Reklama

Reklama

Monika Maśnik: Życie to hardcore

Warto żyć - mimo wszystko. I nie liczyć przy tym, że będzie łatwo. Każdy z nas zmaga lub zmagać się będzie z chorobami, brakiem pieniędzy, śmiercią w rodzinie. Jak powiedział jeden z moich rozmówców, życie to hardcore, ale nie wolno się poddawać, trzeba iść do przodu. Ale nie samemu - mówi Monika Maśnik, autorka zbioru wywiadów z nawróconymi raperami.

"Hardcore" to opowieść o odnalezieniu wiary, nadziei i miłości. Jerzy "Eks" Ledziński, ks. Jakub Bartczak, Tomasz "Hiob" Karenko, Łukasz "Wieczny" Wieczorek, Arkadiusz "Arkadio" Zbozień i Piotr "Poison" Plichta w rozmowach z Moniką Maśnik opowiedzieli o tym, jak odnaleźli w życiu sens.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Słuchasz hip-hopu?

Monika Maśnik: Przyznam uczciwie, że dopiero poznawałam tę muzykę przygotowując się do spotkań, słuchałam kawałków moich bohaterów. Spodobały mi się, ale nie zostałam fanką hip-hopu. Zresztą to nie jest książka o muzyce.

Obawiałaś się, że nie znajdziecie wspólnego języka?

- Tak, ale bardzo szybko przekonałam się, jak otwarte i bezpośrednie są to osoby. Pomimo tego co przeszli i robili w swoim życiu.

Co ich łączy poza muzyką?

- Blokowisko, trudne warunki w domu, alkohol, narkotyki, niekiedy śmierć najbliższej osoby, brak sensu w życiu, czasem próby samobójcze. Wszyscy szukali akceptacji na podwórku. Dlatego pojawiały się używki, kradzieże...

Trochę odstaje od tego opisu ks. Jakub Bartczak. Wychowywał się bez ojca, ale w jego domu nie było patologii. Był nawet ministrantem.

- Brak ojca to jedno, druga rzecz to śmierć brata, która zaważyła na jego decyzji o wstąpieniu do seminarium. Wszystkich połączyła chęć przynależenia - za wszelką cenę - do grupy. Potrzeba imponowania kolegom. Strach przed tym, że jeżeli nie zrobią tego, co tamci chcą, zostaną wyrzuceni z grupy. Ks. Bartczak był przy Bogu, ale zachowywał się tak, jakby nie był.

Strata brata sprawiła, że przestał traktować wiarę powierzchownie?

- Zrozumiał, że życie jest krótkie, i powinno się robić to, co jest naszym powołaniem. Zdecydował się na kapłaństwo. Może nie łatwo zrozumieć jego decyzję, ale tego właśnie zapragnął, chociaż początki nie były łatwe. Tak jak świeccy wahają się nieraz przed decyzją o ślubie, on sam powtarzał, że chciał żyć z Bogiem, ale w związku niesakramentalnym.

W seminarium usłyszał, że się nie nadaje, środowisko hip-hopowe pewnie też krzywo patrzyło na chłopaka, który postanowił zostać księdzem...

- Rzeczywiście, różnie go odbierano. Był prekursorem, przetarł szlak, dzisiaj nikogo już nie dziwi, że ksiądz rapuje czy gra w kapeli. Kościół otworzył się na inne formy ewangelizacji. Niekonwencjonalny sposób dotarcia do wyznawców - tych potencjalnych również - jest w modzie. Czasy się zmieniają.

Pozostali raperzy byli wcześniej osobami wierzącymi?

- Żyjemy w Polsce. Każdy z nas ma przynajmniej babcię, która chodzi do kościoła, przemyca dziecku podstawy wiary. Dlatego wszyscy z religią i Bogiem się zetknęli, ale w większości pochodzili z domów, gdzie nie przywiązywało się wagi do chrześcijańskich wartości.  

Szukali tych wartości?

- Szukali drogi.

Dlaczego znaleźli ją w chrześcijaństwie?

- Duża w tym zasługa osób, które spotkali w przełomowych momentach swojego życia. To byli chrześcijanie.

Opowiedzieli ci o nawróceniu, odnalezieniu w życiu Boga. Co to właściwe oznacza?

- Wszyscy moim rozmówcy podkreślają, że kiedy odnowili relację z Bogiem, potrafili też zbudować relacje z drugim człowiekiem. Nauczyli się kochać. I chyba to jest odpowiedź na twoje pytanie. Wcześniej w ich związkach było dużo destrukcji. Ranili swoje dziewczyny, kolegów, samych siebie. Zdarzała się prawdziwa przyjaźń, ale nawet między sobą koledzy się okradali i oszukiwali. Po swojej przemianie nauczyli się budować partnerskie relacje, zakładali rodziny, oddawali znajomym długi. Zaczęli lepiej żyć z otoczeniem.

Jak te zmiany przebiegały?

- Początki nie były łatwe. Jeden z moich rozmówców bał się, że jak wróci na łono Kościoła, nie będzie mógł palić zioła. Stopniowo zaczął odchodzić od nałogu, być może wiedział, że jak pali - daje zły przykład młodszym. Jedne rzeczy zmieniali w swoim życiu od razu, inne, kiedy było to poważniejsze uzależnienie, przychodziły z czasem. To był proces.

Proces duchowy czy również medyczny?

- Bardziej duchowy. Zdarzało się, że próbowali się leczyć. "Wieczny" dostał zastrzyk antyalkoholowy, a dalej pił, co groziło śmiercią. Na szczęście przeżył. Rzucali narkotyki, alkohol, ale dopiero po dołożeniu tego aspektu duchowego, udało im się uwolnić od nałogów. Przypisują to modlitwie, wymiarowi duchowemu. Udało im się, kiedy chęć zmian wypływała od nich.

Wcześniej musieli dobić do ściany?

- Dobili, ale czy musieli? To dlatego tak chętnie opowiadają dziś o swoim życiu. Wierzą, że ktoś ich wysłucha, przeczyta podobną do swojej historię. I będzie mógł uniknąć błędów.

Ale to błądzenie jest bardzo ludzkie. Rewidujemy swoje życie, czasem szukamy boskiej interwencji, kiedy znajdziemy się na dnie...

- Każdy z nas ma taką ścianę. Niekoniecznie jest to nałóg, niekoniecznie musimy popaść w alkoholizm czy narkomanie i stoczyć się na dno. To może być śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy, ciężka choroba. Wielokrotnie w ciągu życia stajemy w obliczu takich wyzwań.

Uderza spokój, w jaki o przeciwnościach losu mówią nawróceni raperzy. To kwestia religii?

- To nie jest oczywiście tak, że poszli drogą Boga, a ich problemy zniknęły. One nadal są. W odróżnieniu od swojego poprzedniego życia czują jednak, że nie są sami. Odnajdują sens i wewnętrzny spokój nawet w najtrudniejszych chwilach. Chrześcijanin wierzy w końcu w życie wieczne. Ma cel.

Twoi rozmówcy nie tylko nagrywają płyty. Jeżdżą po Polsce na spotkania z trudną młodzieżą, opowiadają o swoich doświadczeniach. Poczucie misji?

- Często są to trudne wyjazdy. Szkoły, poprawczaki, więzienia... Starają się czerpać siłę duchową, modlą się przed spotkaniami. Często mówią pod wpływem natchnienia, dostają jakąś myśl podczas wystąpienia. A potem ktoś do nich podchodzi i mówi, ze właśnie tego potrzebował. Ta jedna konkretna osoba, do której trzeba było tego dnia dotrzeć. Szczególnie uderzają ich próby samobójcze, a sporo ich jest wśród młodych ludzi. Pokazują im, że warto żyć.

Mam wrażenie, że to główny przekaz twojej książki.

- Tak. Warto żyć - mimo wszystko. I nie liczyć przy tym, że będzie łatwo. Każdy z nas zmaga lub zmagać się będzie z chorobami, brakiem pieniędzy, śmiercią w rodzinie. Jak powiedział jeden z moich rozmówców, życie to hardcore, ale nie wolno się poddawać, trzeba iść do przodu. Ale nie samemu.

No właśnie, czy bardziej chodzi im dziś o nawracanie na wiarę, czy też budowanie drugiego człowieka?

- Wydaje mi się, że ważniejsze jest dla nich to wewnętrzne umacnianie, bo to wiąże się z określonymi wartościami. Pokazują innym drogę poprzez wartości, którymi się kierują. A są to wartości chrześcijańskie.

Dużo młodych ludzi szuka drogowskazu?

- Tak. I bardzo często trudno poznać, patrząc na kogoś, że jest w trudnym stanie emocjonalnym. Jeden z moich bohaterów wspomina kolegę, który zawsze był pewny siebie, budował wokół otoczkę mocnego człowieka. Mieli się spotkać. Nie zdążyli, ponieważ tamten popełnił samobójstwo.

Rozmawiał Dariusz Jaroń.

***
Cytaty pochodzą z książki Moniki Maśnik "Hardcore. Nowe życie i miłość" (wydawnictwo Rafael)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy