale co drugi Białorusin jest "zielonym ludzikiem". Poza tym Rosja nie może sobie pozwolić na kolejną taką awanturę, jak na Ukrainie - komentuje w rozmowie z Interią Andrzej Brzeziecki, redaktor naczelny "Nowej Europy Wschodniej".

Artur Wróblewski, Interia: Czy Białoruś to państwo suwerenne i niepodległe?

Reklama

Andrzej Brzeziecki: Białoruś teoretycznie posiada wszystkie atrybuty państwa niepodległego: granice, własne struktury władzy, symbolikę, miejsce w Organizacji Narodów Zjednoczonych, prowadzi własną politykę zagraniczną, bo Aleksander Łukaszenka - przywódca i uosobienie współczesnej Białorusi - potrafi czasem grać na arenie międzynarodowej nie zawsze po myśli Rosji, gdyż o Rosji jako głównym ograniczniku suwerenności Białorusi mówimy. Łukaszenka był w stanie nie uznać separatystycznych republik, które oderwały się od Gruzji, był w stanie utrzymywać niezależne kontakty ze skonfliktowaną z Moskwą Ukrainą, był też w stanie prowadzić własną politykę z państwami Unii Europejskiej. Dodatkowo, Łukaszenka jest w miarę suwerenny w polityce wewnętrznej.

- Można natomiast wątpić w suwerenność Białorusi w kwestiach gospodarczych i ekonomicznych. Kraj ten bowiem jest ekonomicznie zależny od Rosji, a że we współczesnym świecie wszystkie sfery się przenikają, to wracamy do punktu pierwszego, bo sprawy ekonomiczne wpływają na wszystkie wspomniane kwestie. Rosja używa narzędzi gospodarczych do celów politycznych, dlatego w każdej z tych wymienionych wyżej sfer Rosja może naciskać na Białoruś, używając narzędzi ekonomicznych. Białoruś więc mogła nie uznać Abchazji i Osetii Południowej, ale na pewno nie zgłosiłaby chęci wstąpienia do Unii Europejskiej czy NATO.

To na czym w praktyce polega tzw. umowa o państwie związkowym zawarta przez Białoruś i Federację Rosyjską?

- Ta umowa ma już 20 lat. Jej zawarcie było próbą odnowienia Związku Sowieckiego, które miało się rozpocząć od dwóch państw: Rosji i Białorusi. Zamiary a rzeczywistość to dwie różne sprawy. W praktyce bowiem większość zapisów nie została zrealizowana. Integracja na wielu poziomach nie postępowała - na przykład w kwestii wspólnej waluty. Jednak jak widać po ostatnich wydarzeniach, Rosja zaczyna dążyć do realizacji pewnych elementów umowy o państwie związkowym. Główne postulaty to między innymi wspólna waluta, ale też wspólna przestrzeń graniczna, tak by zewnętrzne granice Białorusi stały się zewnętrznymi granicami Rosji.

- Co jeszcze miałoby zostać zunifikowane? Na przykład systemy bezpieczeństwa, transportu, system celny, system podatkowy, system obrachunkowy, a nawet wspólna służba meteorologiczna... Ponadto Rosja i Białoruś należą do kilku innych projektów integracyjnych na terenie byłego Związku Sowieckiego, jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza czy Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, nie wspominając o najstarszej Wspólnocie Niepodległych Państw. W wielu dziedzinach jedne zapisy integracyjne przeczą innym, sporo zaś pozostaje tylko na papierze. Łatwo się w tym pogubić. Na pewno w jednym integracja postępowała - w kwestiach wojskowych.

Jeżeli Łukaszenka i Putin dążą do integracji, to gdzie tkwi przyczyna obecnego sporu Mińska i Moskwy?

- Łukaszenka rzeczywiście doszedł do władzy w 1994 roku, obiecując Białorusinom, że będzie błagał Rosję, by z powrotem przyjęła Białoruś do siebie. Hasła o bratnich narodach nie schodziły mu z ust, a raz nawet powiedział, że Białorusini to właściwie Rosjanie, tylko jeszcze lepsi. Połączenie obu państw było jednym z jego głównych haseł, ponieważ nostalgia za Związkiem Sowieckim była i jest na Białorusi bardzo silna. Czasy komunizmu kojarzono ze spokojem i względną stabilizacją ekonomiczną. Białorusinom bardzo nie podobał się chaotyczny okres przemian politycznych na samym początku lat 90. ubiegłego stulecia, który wiązał się ze spadkiem poziomy życia. Polacy na pewno pamiętają z tamtego okresu tak zwanych "ruskich", którzy na bazarach wyprzedawali co tylko mieli. Często to właśnie byli Białorusini.

- Rosjanie z kolei nie chcieli myśleć, że ich imperium rozpadło tak zupełnie, dlatego wówczas, w drugiej połowie lat 90. zeszłego stulecia, ułożył się funkcjonujący do dziś schemat stosunków białorusko-rosyjskich: tanie surowce, czyli ropa i gaz, w zamian za wizję wspólnego państwa.

- Umowa związkowa Białorusi i Rosji, czyli tak zwany ZBiR, negocjowana była jeszcze przez starzejącego się Borysa Jelcyna, który być może sugerował Łukaszence, że w przypadku powstania wspólnego państwa, to Łukaszenka ma szansę stać się jego następcą. I być może on widział się na Kremlu? Zwłaszcza, że według ówczesnych sondaży przeprowadzanych w Rosji, Łukaszenka cieszył się tam ogromną popularnością. Brało się to z tego, że Białorusinów nie dotknęły aż tak drastyczne przemiany gospodarcze, państwo dalej miało charakter opiekuńczy. Rosjanie to widzieli i zazdrościli. Bo w Rosji i na Ukrainie miała miejsce bandycka prywatyzacja, demokrację utożsamiano z korupcją - zamiast demokracja mówiono "diermokracja", od słowa "diermo" czyli "gówno".

- Na Białorusi tego wszystkiego nie było. Pensje i emerytury do niedawna były tam wyższe niż w Rosji i na Ukrainie. Łukaszenka jawił się Rosjanom jako dobry gospodarz. W oczach przeciętnego homo sovieticusa Łukaszenka w kraju, po okresie chaosu, po prostu przywrócił porządek i stabilność. Pomijam długotrwałe skutki wstrzymania reform oraz fakt, że ta względna stabilność była możliwa dzięki tanim surowcom z Rosji, bo o tym zwykli ludzie nie myśleli.

- Fundamentem rządów Łukaszenki są tanie surowce z Rosji. Na przykład Mińsk bezcłowo kupował ropę od sąsiada, którą na Białorusi przetwarzano i te produkty już po "europejskich cenach" sprzedawano na Zachód. Nic dziwnego, że o Białorusi mawia się, iż żyje na rosyjskiej kroplówce. Mówię tutaj głównie o dostawach gazu i ropy. A co dawał Łukaszenka Rosjanom? Poczucie, że Rosja to wciąż imperium, a Białoruś jest jego częścią składową.

A jednak do pełnego zjednoczenia wówczas nie doszło. Dlaczego?

- Wszystko zmieniło się, gdy na Kremlu pojawił się szerzej nieznany kagiebista Władimir Putin - najpierw jako premier, potem jako pełniący obowiązki prezydenta po ustąpieniu Jelcyna i wreszcie jako pełnoprawny prezydent. Wtedy dla Łukaszenki zaczęły się schody. Już w 2002 roku Putin, mówiąc o stosunkach obu państw, stwierdził, że trzeba "odpędzić muchy od kotleta". Przekaz był jasny: Putin nie pozwoli Łukaszence żerować na rosyjskim kotlecie za darmo. Rachunkiem miała być integracja.

- Łukaszenka zorientował się, że nie tylko nie "wbije się" na Kreml, ale nawet jego władza na Białorusi może zostać co najmniej ograniczona. Zaczął więc grać na zwłokę. Unikał realizacji bardziej znaczących postanowień umowy związkowej. Między innymi dlatego w ZBiR wciąż nie ma wspólnej waluty czy wspólnego systemu sądowniczego.

- Jednak ta gra Łukaszenki musiała kiedyś mieć koniec, co zresztą wszyscy przewidywali zakładając, że gdy Białoruś zbankrutuje, będzie musiała ustąpić Rosji. Wciąż jednak Łukaszenka potrafił zaskakiwać sprytnymi manewrami. Gdy miał kłopoty z Rosją, rozpoczynał flirt z Europą. Gdy zbliżały się wybory, zwracał się ku Rosji, a wbrew Europie opozycję zamykał w więzieniach, i tak to się toczyło... Wszyscy zastanawiają się, kiedy pole jego manewrów się skończy. Miały już miejsce bardzo kryzysowe momenty w jego relacjach z Moskwą, jak liczne wojny "gazowe", "mleczne" i inne awantury. Przecież był okres, kiedy sprowadzano ropę z Wenezueli...

- Łukaszenka, odgrażał się kiedyś, że jeśli Rosjanie zamachną się na niepodległość Białorusi, to Białorusini urządzą im drugą Czeczenię. Były też momenty, gdy Łukaszenka naprawdę mógł się obawiać o swoją pozycję. W 2010 roku sterowana przez Kreml rosyjska telewizja emitowała programy uderzające w Łukaszenkę. Najlepszym przykładem film "Chrzestny Baćka". "Baćka" to popularne określenie Łukaszenki - takiego "ojczulka" narodu. Tytuł był więc aluzją do serii gangsterskiej "Ojciec chrzestny". Rosjanie pokazywali w nich Białoruś jako mafijne państwo rządzone przez "ojca chrzestnego" Łukaszenkę. A trzeba tutaj zaznaczyć, że rosyjska telewizja jest powszechnie oglądana na Białorusi. Jak wiadomo, Kreml każdą akcję polityczną, czy ostatnio militarną, poprzedza odpowiednią propagandą. Tamte filmy można więc było odebrać jako wstęp do ostrzejszej gry Rosji wobec sąsiada. W takich chwilach Mińsk zaczynał flirtować z Europą, także z Polską.

- Niemniej wszystko zazwyczaj rozchodziło się po kościach - głównie z tego powodu, że Moskwa nie była w stanie znaleźć dla Łukaszenki lepszego następcy. Ostatecznie obie strony znajdywały porozumienie - Łukaszenka zrywał dialog z Zachodem, oddawał Rosjanom jakieś przedsiębiorstwa i uzyskiwał nowe kredyty oraz przywileje gospodarcze od Rosjan.

Dlaczego ta specyficzna koegzystencja obecnie się tak znacząco zepsuła?

- Wpłynęło na to wiele czynników. Mówiłem już, że gra Łukaszenki nie może trwać wiecznie, pole jego manewrów stawało się coraz węższe - Rosjanie, w zamian za gospodarcze dotacje, żądali coraz to nowszych elementów białoruskiej państwowości. W pierwszej kolejności szło o białoruskie przedsiębiorstwa. Dodatkowo, w ostatnich latach Rosja, która aktywnie działa na polu międzynarodowym: toczy wojnę na Ukrainie, angażuje się zbrojnie w Syrii, "miesza" w Stanach Zjednoczonych i w Unii Europejskiej, zaliczyła jednak kilka porażek na terytorium, które uważa za swoją bezpośrednią strefę wpływów, czyli na terytorium postsowieckim.

- Przede wszystkim wydaje się, że definitywnie straciła Ukrainę, chociaż zdecydowaną odpowiedź na to dadzą dopiero wybory w tym roku - najpierw prezydenckie i parlamentarne później. Bez wątpienia ciosem jest jednak uniezależnienie się cerkwi ukraińskiej. To wyraźna oznaka rozpadu tak zwanego "russkogo mira", czyli pewnej wspólnoty państw słowiańskich. Za porażkę Kremla można uznać także demokratyczną rewolucję w Armenii, gdzie odsunięto od władzy praktycznie namiestników z Moskwy. Rosja poczuła się zepchnięta do narożnika. Jednocześnie spada poziom życia Rosjan, a sytuacja gospodarcza jest kiepska. W 2018 roku w Rosji realny wzrost dochodów wyniósł zero. Stagnacja ekonomiczna jest widoczna, a popularność Putina spada. Właśnie z tych powodów część ekspertów uważa, że naciski Moskwy na Mińsk to właśnie efekt porażek. Minęła euforia po "odzyskaniu" Krymu, a zaczął się kac. Rosja chce więc pokazać, że wciąż jest mocarstwem. Niewątpliwie istotne są także kwestie stricte ekonomiczne, które nie są wymierzone bezpośrednio w Białoruś, ale uderzają w nią. Na przykład Rosjanie wymyślił coś takiego, jak manewr podatkowy. Polega on na zamienieniu ceł zewnętrznych na eksport ropy na podatki, którymi obłożono jej wydobycie. Wcześniej Białoruś kupowała ropę bez cła, a teraz po manewrze podatkowym zapłaci za nią dalej bez cła, ale już z nowym podatkiem - czyli znacznie więcej. O to ostatnio Łukaszenka miał pretensje do Rosji, uważa on też, że za dużo płaci za gaz - bo powinien płacić tyle, ile kosztuje ten surowiec w sąsiednim obwodzie smoleńskim, a płaci prawie dwukrotnie tyle, choć koszty przesyłu są niemalże identyczne.

- W grudniu 2018 roku doszło do największego napięcia na linii Moskwa-Mińsk, ale konflikt zaczął się już co najmniej w lecie, gdy do Mińska na stanowisko rosyjskiego ambasadora wysłano Michaiła Babicza. To totumfacki Putina, człowiek, który między innymi wprowadzał rosyjskie porządki w Czeczenii. Ma on wiele funkcji i mówiąc wprost - wiele może. Początkowo Kreml chciał go wysłać na placówkę do Kijowa, ale Ukraina zdecydowanie sprzeciwiła się tej nominacji, co już wiele mówi. Zresztą trudno się dziwić, bo Babicz publicznie pochwalał aneksję Krymu. Wracając do Białorusi, to nominacja Babicza została w Mińsku przyjęta jako "koniec żartów". Przyjechał mocny facet. W grudniu, okresie specyficznym we wszystkich postsowieckich krajach, bo wtedy negocjuje się umowy gazowe i inne, konflikt białorusko-rosyjski nabrał rozpędu. Pierwsze głośne zgrzyty pojawiły się w trakcie spotkania Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej w Petersburgu. Później miało miejsce spotkanie delegacji rządowych białoruskiej i rosyjskiej w Brześciu, gdzie premier Dmitrij Miedwiediew domagał się głębszej integracji obu państw i wreszcie miały miejsce rozmowy Łukaszenki i Putina na Kremlu - dwie rundy: 25 i 29 grudnia. Żadne z tych spotkań nie przyniosło efektów, ale widać w tym momencie, że parcie ze strony Rosji jest bardzo mocne. Tak mocne, jak nigdy wcześniej.

A propos spotkania na Kremlu... Media poinformowały, że Łukaszenka z okazji zbliżającego się Nowego Roku podarował Putinowi słoninę i cztery worki kartofli.            

- Łukaszenka już w latach 90. zeszłego stulecia, zanim został prezydentem, miał taki zwyczaj, że ludziom, w których łaski chciał się wkupić, przywoził ze swojego sowchozu na przykład bagażnik pełen ogórków. Taka jest jego mentalność. Jak widać, nawet 20 lat na urzędzie prezydenta Białorusi nie zmieniło tego byłego dyrektora sowchozu. Oczywiście, taki prezent dla Putina ma wymiar czysto symboliczny. Jednak symboliczne jest również to, że Łukaszenka z Moskwy wyjechał bez prezentu. Znamienny jest też fakt, znając miłość Łukaszenki do hokeja, że nie dał się on zaprosić Putinowi na mecz. Stwierdził, że wraca do Mińska, bo się spieszy. Jeżeli dodamy do tego wcześniejsze słowa Łukaszenki, że są z Putinem sobą zmęczeni, to mamy pełen obraz dosyć poważnej gry nerwów. Łukaszenka później wycofywał się z tych słów, ale jednak one padły. Kolejna rzecz wskazująca na mocno napięte relacje, to brak konferencji prasowej po jednym ze spotkań na Kremlu.

- W takich sytuacjach zamiast polityków "mówią" media. W tym przypadku ewentualną wersję wydarzeń przedstawiły rosyjskie media. Przypomniano, że w 2024 roku Putinowi kończy się kadencja i jednocześnie formalnie konstytucyjna możliwość kontynuowania rządów. Zaczęto spekulować, że być może utworzenie nowego tworu państwowego, poprzez przyłączenie Białorusi, spowoduje zmianę konstytucji i pozwoli Putinowi na kontynuowanie rządów.

Jak oceniać taki scenariusz? Wydaje się, że Putin nie będzie widział żadnych przeszkód, by doprowadzić do takiego właśnie rozwiązania.

- Wcześniej takie spekulacje wydawały się political fiction, ale po aneksji Krymu wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że Białorusini w wielu kwestiach pozwalają na wiele Kremlowi. Weźmy przykład plany stworzenia nowych baz wojsk rosyjskich na Białorusi. Mińsk początkowo twardo przekonywał, że się na to nie zgodzi, później jednak stwierdził, że może nowe wojskowe bazy rosyjskie to nie byłby taki zły pomysł, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NATO buduje kolejne bazy w Europie Wschodniej. A to tylko jeden z przykładów, kiedy Białoruś stroszy piórka, a później potulnie wykonuje polecenia Rosji. Co się wydarzy w 2024 roku? Na pewno trzeba byłoby znaleźć nowe miejsce dla Łukaszenki.    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje