Reklama

Reklama

Janina Ochojska: Po prostu robię swoje

Janina Ochojska /Fot. Mateusz Skwarczek /

To, że urodziłam się w Polsce, daje mi pewne przywileje. Nie jestem głodna, mam dach nad głową, nie spadają na mnie bomby. Mam wszystko, czego potrzeba do bezpiecznego życia, ale to nie usprawiedliwia obojętności - z Janiną Ochojską, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej, rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Czy dzisiaj trudniej jest pomagać obcemu?

Janina Ochojska: Nie znam ogólnej perspektywy, ale z punktu widzenia Polskiej Akcji Humanitarnej jest łatwiej.

Reklama

Łatwiej?

- Tak, i to z różnych powodów. Jesteśmy znani, nie musimy tłumaczyć, co robimy i kim jesteśmy. Mamy duże zaufanie społeczne, jeśli kogoś poprosimy o pomoc, bo np. potrzebujemy twarzy jakiejś znanej osoby, właściwie nikt nam nie odmawia. Raczej my odmawiamy, kiedy niekoniecznie chcemy się z jakimś tematem kojarzyć. Jesteśmy już profesjonalistami. Potrafimy skutecznie pomagać, a poza tym w porównaniu z 1992 rokiem, kiedy wyjechał pierwszy konwój do Sarajewa, staliśmy się jako społeczeństwo bardziej dojrzali.

W jakim sensie?

- Chociażby, mając na uwadze pomaganie poza Polską, bardziej rozumiemy, że żyjemy w świecie pełnym zależności, i od tego, jaką my okażemy postawę wobec ludzi, którzy uciekają przed wojną na Ukrainie, w Syrii czy Iraku, albo wobec bardzo ubogich mieszkańców Sudanu Południowego czy Somalii, tak naprawdę zależy kształt naszego życia. Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz sposób życia wpływa na innych.

Jak to wygląda w praktyce?

- Wyobraźmy sobie, że kupuję dużo ubrań, a nie zwracam uwagi na to, że niektóre marki szyją dzieci, które wykonują niewolniczą pracę; popieram tym samym wykorzystywanie do tej pracy najmłodszych.

- Obawiamy się, że obcy przyjdą do naszego kraju, ale coraz bardziej ludzie mają świadomość tego, że pomagając im na miejscu, sprawią, że ludzie będą mogli zostać w miejscu swojego pochodzenia. Mamy na to, jako organizacja, liczne dowody. Więc prosta decyzja w postaci wsparcia organizacji humanitarnych wpływa na nasze życie. Spójrzmy na nasze podwórko. Rozmawiamy w Krakowie, mamy tu do czynienia ze smogiem. Gdyby każdy, kto pali w piecu, nie wrzucał do niego plastików, mielibyśmy lepsze powietrze. Takich przykładów, dotyczących nie tylko miejsca, w którym mieszkam, ale całego świata, można znaleźć bardzo dużo.

Jak kryzys migracyjny.

- Tak. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że on nie był spowodowany bezpośrednio wojną. Wojna spowodowała, że ludzie opuścili Syrię i zamieszkali w obozach dla uchodźców, głównie w Jordanii, Libanie i Turcji. Natomiast ten exodus do Europy zaczął się w momencie, kiedy agendy ONZ-owskie - w związku z tym, że w odpowiedzi na apel do państw członkowskich, otrzymały niewystarczającą ilość pieniędzy - zostały zmuszone do obniżenia stawek żywnościowych w obozach dla uchodźców. Zdesperowani ludzie, chcąc ratować swoje rodziny, zaczęli migrować do Europy. I stąd się wziął kryzys. Oczywiście on pociągnął za sobą inne konsekwencje, ale gdyby wtedy nie zmniejszono, a zwiększono pomoc dla ludzi w obozach wzdłuż granicy z Syrią, to oni by tam zostali. Bo tylko nam się wydaje, że jedyne o czym marzą, to do nas przyjść.

Co to znaczy być uchodźcą?

- Uchodźstwo jest jedną z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać człowieka. Jest się w obcym kraju, czasem w nieprzyjaznym środowisku, nie zna się języka, mimo że jest się osobą wykształconą, nie nabywa od razu prawa do wykonywania zawodu. Uchodźstwo jest koniecznością, sprawia cierpienie. Polacy mają tego coraz większą świadomość. Widzę to chociażby po szkołach, które biorą udział w naszych programach edukacyjnych, czy po ilości pieniędzy wpłacanych na nasze konto.

Jakie to są pieniądze?

- Faktem jest, że trzeba było zaangażowania mediów, ale w grudniu zebraliśmy 3,4 miliona złotych na pomoc dla Syrii. Tyle było na naszym koncie 30 grudnia, więc to pewnie nie koniec. Wzrasta ilość zbieranych przez nas środków, a coraz mniej jest przy tym pytań, dlaczego PAH pomaga w Syrii czy Sudanie Południowym, skoro w Polsce potrzeba tak wiele pomocy.

Takie komentarze towarzyszyły pani od zawsze...

- Ale teraz jest ich o wiele mniej. Najczęściej okazuje się, że wypowiada je ktoś, kto nie kojarzy z nami akcji Pajacyk. Także chętniej pomagamy dziś obcemu niż w 1992 roku i późniejszych latach. Do Polaków nie docierało jeszcze wtedy to, że stajemy się zamożniejszym społeczeństwem i mamy się już czym dzielić. Wciąż nie jesteśmy bogaci, ale to, że są wśród nas biedni, nie znaczy, że nie mamy pomagać innym. Te zmiany są widoczne. Tak jak to, że zmniejszyła się w Polsce akceptacja przyjęcia uchodźców.

W obawie przed terroryzmem?

- To też. Przede wszystkim politycy powiększyli ten lęk.

Ma pani do nich żal o wykorzystanie kryzysu migracyjnego w kampanii wyborczej?

- Tak, i to do wszystkich, bo poprzedni rząd też nie sprzyjał uchodźcom. Ta kampania wyborcza zrobiła bardzo dużo złego, dzisiejsza wrogość wobec obcych, ataki na nich, to jest między innymi jej pokłosie. Mam żal, ponieważ politycy zniszczyli wieloletnią pracę organizacji takich jak nasza, które budowały świadomość potrzeby pomagania uchodźcom. Nigdy nie było łatwo zebrać pieniądze na pomoc dla uchodźców, ale otwartość na nich i zrozumienie ich sytuacji, rosły. Znaliśmy środowiska, gdzie były ośrodki dla uchodźców, w których czekali na status. Lokalna społeczność dobrze współpracowała, łatwiej było znaleźć miejsce pracy, szkołę czy mieszkanie dla tych, którzy dostali status uchodźcy.

Mimo wszystko łatwo chyba nie było?

- Oczywiście, to się nie odbywało bez problemów, jednak dawało się zauważyć, że Polacy zmieniają swoją postawę wobec uchodźców. A teraz zmierzamy w odwrotnym kierunku, to może się na Polsce bardzo negatywnie odbić. Jeżeli będą akceptowane postawy agresji wobec obcych, nie mówię nawet o uchodźcach, bo to mogą być Polacy o innym kolorze skóry, to prędzej czy później dojdzie do konfliktu odmiennie myślących grup. Powtórka sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia w Polsce w międzywojniu, byłaby dla społeczeństwa katastrofą. Obawiam się, że ta narastająca agresja kiedyś może zwrócić się przeciwko nam. Każda dyskryminacja prowadzi daną społeczność nad jakąś przepaść. Bardzo bym nie chciała, żeby doszło do tego w Polsce. To bardzo groźne.

Z drugiej strony mamy solidarność społeczeństwa polskiego wobec Aleppo.

- I to ogromną solidarność! Nie tylko dla Aleppo, ale dla Syrii w ogóle. Duża w tym rola mediów. W tym samym czasie, kiedy wszystkie media mówiły o Aleppo, rozpoczęliśmy także działania na rzecz osób uciekających z oblężonego Mosulu i zebraliśmy... 20 tysięcy złotych. Dlaczego? Bo tylko nieliczne media mówiły o tym, co się tam dzieje, jakie są potrzeby ludzi, jak można im pomóc.

Tyle że Aleppo już nie porywa mediów, a kruchy rozejm w Syrii czy ewakuacja ludności z miasta nie rozwiązuje ich problemów. Nie obawia się pani, że brak zainteresowania mediów sprawi, że darczyńcy zapomną o Aleppo?

- Na pewno temat Aleppo już tak nie porywa, ale sporo ludzi, kiedy media tym żyły, podjęło szereg inicjatyw, które działają do dziś. Naczelna Rada Adwokacka już przekazała nam 100 tys. złotych, a różni adwokaci wpłacili na rzecz Aleppo 75 tys. Tylko ta jedna grupa społeczna. Są też inicjatywy osób prywatnych, np. podczas wigilii w licznych domach na stole w miejscu zarezerwowanym dla ewentualnego gościa stała skarbonka. Rodziny i bliscy się zrzucali i wpłacali na nasze konto: czasem kilkadziesiąt, czasem kilkaset złotych. W szkołach dzieci sprzedawały pierniki i ozdoby choinkowe, bo chciały pomóc Syryjczykom, w teatrach w całej Polsce miały miejsce zbiórki charytatywne, odbyły się i będą się jeszcze odbywały różne biegi i koncerty na rzecz Syrii. Te pieniądze cały czas spływają, jeszcze milion złotych uzbieramy.

- Powiedział pan, że media przestają żyć Aleppo. To jest naturalne, za miesiąc będą zajmować się innym miejscem. Ale poświęciły tragedii mieszkańców miasta czas, a on wciąż procentuje. Nie wymagam od kogoś, kto nie jest zaangażowany jak my, czy nasi wolontariusze, stałego myślenia o Syrii. Chciałabym tylko, żeby każdy miał świadomość, jak ogromnym dramatem jest wojna, brak dostępu do wody pitnej czy śmierć głodowa. Chciałabym, żeby ludzie chcieli wiedzieć. Za tym pójdzie chęć pomocy.

Nie mówiliśmy dotąd o zaangażowaniu państwa. Czy pomoc rządowa jest organizowana we współpracy z organizacjami charytatywnymi, czy są to oddzielne kanały? Jak ta oficjalna pomoc Polski ogólnie wygląda?

- Jeśli chodzi o program polskiej pomocy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, czyli pomoc, jaką państwo polskie udziela innym krajom, to nie jest za dobrze. W 2015 roku Polska przeznaczyła na pomoc rozwojową 0,1 proc. Dochodu Narodowego Brutto, z czego większość  - około miliarda złotych - stanowiły składki do różnych organizacji ONZ-owskich i UE. Od lat dużą część polskiej pomocy rozwojowej stanowią też kredyty preferencyjne dla państw takich jak np. Etiopia czy Angola - w 2015 roku ich wartość wyniosła ponad 60 milionów złotych. 

A co ze wsparciem dla organizacji pozarządowych?

- W 2015 roku było to około 21 mln złotych, MSZ ogłasza konkursy, np. na pomoc na Bliskim Wschodzie, z której do końca zeszłego roku wyłączone były działania realizowane na terenie Syrii. Dopiero w styczniu tego roku pojawiła się możliwość ubiegania się o finansowanie ze środków MSZ wkładów własnych do projektów realizowanych m.in. w Syrii - dotąd MSZ płacił jedynie na pomoc Syryjczykom przebywającym w krajach sąsiadujących z Syrią - w Libanie, Kurdystanie czy Jordanii. Pula obecnego konkursu to 1 mln złotych.

Czyli PAH zebrała więcej w grudniu?

- My w ogóle o wiele więcej wydajemy w samej Syrii. W 2015 roku wydaliśmy ok. 16 mln złotych, nie wliczając darów rzeczowych. To środki w dużej mierze z dotacji, m.in. od międzynarodowych organizacji czy Unii Europejskiej. Pozyskujemy i wydajemy na pomoc znacznie większe środki, niż te przekazywane w konkursach przez MSZ. W 2015 roku dysponowaliśmy kwotą ok. 55 mln złotych - wliczając dary rzeczowe, które przekazaliśmy na pomoc w Nepalu, Sudanie Południowym, Somalii, Syrii i na Ukrainie i w Polsce na program Pajacyk.

Jakie inicjatywy pomocowe głównie wspiera rząd?

- Większość pieniędzy jest przeznaczana na kraje Partnerstwa Wschodniego. Dwa z nich, Ukraina i Białoruś, są tradycyjnie jednymi z największych beneficjentów polskiej pomocy rozwojowej. W 2015 roku pomoc dla tych państw wyniosła 174 miliony złotych - dla porównania pomoc dla uchodźców syryjskich w Libanie, Kurdystanie i Jordanii wyniosła 11 milionów. Rozumiem, że chcemy budować dobre relacje sąsiedzkie, ale pomoc Polski, ale też Unii Europejskiej, powinna być niezależna od interesów państwa, tylko kierować się największymi potrzebami. A tak niestety nie jest.

Są takie akcje, tylko nie wiem ile w tym ocieplania wizerunku, a ile realnej pomocy, jedzie wysoki rangą polityk na Bliski Wschód i przekazuje dary dla uchodźców. Jaka jest rzeczywista wartość i skuteczność takiej pomocy?

- Nie chcę oceniać konkretnych działań, kiedy nie jestem na miejscu, nie widzę tej pomocy. Generalnie przesyłanie darów na dużą odległość jest pozbawione sensu. To trzeba robić przez ludzi miejscowych, a przy jednorazowej pomocy nie da się nawiązać kontaktów, które zagwarantują dobrą dystrybucję darów, dotarcie rzeczywiście do tych, którzy ich potrzebują.

Sporo zatrudniacie lokalnych pracowników?

- W Syrii pracuje dla nas kilkadziesiąt osób. To lokalni pracownicy zatrudnieni przy logistyce pomocy w 50 obozach w prowincjach Idlib i Aleppo. W części z nich znalazły schronienie osoby ewakuowane z Aleppo. Uruchomiliśmy dla nich m.in. dodatkową dostawę wody. Ok. 2,5 tysiąca osobom ewakuowanym z Aleppo PAH dostarcza codziennie po 20 litrów wody, a więc w sumie rozwozimy dziennie 50 tys. litrów wody. I to tylko dla osób, które ewakuowano z Aleppo, bo w sumie PAH obejmuje tego rodzaju pomocą 350 tys. Syryjczyków.

- Trzeba zatrudnić kierowców, wynająć cysterny, utrzymać je w czystości, zapewnić kontrolę dystrybucji, koordynatora projektu. Do tego dochodzi budowa toalet, wywóz śmieci i nieczystości z obozu, a także przekazywanie żywności czy środków czystości. Rodzina czy osoba, która trafia do obozu dostaje namiot lub miejsce w namiocie, piecyk, naczynia, koce, materace... Wszystko, czego potrzebuje człowiek, który uciekł przed bombami, i tak naprawdę nic ze sobą nie zdążył zabrać. Ktoś tą całą dystrybucją i zakupami musi zarządzać, dowieźć je na miejsce, a wyzwanie logistyczne jest ogromne. Budujemy tę pomoc od marca 2013 roku, kiedy założyliśmy misję w Syrii. A wracając do pytania o przekazywanie darów, przez lata nauczyłam się, że skuteczna pomoc wymaga dobrej logistyki, profesjonalistów i doświadczenia.

Odruch serca to dopiero początek?

- Zupełny początek. Trzeba bardzo dużej wiedzy. Organizacje pomocowe muszą monitorować i ewaluować swoje działania, żeby potem móc starać się o środki z międzynarodowych instytucji na kontynuowanie pomocy. Nie wystarczy dziś powiedzieć: jestem dzielny, pojadę i pomogę! Trzeba mieć ludzi, kontakty, rzeczywistą wiedzę o potrzebach. To się musi opierać na konkretnych danych, i trzeba te dane samemu zebrać.

- Na przykład w grudniu zeszłego roku PAH rozpoczęła udzielanie pomocy mieszkańcom Mosulu. Ale zanim to się stało, nasz koordynator pomocy natychmiastowej był w Iraku dwa razy, żeby zrobić kompleksowe rozpoznanie sytuacji - skonsultował się z lokalnymi organizacjami, był w tych miejscach, gdzie teraz udzielamy pomocy. Przygotował całą strategię działania, którą obecnie realizujemy. Na razie na pomoc w Iraku przeznaczamy pieniądze z PAH SOS, to taki klub, którego członkowie regularnie wpłacają pieniądze, wiedząc że zostaną użyte w jakiejś nagłej potrzebie, gdy nie będzie czasu na zebranie pieniędzy. Pomału będziemy się starali pozyskać pieniądze na pomoc Irakijczykom z dotacji od międzynarodowych organizacji. Może, jak uda się dotrzeć do mediów z informacją, co robimy w Mosulu, uda się zebrać więcej pieniędzy, niż dotąd.

No to proszę mówić. Czego potrzeba?

- Pieniędzy. Na razie rozdajemy tylko pakiety żywnościowe i higieniczne tym, którzy uciekli z części Mosulu zajętej przez tzw. Państwo Islamskie, a następnie osiedlili się na obrzeżach miasta albo znaleźli sobie schronienie w wyzwolonej dzielnicy. Ci ludzie potrzebują takiej samej pomocy, jak mieszkańcy Aleppo: część mieszka pod gołym niebem, a zima jest tam bardzo dotkliwa, jak u nas, trzeba dostarczyć im żywność, ciepłą odzież, zapewnić namioty. Apelujemy tylko o pieniądze, bo wiele rzeczy można kupić np. w Irbilu i zawieźć na miejsce. Gromadzenie darów jest niezwykle skomplikowane. Ja to zawsze tłumaczę w taki sposób: wyobraź sobie, że jesteś uchodźcą, masz małe dzieci. Dostajesz zagraniczne mleko w proszku, nie potrafisz nawet przeczytać, co to jest, jak to dawkować. Pojęcia nie masz, jak je podać dziecku.

A na miejscu, jak pani wspomniała, są pracownicy lokalni, a nie z Polski, którzy rozwiążą takie, wydawałoby się, prozaiczne problemy.

- To byłby zbyt duży koszt. Czasem ludzie pytają, czy wykorzystuję polskie ekipy, sprowadzam naszych inżynierów do wiercenia studni w Sudanie Południowym? Wie pan, jaki byłby koszt przewiezienia takiej ekipy wraz ze sprzętem? A jeszcze trzeba im zapewnić transport na miejscu, gdzieś umieścić. O wiele tańsze jest wynajęcie lokalnych firm. Jak zaczynaliśmy w Sudanie Południowym dziesięć lat temu, firmy wiercące wynajmowało się w Ugandzie albo w Kenii, bo w kraju zwyczajnie nie było odpowiednich fachowców. Nawet kierowców mieliśmy z Ugandy, bo Sudańczycy, którzy potrafili prowadzić samochód, pracowali w bazach ONZ, gdzie były lepsze zarobki.

- Przez dekadę to się zmieniło. Dziś są lokalni kierowcy, warsztaty, a bywało, że silnik wysyłaliśmy do naprawy do Kenii. Podkreślam znaczenie pracy osób lokalnych, bo znają teren, znają ludzi, język, więc dotarcie dzięki nim do tych najbardziej potrzebujących jest o wiele łatwiejsze. Przy okazji dajemy ludziom pracę i możliwość rozwoju. To, że organizacja taka jak PAH, tam działa, powoduje, że rynek potrzeb powoli się rozwija. Nasi pracownicy muszą sobie kupić żywność, gdzieś zamieszkać. Sudan Południowy niestety wciąż jest areną konfliktów, ale dzięki obecności różnych organizacji pozarządowych, jego mieszkańcy otrzymują szansę na lepsze życie, nie tylko przez bezpośrednią pomoc, m.in. budowę studni, ale stworzenie rynku potrzeb i wpływ na lokalną przedsiębiorczość.

Ile studni powstało w Sudanie Południowym dzięki PAH-owi?

- W ciągu dziesięciu lat zbudowaliśmy siedemset studni, czyli średnio co pięć dni powstawała studnia. Dawno nie byłam w Sudanie Południowym ze względu na mój stan zdrowia, ostatnio w 2012 roku. Marzę, żeby tam jeszcze pojechać, zobaczyć, jak bardzo się zmienił od początku naszej misji.

Lęk przed obcymi bierze się z mylnego przekonania, o którym już wspomnieliśmy, że oni nie marzą o niczym innym tylko o osiedleniu się w Polsce, zalewem uchodźców straszyli politycy i część mediów. Czy w obozach, kiedy uchodźcy dowiadują się skąd jest PAH, pojawia się w rozmowach chęć przyjazdu do Polski?

- Nie spotkałam się z takimi historiami. Ludzie, mając w danym miejscu dostęp do wody pitnej, żywności i poczucie bezpieczeństwa, nie chcą migrować, nie chcą - jakkolwiek patetycznie to zabrzmi - opuszczać swojej ziemi. Im nie chodzi o to, żeby żyć w Polsce. Chcą móc bezpiecznie żyć w Syrii. Dzięki organizacjom takim jak nasza, oni mogą przetrwać. Oczywiście pomoc nie dociera do wszystkich, a grup pracujących w samej Syrii nie jest aż tak wiele, więc są tacy, którzy nie mają innego wyjścia niż tułaczka. Proszę mi wierzyć, że w tych ogromnych obozach dla uchodźców w Jordanii czy Turcji teoretycznie jest bezpiecznie, bo są one poza zasięgiem bomb, ale nie chciałby pan, żeby pana rodzina przebywała w takim miejscu. W dużych skupiskach ludzie zawsze łatwiej o różne nieprawidłowości czy przemoc. Organizacje pomocowe często bywają w ich obliczu bezradne...

- Najlepsze są małe obozy, gdzie można jakoś zapanować nad sytuacją. Ale długotrwałe skupiska, w których ludzie żyją po 20 i więcej lat, są siedliskiem przemocy. Kto tam zostaje? Najsłabsi. Wystarczy przeczytać książkę Wojciecha Tochmana "Kontener" o obozie Zaatari w Jordanii, żeby sobie wyobrazić, jak codzienność w takim miejscu wygląda. Albo weźmy obóz Dadaab w Kenii, największy obóz dla uchodźców na świecie. Pod koniec zeszłego roku mieszkało w nim prawie 300 tys. ludzi, jest jak duże miasto. Dostarczanie wody do takich obozów ONZ najczęściej powierza różnym firmom, można sobie wyobrazić, co one robią, żeby taki kontrakt dostać. Pewnie, że tego nie można odbierać jako coś, co miałoby przekreślać pomoc, ale chcę tylko powiedzieć, że organizacje międzynarodowe działające w pomocy humanitarnej powinny dążyć do tego, żeby ludzie jak najszybciej uniezależnili się od swoich darczyńców.

Nie zawsze jest to możliwe.

- Czasami to rzeczywiście nie zależy od nas, bo konfliktów sami nie zakończymy. Ale zbyt długie utrzymywanie ludzi w obozach jest dla nich samych szkodliwe. Uważam, że w pomocy humanitarnej za mało jest programów, które umożliwiają ludziom opuszczenie obozu albo powrót do miejsca, z którego pochodzą, o ile jest już ono bezpieczne, lub samodzielnego osiedlenia się gdzieś w jego pobliżu. Sęk w tym, że jest to strasznie skomplikowane, nie wszyscy mają w tym interes.

Interesy, korupcja, a myślałby kto, że chodzi o szczytne działania humanitarne...

- Taka jest rzeczywistość. I tym wielkim organizacjom ONZ-owskim trudno dać sobie z tym radę. Nie chcę powiedzieć, że pracownicy ONZ są gorsi, bo znam wspaniałych ludzi z różnych agend terenowych, ale siłą rzeczy, im większa organizacja, tym więcej pieniędzy idzie na obsługę biurokracji, nie na pomoc.

Jak PAH radzi sobie z tą proporcją?

- W mniejszych organizacjach, jak nasza, jest inaczej. Na tzw. koszty administracyjne, czyli m.in. prowadzenie księgowości czy audyt wydatków, wydajemy - w zależności od projektu - od 5 do 15 procent środków. To konieczne. Bez audytu nie dostalibyśmy np. kolejnych pieniędzy z UE. Z każdej złotówki od 5 do 15 groszy idzie zatem na obsługę działalności, a 85-95 groszy na pomoc. Łatwiej nam utrzymać takie proporcje, bo nasza struktura jest mniejsza, nie jest tak biurokratyczna. U nas decyzja np. o budowie nowej studni nie musi przejść dalekiej drogi od samego prezesa. Pracownicy na miejscu o tym decydują.

Jak pani - przy obecnej wiedzy i doświadczeniu - patrzy na te pierwsze konwoje do Sarajewa z 1992 rok, to co sobie pani myśli?

- Już bym tego tak nie zorganizowała. To była prowizorka, improwizacja. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia, że dotarliśmy na miejsce w jednym kawałku. Jak myślę o tym, że ludzie byli ubezpieczeni prywatnie... Teraz każdy pracownik, który wyjeżdża na misję jest ubezpieczony, ma badania lekarskie przed wyjazdem i po powrocie, ma odpowiednie szkolenia. Kto wtedy uczył kierowców zasad bezpieczeństwa? Nie wiedzieliśmy, że to jest potrzebne. Dzisiaj nasi pracownicy są odpowiednio szkoleni. Są obserwowani, czy potrafią zachować spokój, co wywołuje ich zdenerwowanie. Od tego zależy, czy nadają się na misję. Właściwie we wszystkich krajach, w których obecnie pracujemy, toczy się wojna. To niebezpieczne warunki, trzeba zachować zimną krew. Wyjątkiem był Nepal. Po tych 25 latach widzę, że dobre serce ma najmniejszy udział w skutecznym pomaganiu. Trzeba umieć na chłodno ocenić potrzeby, opracować strategię pomocy, a potem ją konsekwentnie realizować. Po prostu robić swoje.

Czyli nie ma miejsca w pomaganiu na sentymenty?

- One są nawet przeszkodą. Młodzi ludzie, którzy stykają się po raz pierwszy ze strasznym ubóstwem ofiar wojny czy głodu, spotykają się z czymś, czego nigdy nie widzieli. Nawet ja, chociaż widziałam wiele, jak pierwszy raz byłam w Somalii i zobaczyłam w jakich warunkach żyją ludzie w obozach, nie rozumiałam, jak w takiej scenerii można się jeszcze śmiać. Młody człowiek zarażony ideą pomagania jest wrażliwy, jeśli kierowałby się emocjami, wszystko chciałby rozdać. Jednemu dałby koszulę, drugiemu jedzenie, trzeciemu sfinansował pomoc medyczną. Ale nasz pracownik nie może tego zrobić, bo ma konkretne zadanie do zrealizowania: ma wybudować 20 studni. To jest zajęcie od rana do wieczora. Trzeba pojechać w teren, skoordynować zadanie, rozliczyć, wiele spraw do załatwienia jednocześnie. Sentymenty towarzyszące temu, że ktoś się wzruszy na widok umierającego dziecka mają wartość emocjonalną, ale to wzruszenie czy nawet danie matce pieniędzy nie zmieni jej sytuacji.

- Zmieni ją to, że w obozie powstanie nowa studnia, będzie czysta woda, zorganizowany zostanie wywóz śmieci, dzięki czemu ludzie przestaną żyć w brudzie, a warunki do przeżycia staną się trochę bardziej znośne. To jest tak naprawdę ważne, a nie danie cukierka, pieniążka czy zabawki. Nie chcę dewaluować niczyjej pracy, są przecież wyjazdy wolontariuszy, np. Salezjanie to organizują, jadą na trzy miesiące do obozu, uczą dzieci angielskiego, bawią się z nimi. Bardzo ważna rzecz, ale dotyczy zupełnie innego rodzaju pomocy.

My mówimy o rozwiązaniach systemowych.

- O stworzeniu warunków, które pozwolą ludziom uniezależnić się od pomocy. Woda w wiosce oznacza możliwość uprawy ziemi, w obozie nie ma na to miejsca, tam każdy ma skrawek terenu, który zajmuje jego namiot, czasem płachta naciągnięta na kije, kawałek blachy i kartony... Ale ta obecność wody i toalet, to już jest coś, co w istotny sposób zmienia życie tych ludzi i trzyma ich w obozie. Śmiertelność niemowląt się zmniejsza, możliwość przeżycia sprawia, że zostają. Ludzie są gotowi mieszkać nawet w trudnych warunkach, byle móc zostać u siebie. Drobna poprawa tych warunków sprawia, że mają powód i możliwość przetrwania. 

Długo się pani uodparniała na emocje? To jest w ogóle możliwe?

- Dosyć szybko mi to poszło. Opowiadałam już tę historię, ale wrócę do niej, bo ona rzeczywiście była dla mnie przełomowa. To wydarzyło się podczas pierwszego wyjazdu do Sarajewa. Dwanaście ciężarówek, do tego autokar z dziennikarzami. Przed wyjazdem z miasta załatwiałam jeszcze jakieś formalności. Wracam do autobusu, a tam siedzi kobieta z małym dzieckiem i dwoma walizkami. Któryś z dziennikarzy powiedział jej, że możemy ją zabrać z Sarajewa. Proszę sobie wyobrazić: styczeń, śnieg, potworny mróz, a ja musiałam tę kobietę wyrzucić z autobusu.

- Wiedziałam, że jej nie możemy zabrać, że jak dojedziemy do pierwszego posterunku, to Serbowie ją wyrzucą na ulicę. Może ją rozstrzelają na naszych oczach? A my już nigdy nie dostaniemy zezwolenia na wjazd do Sarajewa. Już wtedy wiedziałam, że muszę wrócić, wiedziałam, jak duża jest potrzeba pomocy. To było straszne. Do dzisiaj jak o tym myślę, to łzy się zbierają, muszę się powstrzymywać. Ona płakała, klęczała przede mną, dziecko też. Wciąż nie potrafię o tym opowiadać bez emocji, ale to mnie nauczyło, że nie mogę się nimi kierować. Gdybym wzięła ją do autobusu, a Serbowie zastrzeliliby ją na moich oczach, do dzisiaj nie mogłabym zasnąć. Czy przeżyli? Nie wiem, mam taką nadzieję.

Czuje się pani odpowiedzialna za osoby, którym PAH pomaga?

- Tak, jak człowiek zaczyna pomagać, to bierze na siebie odpowiedzialność. Na nas ciąży odpowiedzialność zarówno za losy tych, którym powiedzieliśmy: będziemy wam pomagać, uchodźcy z obozów w prowincji Idlib czy Aleppo na nas liczą. Kolejne wioski w Sudanie Południowym wiedzą, że w tym roku wywiercimy im studnie. To jest wzięcie odpowiedzialności za losy ludzi. Poza tym czuję, że jesteśmy odpowiedzialni też za to, jak będziemy jako Polacy odbierani w tym pomaganiu. Jakość naszej pomocy, jej efektywność, transparentność, zaufanie, jakie zdobyliśmy, powoduje, że coraz więcej ludzi chce z nami pomagać. Coś budujemy. Tak jak Jurek Owsiak, który zbudował pewną kulturę pomocy. Bardzo młodzi ludzie już po raz 25. kwestowali niedawno na mrozie, bo wiedzą, że pieniądze wrzucane do ich puszek uratują konkretne życie.

- Jak człowiek zaczyna pomagać, to trudno jest przerwać. Odpowiedzialność jest zbyt duża. Wyobraża pan sobie, że siostra Małgorzata Chmielewska stwierdzi jednego dnia, że zamyka domy dla bezdomnych, bo swoje zrobiła i na stare lata chce spokojnie pożyć? Tysiące ludzi by zostały bez dachu nad głową. Mówiłam o wyzbywaniu się sentymentów, ale wrażliwość jest niezbędna.

Czym ona się u pani objawia?

- Trudno mi żyć z myślą o świecie, w którym wyrzuca się żywność, a ludzie umierają z głodu albo nie mają dostępu do wody pitnej i giną z pragnienia. Nie mogę się pogodzić z tym faktem, dlatego robię to, co robię. Jak zaczynałam nie miałam świadomości, jaka jest skala głodu na świecie. Mówiło się o tym, ale czym innym jest to, jak się tego głodu dotknie, zobaczy na własne oczy te liczby... Ale to można zmienić. Wszystkie organizacje humanitarne, które pracują w trudnych miejscach, zmieniają to.

Niezgoda na to, że ktoś umiera z głodu czy pragnienia to w moim odczuciu trafna definicja człowieczeństwa...

- Nie można mówić o jakimś etycznym życiu bez myślenia o tym. To, że urodziłam się w Polsce, daje mi pewne przywileje. Nie jestem głodna, mam dach nad głową, nie spadają na mnie bomby. Mam wszystko, czego potrzeba do bezpiecznego życia, ale to nie usprawiedliwia obojętności. Doświadczyłam tego, i to jest chyba najważniejsze odkrycie mojego życia, że pojedynczy człowiek może naprawdę wiele. Przecież jak wróciłam z Francji do Polski, bo byłam z francuskim konwojem w Sarajewie, i chciałam zorganizować polski konwój, nie miałam nic poza ideą. Wiedziałam tylko, że muszę coś zrobić, widziałam, co się dzieje w Sarajewie. Nie miałam wtedy nic, dzisiaj PAH pomaga setkom tysięcy ludzi.

- Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem taka wspaniała, tylko to, że wierzę w akt ludzkiej woli. To jest to, od czego wszystko się zaczyna, każdy może coś zrobić. Jeden zakłada organizację pomocową, a drugi firmę, zarabia pieniądze i dzieli się z innymi. Ludzie mogą o wiele więcej niż im się wydaje, nie muszą tylko patrzeć obojętnie, że gdzieś na świecie zabijają... Można zacząć od najprostszych rzeczy. Często w szkołach młodzi ludzie mnie pytają, co mogą zrobić. Masz profil na Facebooku? - pytam. To nas polub (zrób to teraz), udostępnij wiadomość nt. Syrii czy Sudanu Południowego, to już coś.

W mediach społecznościowych uderza kontra. Z jednej strony apele o pomoc dla Aleppo, z drugiej wzywanie do zamknięcia bram Europy przed najeźdźcami.

- Te rzeczywistości istnieją obok siebie, tak będzie zawsze. Ale faktem jest, że nasze społeczeństwo jest dziś przez Europę uznawane trochę jako to, które nie chce pomagać uchodźcom.

Boi się ich przyjąć, ale chce pomóc.

- Tak, niekoniecznie pomoc musi oznaczać przyjmowanie uchodźców. Poprzedni rząd to mówił, ten również: pomagać należy u źródeł problemów. I w styczniu wreszcie został uruchomiony pierwszy konkurs MSZ z przeznaczeniem na wsparcie projektów realizowanych m.in. wewnątrz Syrii. Na szczęście społeczeństwo polskie znacznie wcześniej zrozumiało, że pomoc dla Syryjczyków jest bardzo potrzebna.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Wejdź na stronę PAH i zobacz jak możesz pomóc!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy