Reklama

Reklama

Koronawirus. Ekspert: Nawet jeśli dojdzie do zakażenia, możliwe, że się nawet o tym nie dowiemy

"My, jako osoby zdrowe, mamy bardzo małe szanse, że coś nam się stanie. Nawet jeżeli dojdzie do zakażenia, to mamy bardzo, bardzo małe szanse, że to będzie miało jakieś negatywne konsekwencje. Możliwe, że się nawet o tym nie dowiemy" - uspokaja w rozmowie z Interią wirusolog prof. dr hab. Krzysztof Pyrć z Małopolskiego Centrum Biotechnologii UJ.

Ewa Majewska, Interia: Nowy koronawirus, który zaatakował obywateli już ponad 50 krajów, nie jest pierwszym, z jakim przyszło nam się zmierzyć. W 2002 roku SARS przekroczył granicę gatunkową. Czy SARS-Cov-2 również przeniósł się na ludzi ze świata zwierząt?

Reklama

Prof. dr hab. Krzysztof Pyrć: - Ludzie z koronawirusami spotykają się cały czas. Mamy cztery "ludzkie" gatunki koronawirusów, które powodują łagodne lub umiarkowane schorzenia układu oddechowego. Co roku około 20 proc. przeziębień jest powodowanych właśnie przez koronawirusy.

- Oprócz ludzkich koronawirusów mamy również całą gamę zwierzęcych koronawirusów. Występują one u większości zwierząt, które nas otaczają - psów, kotów itd. Jednak prawdziwym rezerwuarem tych wirusów są nietoperze. Raz na jakiś czas dochodzi do przeniesienia się wirusów z nietoperzy na inne zwierzęta, w tym domowe, a później na ludzi.

W przypadku wirusa SARS-CoV-2 nie jesteśmy jeszcze pewni, który gatunek zwierząt był pośrednim gospodarzem. W tym momencie najbardziej prawdopodobne są łuskowce, których mięso jest jadane w niektórych częściach świata, włączając w to Chiny. W Chinach łuski tych zwierząt stosowane są również w praktykach medycyny tradycyjnej. To, co się prawdopodobnie wydarzyło, to wirus nietoperzy dawno temu przekroczył barierę gatunkową i zaczął zakażać zwierzę, które stało się "łącznikiem" pomiędzy światem nietoperzy a światem ludzi. Zanim wirus uzyskał zdolność przenoszenia się na ludzi, mogło minąć wiele lat. Nie jest to na pewno wirus, który pojawił się znikąd.

Dlaczego ten wirus tak szybko się rozprzestrzenia?

- Jest bardzo zakaźny. Poza tym istotne są warunki atmosferyczne - temperatura, wilgotność itd. - w których wirus jest najbardziej trwały i najlepiej się przenosi. Na pewno nie został wykryty od razu, ale trudno o to kogokolwiek winić. Patogen ten, w fazie początkowej, powoduje typową chorobę grypopodobną. Odróżnienie koronawirusa od wirusa przeziębienia jest praktycznie niemożliwe, nawet dla lekarza. Potrzebne są specjalistyczne testy.

Kto jest najbardziej narażony na zakażenie? Do tej pory nie słyszeliśmy o przypadku śmiertelnym wśród dzieci poniżej dziewiątego roku życia. Grupą ryzyka są jedynie osoby starsze?

- Faktycznie, wydaje się, że wirus mniej zagraża życiu dzieci. Ryzyko śmierci nasila się wraz z wiekiem. Najbardziej narażone są osoby w podeszłym wieku, to prawda. Natomiast nie znaczy to, że osoby młodsze nie mogą na tego wirusa zachorować. Nie są one zupełnie bezpieczne, bo przypadki śmiertelne występowały również u młodszych.

Ile wynosi współczynnik śmiertelności?

- W tej chwili nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Szacuje się, że między 2 a 3 proc., ale dokładnie będziemy wiedzieć, dopiero jak epidemia się skończy. Prawdopodobnie jest duża grupa chorych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Nie wiemy, jaka jest faktyczna liczba osób zakażonych.

Epidemiolog prof. Gabriel Leung w rozmowie z "The Guardian" powiedział, że każdy zakażony przekaże koronawirusa średnio 2,5 osobie, a to oznacza, że współczynnik ataku jest na poziomie ok. 60 proc. Czy epidemia może objąć 2/3 ludności?

- Ta wartość to tak zwany współczynnik R0 i określa on, ile statystycznie zarazi pojedyncza osoba. Ten współczynnik zależy od wielu czynników, między innymi od temperatury, wilgotności, czy zagęszczenia ludności. Przyjmując, że taka zakaźność się utrzyma, to faktycznie istnieje obawa, że bardzo dużo osób się zarazi.

Światowa Organizacja Zdrowa zaznacza, że nie mamy do czynienia z pandemią. Kiedy użycie tego słowa byłoby właściwe?

- Jeżeli epidemie wystąpią w większej liczbie miejsc. Podejrzewałbym, że jeżeli pojawi się epidemia, taka jak we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych czy Brazylii, to taka decyzja zostanie podjęta.

Chińczycy pokazują, jak świetnie radzą sobie z epidemią. Włosi twierdzą, że sytuacja jest pod kontrolą. Wierzy pan tym zapewnieniom?

- Docierają do nas różne głosy. Pojawiają się siejące panikę reportaże mówiące o tym, że liczba zakażonych może być bardzo zaniżona, że faktycznie jest więcej ofiar. Z drugiej strony rozmawiałem z osobami, które mieszkają w Chinach i mówią, że sytuacja nie wygląda strasznie. Opinie są bardzo rozbieżne. Trudno mi ocenić.

Mówi pan o panice. Wiele osób kojarzy lotniska z miejscami, gdzie można się zarazić, czy słusznie?

- Każde spotkanie z zarażoną osobą wiąże się z ryzykiem zakażenia. Jedną z najważniejszych metod zapobiegania tej epidemii jest izolacja. Na lotnisku spotykamy się z dużą liczbą osób. Nie da się całkowicie zablokować kontaktów międzyludzkich.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski zaznacza, że maseczki ochronne nie zabezpieczają przed wirusem, a mimo to w aptekach ich brakuje.

-  Maseczki chirurgiczne stosuje się podczas epidemii, ale nie po to, aby chronić siebie, ale żeby chronić innych, by nie skażać otoczenia. Maseczek zaczyna brakować, ale stosuje się je do niewłaściwych celów.

Jak inaczej możemy minimalizować ryzyko zakażenia i na ile te metody są skuteczne?

- Właściwe jest częste mycie rąk zwykłym mydłem. Koronawirus jest bardzo wrażliwy na wszelkie detergenty. Istnieje szansa zakażenia nie bezpośrednio od osoby zarażonej, ale np. poprzez dotykanie klamki czy stołu.

Wystarczy zwykłe mydło, niekonieczne płyn mający w składzie alkohol?

- Zwykłe mydło doskonale działa, ponieważ wirus otoczony jest błoną lipidową. Mydło, jako detergent, uszkadza tą błonę i wirus przestaje być zakaźny.

Słyszymy o wielu przypadkach, które uleczono. Diagnoza nie jest wyrokiem śmierci.

- Absolutnie nie. Obecna sytuacja nie ma nic wspólnego z tym, co widzimy w filmach, to nie jest choroba powodująca, że ludzie umierają na ulicach. My, jako osoby zdrowe, mamy bardzo małe szanse, że coś nam się stanie. Nawet jeżeli dojdzie do zakażenia, to mamy bardzo, bardzo małe szanse, że to będzie miało jakieś negatywne konsekwencje. Możliwe, że się nawet o tym nie dowiemy. 

Mówiąc o koronawirusie, zapominamy o śmiertelnym niebezpieczeństwie, z jakim mierzymy się sezonowo każdego roku w Polsce. Mam na myśli grypę.

- Grypa jest bardzo niebezpieczną chorobą, ale na grypę możemy się zaszczepić. Poza tym mamy leki. Duża część z nas jest też odporna na wirusa grypy, a choroba nie dotyka całego społeczeństwa. Na zakażenie koronawirusem wszyscy jesteśmy wrażliwi, bo nasze układy immunologiczne go po prostu nie znają. Nie wiemy również, jakie konsekwencje długoterminowe niesie ze sobą ta choroba.

Na jakim etapie są prace na szczepionką na koronawirusa?

- Na etapie badań laboratoryjnych. Wprowadzenie szczepionki do obrotu, w mojej opinii, raczej nie uda się w czasie obecnej epidemii. Obym się mylił.

Koronawirus jak inne wirusy, np. grypa, będzie mniej aktywny latem?

- Mam taką nadzieję. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje