Reklama

Reklama

Mariusz Czubaj: Żywię się ścierwem codzienności

Mariusz Czubaj /Piotr Magdziarz /

Mam obsesję dokumentacji, w związku z czym muszę powąchać i zobaczyć miejsca, podsłuchać ludzi, o których będę pisał. Często używam takiej metafory, że jestem jak szakal, który żywi się ścierwem codzienności - z Mariuszem Czubajem, pisarzem i profesorem antropologii kultury, rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Z Mariuszem Czubajem spotkaliśmy się przy okazji krakowskich Targów Książki. W stolicy Małopolski autor promował swoją najnowszą powieść pt. R.I.P., która łączy w sobie cechy westernu i czarnego kryminału. Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z prostym zadaniem konkursowym, o czym poniżej.

*

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia:  Napisał pan western osadzony we współczesnej Polsce. Skąd ten pomysł?

Mariusz Czubaj: Rzeczywiście, pisanie westernu dziejącego się w Polsce w roku 2015 może wydać się karkołomne, ale jeżeli przyjrzymy się bliżej, zobaczymy, że każdy kraj ma swój Dziki Zachód albo Dziki Wschód. Czasem to jest bardzo trudne do uchwycenia z perspektywy wielkomiejskiej; z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia nie dostrzegamy tego, że wystarczy wyjechać 20 km poza te miejsca i trafiamy w obszary, o których szczurom miejskim by się nie śniło.

Pan postawił na Mazury.

- Bo tam też są miasteczka, gdzie po zmroku ruch na ulicach zamiera, tylko czekać kiedy nas jakiś zombiak zahaczy, a jedynym miejscem schadzek, jak dobrze pójdzie, jest Biedronka. Są miejsca, gdzie bardzo często bida piszczy, ludzie nie mają co robić, zakupy robią na zeszyt, a rozliczają się jak się nagły strzał gotówki przytrafi. Rządzą tam lokalne układy i domorośli watażkowie, a ludzie wolą załatwiać sprawy między sobą i raczej milczą niż mówią za dużo. To jest dość klasyczna sytuacja, w każdej małej społeczności może się coś takiego trafić.

Mamy zatem scenerię pasującą jak ulał do westernu. Co dalej?

- No to, że ja kocham ten gatunek! Uwielbiam tych silnych mężczyzn. Nie wszystkich, ale tych z Dzikiego Zachodu akurat bardzo. Ta moja predylekcja jest o tyle szczególna, że bliżej mi zdecydowanie do takiej konwencji antywesternu. Pasjonuje mnie kino Sama Peckinpaha i spaghetti western, gdzie oni tak stoją, patrzą na siebie, cedzą jedno słowo na kwadrans i ogólnie mało się dzieje...

Da się to ich stanie oddać literacko?

- W literaturze trudno, to fakt, jakby tak stali i patrzyli na siebie kwadrans. I nic. Pomyśleć mogliby chociaż, prawda? A przecież oni tak stoją, patrzą i nie myślą. I to takie urocze jest. No i mało kto przeżywa w tej konwencji do końca, nawet z tych dobrych bohaterów. Pod tym względem spaghetti westerny wyprzedziły "Grę o tron" o kilka długości. Fajne to jest, zawsze chciałem coś takiego zrobić. Trzecia rzecz, która pchnęła mnie do napisania westernu jest taka, że zawsze musi być coś w rodzaju pisarskiego mordu założycielskiego, takiego wydarzenia, które człowieka w jakiś sposób katalizuje.

Jak ten mord objawił się u pana?

- Przed jednym spotkaniem autorskim w Wielkopolsce postanowiłem napić się piwa. Była piękna pogoda, wrzesień, parasole przed lokalem. Schodzę do katakumb, w których i pizzę podawano, i browar, zwalisty barman nalewa mi piwo przy barze. Pytam go, czy mogę usiąść pod parasolami czy to do konkurencji należy? Na co on odpowiada: "proszę pana, tu już nie ma żadnej konkurencji".

No proszę, nawet umieścił pan tę scenę w książce...

- Zgadza się. A wie pan czemu? Kiedy on powiedział, że tu nie ma żadnej konkurencji, z naciskiem na "już", od razu pomyślałem człowieku bierz to, bo zaraz ktoś cię uprzedzi i sam napiszę taki western. Historia o facecie, który przyjeżdża do małego miasteczka, w którym nie ma już żadnej konkurencji jest klasyczną sytuacją westernową. Tutaj naprawdę nie trzeba wytartych kapeluszy i coltów za pasem, chociaż - jak czytelnik może zauważyć - trup w mojej nowej powieści ściele się gęsto.

Pana książka jest o tyle interesująca, że nie znajdziemy w polskiej literaturze wielu nawiązań do westernu.

- Ale mamy pisarza, który gdzieniegdzie cieszy się nawet opinią kultowego, czyli Wiesława Wiernica. Napisał mnóstwo powieści westernowych, klasycznych westernów. Niektóre mają znakomite tytuły, jak "Łapacz z Sacramento". Tego to zazdroszczę, muszę powiedzieć. Wiesław Wiernic na swój sposób jest krewnym Karola Maya, ponieważ Amerykę zobaczył, kiedy w zasadzie wszystkie te swoje westerny napisał. Ale ma pan rację, nie jest to gatunek specjalnie u nas eksplorowany.

- Mamy natomiast implantację westernu do polskich warunków, głównie w nawiązaniu do historii rozgrywających się tuż po II wojnie światowej, bardzo często na ziemiach - w taki czy inny sposób - odzyskanych. Mamy klasyczną powieść Józefa Hena pt. "Toast", bardziej znaną pod zaktualizowanym tytułem "Prawo i pięść", bo też przecudny film o takim tytule powstał. Mamy trochę zapomnianych filmów typu "Południk zero" czy "Wszyscy i nikt". Głównie pamięta się "Wilcze echa" i "Prawo i pięść", a jest troszeczkę tego rodzaju kinematografii. Z literaturą - jak pan wspomniał - jest krucho, no więc pomyślałem sobie, że pisarz ze mnie może i średni, ale może chociaż pionierem zostanę i przetrę szlaki dla tego gatunku w Polsce.

Czy jako antropolog musiał pan te mazurskie miejscowości poznać na wylot, zanim zasiadł do pisania?

- Znaczna część powieści rozgrywa się w Starych Kiejkutach i ogólnie rzecz biorąc w okolicach Szczytna, które są mi całkiem nieźle znane ze względów rodzinnych. W związku z tym nie musiałem szczególnie przebijać się przez te miejsca, jakkolwiek badania terenowe robiłem, ale to nic nowego. Ja mam obsesję dokumentacji. Muszę wiedzieć, jak się nazywa bar w Szczytnie, ile kosztuje w nim piwo, gdzie w Starych Kiejkutach można wymienić butle gazowe.

Czyli te groszowe końcówki cen trunków, które dziwią bohatera książki, nie są fikcją literacką?

- No to jest magia! Zachodzę w głowę, dlaczego coś ma kosztować dajmy na to 3,25 zł, 3,78 zł, a nie np. 3,99 zł jak w Lidlu jakimś. Jak to jest liczone? To jest ciekawe pytanie dla poważnego ekonomisty. W ramach wspomnianej obsesji muszę powąchać i zobaczyć miejsca, podsłuchać ludzi, o których będę pisał. Często używam takiej metafory, że jestem jak szakal, który żywi się ścierwem codzienności. Tak to jest z tym realizmem.

To trochę przypomina pracę reportera, chociaż reportaży pan nie pisze.

- Bo oprócz zachowania realizmu staram się literacko odkształcić rzeczywistość, przy czym, jeśli to robię, to z pełną świadomością. Moja najnowsza westernowa powieść jest o tyle nietypowa, że tam pojawia się właśnie taka postać nie z tego świata. Samotny mściciel, utrzymany w konwencji westernowej, ale ze względu na jego możliwości i zdolności bliżej mu do innego wymiaru. To jest troszeczkę taki ukłon w stronę konwencji balladowej, gdzie realizm miesza się z fantastyką. Chciałem, mówiąc krótko, żeby wyszła z tego taka balladka westernowa.

Wróćmy jeszcze na moment do dokumentacji.

- Chętnie, bo to jest najpiękniejszy moment dla autora.

Najpiękniejszy?

- Tak, ponieważ może odwlekać tę nieszczęsną chwilę, kiedy musi usiąść do laptopa, a proszę mi wierzyć, nie ma w tym absolutnie żadnej magii. Pisanie to niezbyt pociągająca czynność. Nie ma żadnych natchnień, nie ma żadnych spłynięć ducha i epifanii, tylko jest robota od godziny do godziny. Każdy tekst trzeba wysiedzieć. Mało sexy zajęcie. Dopóki można ten etap odwlekać, jest pięknie. Moje pisanie przypomina cykl porodowy. Książka zajmuje mi około 9-10 miesięcy, z czego połowa czasu to dokumentacja, a połowa pisanie. W przypadku powieści R.I.P. myślałem, że napiszę to o tak (pstryka palcami). Samo się zrobi...

Z czego to przekonanie wynikało?

- Z tego, że miałem połączyć moje dwa ulubione gatunki. Czarny kryminał i western. Myślałem, że pójdzie tak, że ani się obejrzę, a będzie skończone. Nigdy się nie namęczyłem tak, jak przy pisaniu tej książki... I to nie dlatego może, że nie szło, tylko straszliwie się bałem, żeby tego nie spieprzyć.

Czemu miałby pan to spieprzyć?

- Pisanie każdej kolejnej książki to jest skok na główkę w nieznane głębiny. Kwestia tego, czy jest się debiutantem, czy pisze się ósmą powieść nie ma żadnego znaczenia. Za każdym razem to samo.

Po bardzo dobrze przyjętym "Martwym popołudniu" obawiał się pan tego, jak zostanie oceniony drugi tom przygód Marcina Hłaski?

-  Czy ja wiem... gdybym był Danem Brownem, to bym się przejmował. Pamięta pan co się z człowiekiem stało po napisaniu "Kodu Leonarda da Vinci", prawda? Prawie że wysechł z tego stresu, a ludzkość czekała i czekała na jego kolejną powieść. Nie mam poczucia, że jestem zakładnikiem rynku, nie mam w ogóle poczucia, że jestem czyimkolwiek zakładnikiem. W ogóle literatura to jest taki piękny obszar, gdzie ta doza wolności jest chyba rzeczywiście największa, ze względu na stosunkowo niskie pieniądze zaangażowane w wydanie takiego dzieła. To bardziej chodzi o taki wewnętrzny lęk. Czy ja jeszcze jedną książkę potrafię napisać? Czy umiem wykrzesać kolejną historię i dobrze ją rozpalić? Tego lęku żadne sukcesy poprzednie albo porażki nie tłumaczą.

Pisanie może się tak po prostu skończyć?

- Wie pan co, ja myślę, że tak. Być może mówię herezję z punktu widzenia zawodowego pisarza, bo pisarz zawodowy zawsze powinien umieć napisać kolejną książkę, ale źródełko może wyschnąć, jestem przekonany, że tak może być.

Każdemu mogą się wyczerpać pomysły. No, poza grafomanami...

- No tak, pisać zawsze można, tylko po co? Piszę, bo z tego żyję, to jest jasne. Natomiast staram się też, i nie jest to jakaś kokieteria, którą próbuję tu przekazać panu i państwu, ale staram się, żeby te powieści trochę się od siebie różniły. Żeby to nie była dwudziesta powieść z tym samym bohaterem, tak samo skonstruowana. Staram się, żeby każda książka była połączeniem różnych pomysłów, próbką czegoś, czego dotąd nie próbowałem. W tym sensie jest to również skok na główkę. Staram się nie nudzić czytelnika i sam siebie nie nudzić tym pisarstwem. Stąd moje eksperymenty narracyjne, próby z gatunkami, bo inaczej to po co pisać? Wiem, że są zastępy innych pisarzy, którzy takimi duperelami się akurat nie przejmują.

Skoro coś przynosi dochód...

... to tłuką kolejny odcinek tego samego. I jest git.

Długo pan odpoczywa od pisania po skończeniu książki?

- W zasadzie nie odpoczywam. Na ogół jest tak, że przedłużające się jedno pisarskie zobowiązanie powoduje, że nachodzi na termin kolejnego, które należałoby oddać do wydawnictwa. Dodajmy do tego zajęcia akademickie, oraz to, że produkcja tekstów naukowych również zajmuje jakiś czas, to tego odpoczynku zbyt wiele nie ma. Odpoczynek polega raczej na tym, że działam na takiej trójpolówce - raz się napisze o jednym bohaterze, potem dla odmiany pociągnie się drugą serię, a w międzyczasie napisze się artykuł naukowy czy książkę naukową. Tak to z grubsza wygląda.

Nie potrzebuję pan resetu?

- Marzę o nim. Marzy mi się pół roku nicnierobienia. To byłoby może i przecudne, tylko, zastanawiam się właśnie, czy ja bym wytrzymał? Nie wiem.

Skoro pan pozostaje w gotowości pisarskiej, to zapytam o kolejne plany.

- Sam biję się z myślami troszkę. Mam jeszcze zobowiązania względem Rudolfa Heinza, mojego głównego bohatera powieściowego. Przy czym ci z państwa, którzy czytali "Piątego Beatlesa", zauważyli, że na końcu nie wiadomo, czy bohater żyje czy nie żyje. I ja - jako człowiek sprytny - znalazłem lukę w opowiadanych przeze mnie historiach między rokiem 2012 a 2014. Czyli między "Kołysanką dla mordercy" a "Piątym Beatlesem". I tam zamierzam umieścić moją kolejną książkę. Nie rozstrzygając tego, czy Rudolf Heinz żyje.

Dlaczego?

- Nie chcę tego rozstrzygać, ponieważ - nie jestem w tym nadmiernie oryginalny z resztą - uważam, że wzorcem powieściowym w literaturze polskiej jest "Lalka" Bolesława Prusa. Na końcu nie wiemy, co się stało z Wokulskim. Chciałbym, żeby chociaż elementarna wieź - ta jedna i jedyna - między mną a Bolesławem Prusem zaistniała, żeby nie było  wiadomo, co na końcu stało się z naszymi bohaterami. Chociaż tyle niech mam z tego wszystkiego...

Marcin Hłasko powróci?

- No nie wiem, on w taką mroczność teraz popadł. Pewne plany są, ale... pozwoli pan, że w tej sprawie nabiorę wody w usta. Jak Hłasko w Starych Kiejkutach.

W swoich powieściach często punktuje lub piętnuje pan chwilowe mody lub style życia mieszkańców wielkich miast. W "Martwym popołudniu" grillował pan hipsterów.

- A także stworzyłem grupę rekonstruującą rzeź wołyńską. Chwilowo mi wystarczy tych mocnych wrażeń.

Skoro była rzeź wołyńska, to może o żołnierzach wyklętych pan napisze? Nośny temat społecznie i politycznie...

- No i dochodzimy do typu twardych mężczyzn, których nie lubię. 

Żołnierzy wyklętych pan nie lubi?

- Tej obecnej mody na wyklętość nie lubię. To jeden wielki obciach jest. Jak widzę takiego łebka ogolonego, który z przodu na koszulce ma powstanie warszawskie, na plecach ma wyklętość, a na kołczanie prawilności godło ulubionego klubu piłkarskiego, to życzyłbym sobie, żeby najpierw nauczył się mówić i pisać po polsku, bo znajomość własnego języka jest przejawem postawy patriotycznej. I gdy będzie słyszał, że "nie damy pogrześć mowy", to nie będzie zadziwiony, co to za słowo tajemnicze, owo "pogrześć", które  się pojawia w tekście "Roty". Nie mówiąc o tym proszę pana, że wydaje mi się, że w XXI wieku wzorzec osobowy faceta ukrywającego się w lesie z ryngrafem jest średnio atrakcyjnym pomysłem na życie i totalnym anachronizmem.

Moda na wyklętych zostanie wykorzystana literacko?

- To już się w kulturze dzieje. Powstaje serial, podejrzewam, że owi wyklęci będą w nim równie piękni, co powstańcy w "Czasie honoru". Tam najpiękniejsi chłopcy i dziewczęta, prosto od makijażystek i stylistów oderwani, z uśmiechem idą na barykady. Nie mam żadnych wątpliwości, że wyklętość zostanie spieniężona, bo tam gdzie są środki, tam pojawiają się rozmaici konformiści, niekoniecznie pasjonaci ideologiczni, ale wszyscy ci, co starają się swoje pięć minut wykorzystać i zarobić.

To może sam pan o kulcie wyklętych napisze? Bo rzeczywiście brakuje w dzisiejszym podejściu do historii odrobiny realizmu i rzetelnej oceny tamtego okresu.

- Jako przekornemu facetowi chodzi mi po głowie pewna myśl, ale to potem panu powiem. Gdy wyłączy pan dyktafon.

Pikiet się pan pod domem nie obawia? Jakby pan coś o tych wyklętych napisał nie po myśli...

- Pod domem to rzeczywiście mało komfortowe. Współczuję tego prezesowi Kaczyńskiemu, bo jemu się takie sytuacje zdarzają. Proszę zobaczyć jaka jest moc słowa. Dwa niefortunne zdania i proszę, co się może wydarzyć. Nie chciałbym oczywiście takich pikiet, ale dobry bojkot w sieciach księgarskich biorę w ciemno. Tak zazdrościłem Nergalowi i śp. pani Marii Czubaszek, jak zostali objęci bojkotem. Nic tak dobrze nie robi autorowi, jak tego rodzaju promocja.

Inne zjawiska - z antropologicznego punktu widzenia - do wypunktowania pan dostrzega?

- Nie, literaturą się zajmuję generalnie. Czas zajmowania się piłką nożną, kibicami i ganiania się z nimi po Moście Poniatowskim, mam za sobą. Wracam do polonistycznych korzeni. Do książek. I do muzyki.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne