Reklama

Reklama

Luksus ośmiu godzin samotności

Maksymalna prędkość pojazdów, którymi poruszają się mieszkańcy "Betlejem" na trasie do Lisieux, to 14 km/h. Zdążą się w tym czasie uśmiechnąć do zdumionych przechodniów i wzbudzić irytację innych uczestników ruchu. I choć rura wydechowa na wysokości nosa i 37-letni dieslowski silnik robią swoje, nazywają tę drogę "luksusem ośmiu godzin samotności". W trasie są już tydzień. Za nimi 400 z 1700 km do pokonania. Jadą na traktorkach.

21 sierpnia pięcioosobowa ekipa z "Betlejem"- wspólnoty pomagającej osobom bezdomnym, uzależnionym i upośledzonym - wyruszyła w trasę do sanktuarium św. Teresy w Lisieux (polecamy: Prosta historia o trudnej podróży. Film Lyncha zainspirował pielgrzymów)

"Niegroźni dziwacy" na traktorach

Reklama

W trasie są już tydzień. Dotarli do Pragi. O tym, jak "od środka" wygląda pielgrzymka na traktorkach, jak reagują ludzie na widok kolorowych przyczep z wizerunkami świętych i obrazami Dominiki Stawarz-Burskiej, a także o pojednaniu opowiadają w rozmowie z Interią uczestnicy tej nietypowej wyprawy.

 - Pielgrzymujemy 14 km/h - to maksymalna prędkość naszych traktorów, wykazana na odczytach przydrożnych radarów. Prędkość, która pozwala  podziwiać mijane pejzaże, odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech zazwyczaj zdumionych przechodniów i pomachać tym, którzy nam machają. Prędkość wystarczająca, by wzbudzić  irytację innych użytkowników dróg, która zazwyczaj przechodzi w dobroduszną wyrozumiałość dla niegroźnych dziwaków, którym zachciało się jeździć traktorkami po świecie - zaznacza ks. Mirek Tosza, założyciel "Betlejem" (więcej o Betlejem w artykule "Z bezdomności wychodzi się do kogoś" ).

Ci niegroźni dziwacy to - poza księdzem - Kazimierz Lara, Jacek Baczyński, Dariusz Bujalski i Tomek Głowacz, mieszkańcy i przyjaciele "Betlejem".

- Na szczęście większość kierowców, która nas wyprzedza, uśmiecha się, a my co jakiś czas zjeżdżamy na pobocze, by ustąpić miejsca szybszym i większym. 14 km/ h daje dużo czasu na rozmyślanie i modlitwę. To luksus ośmiu godzin samotności na dzień. Wprawdzie to samotność dość hałaśliwa i niezbyt ekologiczna - 37 letni dieslowski silnik i rura wydechowa na wysokości nosa robią swoje - a jednak samotność błogosławiona... - podkreśla ks. Tosza. 

- Może już czas, by przestać się aż tak śpieszyć? - dodaje.

"Drogowe zjawisko"

W Pradze zatrzymali się u polskiego proboszcza czeskiej parafii św. Bartłomieja ks. Edwarda Walczyka. Dzień przerwy na pranie,  spawanie wysięgnika od lusterka i nadrobienie zaległości w relacjach z Drogi Pojednania. Bo tak nazwali swoją pielgrzymkę.

- Ostatnie dni są bardzo upalne. Słońce w twarz, gorąco od niego, od silnika i od nagrzanego asfaltu. Ale to piękna podróż. Fascynujące pejzaże pól i czeskiej prowincji. Staramy się jechać bardzo bocznymi drogami, gdzie ruch niewielki z korzyścią dla nas  i dla  innych podróżnych. Jesteśmy drogowym zjawiskiem. Ludzie  zatrzymują się, robią zdjęcia, pytają, dokąd jedziemy - opowiada ks. Tosza.

Gdy dotarli do Pragi, napisali na Facebooku: "Pozdrawiamy spod Pragi. Za nami już 380 km. Dziękujemy Wam za pamięć, dobre słowa i modlitwę. Dzisiaj przeżyliśmy chwile wielkich emocji przy przejeździe przez Pardubice. Niczym Wielka Pardubicka Gonitwa koni mechanicznych z naszymi mechanicznymi kucykami". Ta wyprawa to również drogowe wyzwanie - zwłaszcza dla Kazia. Kaziu boi się ciężarówek. Codziennie walczy ze swoimi słabościami.

 - W piątek spotkaliśmy motocyklowy "gang" o tajemniczo brzmiącej nazwie "Dirty Babetta" - kilkunastu sympatycznych młodych, którzy urządzają sobie drogowe wypady na legendarnych czeskich motorowerach. Spędziliśmy z nimi prawie godzinę na rozmowach, wzajemnych podziwach i prezentacji dwu i czterokołowych pojazdów - opowiada ksiądz.

Od Lyncha

W drodze do Lisieux pielgrzymi pokazują film "Prosta historia" Davida Lyncha. Tam 73-latek wyrusza w podróż na kosiarce. Jedzie, żeby pogodzić się ze swoim starszym schorowanym bratem.

Motyw ten stał się inspiracją do zrealizowania podobnej wyprawy. To otwarte zaproszenie do pojednania. Uczestnicy wyprawy zapraszają też mieszkańców okolic, w których się zatrzymują, do krótkiej medytacji.

- Wiele osób prosiło nas o modlitwę, niektóre z intencji mamy zapisane na kartkach. To pomaga nam znosić uciążliwości drogi: nie podróżujemy tylko dla siebie - jesteśmy tu też dla innych. O modlitwę prosi nas wielu napotkanych ludzi i wielu z nich ją obiecuje - opowiadają uczestnicy Drogi Pojednania.

Porządek jest taki: jutrznia, msza święta, koronka do Miłosierdzia o pokój i pojednanie, w międzyczasie jazda na traktorkach, a około 21 czytanie fragmentów "Rękopisów autobiograficznych" św.Teresy z Lisieux, do której pielgrzymują. Na koniec medytacja w ciszy.

- Cisza jest pięknym darem po dniu pełnym wrażeń, emocji i spotkań. W ciszy uspokaja się nasze serce, porządkują  rozgorączkowane myśli, wraca pokój. W ciszy mówi do nas Bóg - tłumaczy ks. Mirek.

Mieć pod ręką mały dom

- Śpimy w naszych podróżnych przyczepach. To wielki luksus mieć pod ręką mały dom - mówią.

Tego luksusu nie mają ich przyjaciele ze wspólnoty, którzy wyruszyli do Lisieux pieszo i każdego dnia muszą szukać wieczorem schronienia.

- Tego luksusu nie ma wielu naszych braci i sióstr na świecie. Kładąc się spać do kempingowych przyczep, powierzamy ich Bogu. Śpimy zazwyczaj na parkingach, przy stacjach benzynowych i przy parafiach, gdzie jest dostęp do wody i toalety. Gdzieniegdzie  korzystamy z gościnny gospodarzy, którzy zapraszają nas do swoich domów. Mamy jednak w naszym zespole dwóch ideowców, którzy postanowili nocować tylko w przyczepach - dodaje ksiądz.

Z ekipą filmową u boku

Od początku towarzyszy im ekipa filmowa, która tworzy dokument obserwacyjny  o Drodze Pojednania. To Piotr Małecki (reżyseria i zdjęcia), Paweł Chorzępa (zdjęcia), Remigiusz Zawadzki (kierownik produkcji) i Bartosz Jaworski (dźwięk) - filmowcy związani z festiwalem Camerimage i fundacją Tumult, którą założyli Marek Żydowicz i David Lynch. To z ich inicjatywy powstaje film.

- Jest to dla nas osobliwe doświadczenie i spore wyzwanie - nie tyle aktorskie, bo z założenia mamy zachowywać się normalnie i robić swoje, ale, jeśli tak można rzecz ująć, strukturalne. Obawialiśmy się, czy prawie nieustanna obecność kamery i bycie na "podsłuchu" nie zmieni struktury pielgrzymki w podróżnego Big Brothera - tłumaczy ksiądz.

- Po tygodniu oswoiliśmy się nie tylko z kamerami, ale przede wszystkim z ekipą, którą tworzą naprawdę świetni ludzie. Traktujemy ich jako współpielgrzymów bo, widząc ich zawodowy wysiłek i zaangażowanie w to, co robią, wiemy, że nie jest to dla nich wycieczka na zwolnionych obrotach, ale ciężka harówka - mówi.

- Poza tym mamy poczucie wspólnego tworzenia czegoś, co nie będzie tylko wydarzeniem filmowym - podsumowuje.

***

Interia towarzyszy medialnie uczestnikom wyprawy do Lisieux. Tylko u nas możecie śledzić obszerne relacje z tej nietypowej podróży.

***

Uczestnicy wyprawy potrzebują finansowego wsparcia - głównie na paliwo do traktorów. Jeśli chcecie i możecie pomóc, wszystkie dane znajdziecie na stronie www.betlejem.org

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje