Reklama

Reklama

Marek Piekarczyk: Cisza sprawiała, że mój oddech robił się coraz głośniejszy

"To, że jestem chory na depresję, nie oznacza, że jestem zwolniony z odpowiedzialności za samego siebie i tych, którzy na mnie liczą. Może tylko troszkę usprawiedliwiony" - wyznaje w rozmowie z Interią Marek Piekarczyk.

Ewa Majewska, Interia: Dwa lata temu po koncercie TSA, jeszcze przed rozłamem w zespole, powiedziałeś mi, że nigdy nie pozbędziesz się depresji. Uśmiechnięty, pełen życia muzyk, którego widzimy na scenie i w telewizji, nie wpisuje się w stereotyp osoby chorej.

Reklama

Marek Piekarczyk: - Jedno nie wyklucza drugiego. Znam ludzi, którzy w ogóle nie mają radości w sobie i nie ma to nic wspólnego z depresją. Z drugiej strony człowiek, który kocha życie, może się zmagać z tą chorobą. Ja kocham życie i ludzi. Kiedy żyłem w samotności, było mi smutno. Malowałem cmentarze, czytałem książki o śmierci...

Teraz już tego nie robisz?

- W ogóle! Śmierć traktuję z przymrużeniem oka. Wyobrażam ją sobie, ale inaczej niż wtedy. Bardziej przeraża mnie pustka, która może nastąpić po śmierci. Kiedyś śnił mi się koniec świata. Byłem na pięknej plaży pełnej ludzi. Słyszałem bawiące się dzieci i szum morza. W kierunku tych ludzi zbliżała się szara ściana. Za nią wszystko zamierało, cichło. Byłem przerażony. Widziałem, jak ta pustka nadciąga. Tylko ja ją widziałem. Czułem, że i ja zniknę, ale bardziej przerażała mnie myśl, że świata nie będzie.

- Czasem jedyną pocieszającą myślą jest, że my umrzemy, ale świat będzie istniał dalej. Będą rodzić się dzieci, będzie miłość, będzie muzyka... Ta świadomość mnie odciąga od złych myśli, które ciągle przychodzą, szczególnie rano.

Nie wierzysz w życie po śmierci?

- Myślę dużo o reinkarnacji. Czasem, rzadziej, myślę też o samobójstwie. Friedrich Nietzsche powiedział kiedyś: "Myśl samobójcza pozwala przeżyć spokojnie niejedną noc". Ten cytat określa istotę depresji. Na szczęście moja wola życia jest silniejsza od myśli autodestrukcyjnych.  

Jak czujesz się po powrocie ze Stanów Zjednoczonych do Polski?

- Najgorzej było w Nowym Jorku, gdzie rodzina mi się rozpadła, najważniejsza rzecz, podstawa mojego bytu. Poznałem mądrych ludzi, którzy mnie ratowali. Kiedy ktoś podszepnie mi jakąś drogę myślową, ja ją łapczywie chwytam.

- W Nowym Jorku zdarzało się, że siadałem na krawężniku i płakałem. Wcześniej nigdy mi się to nie przytrafiało. Jeśli szlochałem, to ze wzruszenia, w obliczu piękna, nigdy z żalu czy boleści. Ten płacz w Nowym Jorku był straszny, najstraszniejszy w moim życiu. Nie mogłem nic zrobić.

- Kiedyś podszedł do mnie pewien bardzo bogaty człowiek i powiedział: "Pamiętaj, w życiu mężczyzny najważniejsza jest praca. Jak przestaniesz pracować, to koniec z tobą. Musisz wstawać codziennie rano i po prostu chodzić do pracy". Dotarło do mnie, że kiedy mężczyzna nie pracuje, zaczyna pić, zadawać się z kolegami... Przypomniałem sobie to, w co zawsze wierzyłem - że to kobiety ratują mężczyzn.

- Mężczyzna, który przebywa z samymi mężczyznami staje się destrukcyjny. Prawie każdy z nich ma jakieś problemy i podświadomie robi wszystko, żeby jego kolega też je miał. Dlatego wolę towarzystwo kobiet. Mamy inne rodzaje problemów, "nie zarażamy" się nimi nawzajem. To tak, jak w przypadku człowieka i kota. Razem dają radę.

Twoje koty czują, kiedy masz zły dzień?

- Łażą za mną wtedy. W Nowym Jorku miałem rudego kota z puchatą kitą o imieniu Dziabąg. Nie zamykałem go w mieszkaniu, chodził, gdzie chciał. Którejś nocy dopadły mnie straszne myśli. Pamiętam, że leżałem w łóżku i czułem przerażenie, taką wewnętrzną czarną dziurę. Wybiegłem z domu z pistoletem w kieszeni. Miałem plan. Poszedłem nad rzekę Hudson. Chciałem usiąść na jednym z kiwających się pali i strzelić sobie w łeb. Miałem nadzieję, że wpadnę do wody i wciągnie mnie wir. Nie uwierzysz, ale kiedy tam stałem, zobaczyłem tę rudą kitę. Dziabąg szedł za mną, ale nie sam. Przyprowadził mojego syna i naszą wspólną znajomą.

Było ci wstyd?

- No jasne, zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Wyszedłem na idiotę. Poczułem strasznie ambiwalentne emocje. Z jednej strony radość, że ktoś mnie odwiódł od momentu, kiedy już miałem sobie palnąć, a z drugiej wkurzenie, że ktoś ingeruje w moje życiowe decyzje.  

W takich chwilach chyba nie myśli się racjonalnie, że nie żyje się tylko dla siebie.

- To prawda.

Czy twoja choroba została zdiagnozowana przez specjalistę?

- Lekarz powiedział, że jestem wrażliwy, że mam problemy. Przepisał mi prozac. Brałem go, ale niedługo. Pracujący w aptece Polak polecił mi najlepszy antydepresant na świecie. Z tego "dołu" pomógł mi wyjść nie prozac, a amerykański dziurawiec. Najważniejsi byli jednak przyjaciele. Kiedy przez dwa tygodnie nie mogłem jeść, oni mnie karmili. Pilnowali, żebym jadł, dbali o mnie.

Pomogła ci praca i przyjaciele?

- Praca, przyjaciele i muzyka. W Stanach Zjednoczonych komponowałem utwory, dzięki którym usypiałem. Musiałem przecież spać, by pracować, a w depresji cierpiałem na bezsenność. Wieczorami zapętlałem te utwory na komputerze i odtwarzałem całą noc. Dzięki temu spałem.

Jak dziecku, które potrzebuje szumu suszarki, by zasnąć.

- Mój Synuś taki jest. Nie wiem, czy on nie ma depresji... Jako małolat znalazł sobie na YouTubie muzykę uspokajającą i sobie włącza. Aby mógł zasnąć, w jego pokoju nie może być ciemności ani ciszy. Nie umie inaczej. Cisza jest dla niego straszna.

- Wydaje mi się, że moja depresja zaczęła się już w wieku dziecięcym. Byłem bardziej niż nadwrażliwy, szczególnie na dźwięki. Nie mogłem zasnąć, jeśli nie było przy mnie mojego brata. Kiedy zamykałem oczy, cisza sprawiała, że mój oddech robił się coraz głośniejszy, aż zaczynałem krzyczeć z przerażenia.

Wspominałeś o synu. W waszej rodzinie były jeszcze jakieś przypadki depresji?

- Mój ociec jako oficer Wojska Polskiego poszedł na rentę z powodu, jak mówiono, "depresji nabytej w związku z wykonywaniem zawodu". Był niepijącym wśród pijaków. Miał przepiękną żonę, przez którą miał kłopoty. Ojciec wywalił mnie z domu, gdy miałem 18 lat. Kiedy wróciłem, jeździł już na wózku, nie mógł mówić. Nigdy nie miałem okazji pogadania z nim jako dorosły. Przez niego mam słabość do ludzi z niepełnosprawnością.

- Ojciec był ciągle zapracowany, zawsze miał długi. Ja chyba kontynuuję jego politykę długów. Mam kredyt na dom, ale przynajmniej wreszcie mam dom. 

- Często mi się śni miejsce, które przecież nie istnieje, ale ja je znam. W tych snach remontuję w jakiejś kamienicy gzymsy, wszystko się sypie...

I ten remont nigdy się nie kończy?

- Nigdy. Nie mam swojego domu w snach. Wiszę nad przepaścią.

Myślisz, że te sny ustąpią, kiedy spłacisz kredyt na dom?

- Nie. Kredyt mnie nie boli. Inaczej do tego podchodzę od dnia, w którym mój Filip się urodził. Napisałem piosenkę: "Zmartwieniami nie zapłacisz rachunków". Teraz ją nagrywam, to może być przebój, bo ten tekst jest prawdziwy.

Depresja jest chorobą osób wrażliwych?

- Uważam, że depresję ma połowa naszej cywilizacji, nie tylko wrażliwcy. Myślisz, że skąd się biorą ci wszyscy pijący mężczyźni? Alkohol otumania, pozwala nie czuć przez chwilę tego, co nas boli. Wolimy być oszołomieni alkoholem niż depresją. W walce z chorobą, która szepcze: jesteś niepotrzebny, jesteś stary, nikt cię nie kocha itd... Pomaga pozytywne myślenie, krótkie chwile: błękitne oczy dziewczyny, zapach włosów, liście, które spadają z drzew na twoich oczach... Całe życie jest zbieraniem takich momentów dostępnych tylko dla nas. W każdym życiu jest coś pięknego.

- Nie antropomorfizuję i nie demonizuję depresji. Traktuję ją jako fakt. Spotykałem się kiedyś z jedną panią psycholog, która zrobiła mi testy, ale... na inteligencję... i nie powiedziała mi, jaki jest wynik! Na szczęście ożenił się z nią mój kumpel i po latach zdradził mi, co mówiła o mnie. Podobno nie spotkała człowieka z takim sposobem myślenia! Stwierdziła, że proste zadania bagatelizuję, nie widzę powodu, by się nimi zajmować, a te najtrudniejsze rozwiązuję błyskawicznie, jakby intuicyjnie.

- Podczas rozmowy z tobą odkryłem, że ta psycholożka była mądra. Ona wiedziała, że tylko inteligencja jest w stanie opanować depresję. To jest jedyny ratunek. Zawsze, nawet będąc w najgorszym dole, potrafiłem znaleźć argument, by żyć. Inteligencja podszeptuje rozwiązania. 

- Wiem, że są ludzie, którzy czekają na moją pomoc, na moją pracę, nawet na tę piosenkę wykonaną podczas koncertu. Mój syn potrzebuje, żebym po prostu był. Nie mogę stracić tego, co stworzyłem i przede wszystkim nie mogę stracić siebie.

Czy życie z depresją dało ci coś dobrego?

- Jedyną pocieszającą rzeczą w depresji jest to, że to choroba. To nie ze mną jest coś nie tak. Dla niektórych może to być wytłumaczenie, by być byle jakim, by się poddać. To, że jestem chory na depresję, nie oznacza, że jestem zwolniony z odpowiedzialności za samego siebie i tych, którzy na mnie liczą. Może tylko troszkę usprawiedliwiony, ale nie wolno mi się nigdy poddawać i zawsze muszę walczyć do końca. Choćby dla nich... 

Rozmawiała Ewa Majewska

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy