Reklama

Reklama

"Zegarek zatrzymał się na 9:30"

W jednej z kopert był zegarek Jungahnsa oraz srebrny łańcuszek z medalikiem. Na rewersie święty Antoni - patron osób i rzeczy zaginionych. Zegarek Władysława Śliwińskiego zatrzymał się na 9:30. Odtworzenie losów człowieka, którego przez całe życie szukali krewni, było możliwe dzięki dokumentom i przedmiotom, jakie zachowały się w archiwum w Arolsen. Depozyty - ostatnie ślady bliskich - po kilkudziesięciu latach od zakończenia wojny wracają do krewnych ofiar.

W latach 60. Międzynarodowa Służba Poszukiwań w Bad Arolsen otrzymała około 5 tysięcy przedmiotów osobistych. Większość z nich została zabezpieczona przez armię brytyjską na terenie obozu koncentracyjnego Neuengamme, część pochodzi z Dachau, z więzienia Gestapo w Hamburgu i z wielu innych miejsc.

- Rzeczy były zabierane z chwilą aresztowania. Świadczy o tym fakt, że wiele przedmiotów zostało zabezpieczonych czy przejętych w innym miejscu, niż tam, gdzie osoba na końcu się znalazła. Widzimy to na oryginalnych kopertach, w których były przechowywane. Często znajduję na nich kilka numerów obozowych - mówi Małgorzata Przybyła, odpowiedzialna w ITS za poszukiwanie rodzin właścicieli pamiątek i udzielanie odpowiedzi na wnioski nadsyłane z Polski.

Reklama

To cenna informacja dla pracowników archiwum. Nie wszystkie koperty są podpisane imieniem i nazwiskiem. Wiele z nich trzeba rozszyfrować.

- Na podstawie dwóch numerów byłam w stanie stwierdzić, że człowiek był najpierw więziony w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Jego niski numer 707 wskazywał na to, że przybył pierwszym transportem. Udało się rozszyfrować, w którym obozie przebywał najpierw. Dzięki pomocy wolontariuszki z Polski udało się prześledzić dalsze historie przed przybyciem do Auschwitz i dowiedziałyśmy się, że jego zegarek, który został później zabezpieczony w Neuengamme, został mu zabrany w więzieniu w Nowym Sączu i podróżował praktycznie za nim. Więc to jest fenomen - zaznacza.

- Ale i niemiecka biurokracja, co jest straszne... - dodaje Anna Meier-Osiński - kierowniczka działu Tracing ITS.

Dwa listy, dwa numery

W 2018 roku do Ośrodka KARTA zgłosiła się pani Agnieszka Śliwińska, która o życiu swojego dziadka w czasie II wojny światowej wiedziała bardzo niewiele. Ze strzępów informacji próbowała odtwarzać jego wojenne losy.

W 1948 roku do krewnych dotarł wystawiony w 1946 roku akt zgonu. Po dziadku zostały jedynie dwa listy, wysłane pod koniec 1944 roku. Wnuczka znalazła je dopiero w 2016 roku. Wszystko wskazywało na to, że dziadek zmarł w obozie w Sachsenhausen.

Archiwistki z Sachsenhausen, z którymi rozmawiała pani Agnieszka Śliwińska, zwróciły uwagę na dwa różne numery. Tylko jeden świadczył o pobycie w Sachsenhausen. Drugi wskazywał na pobyt w Neuengamme. Dzięki pomocy otrzymanej w archiwum, poszukująca śladów po dziadku pani Agnieszka dowiedziała się o istnieniu ITS Arolsen i złożyła wniosek na stronie internetowej. Po kilku dniach dowiedziała się, że ITS posiada nie tylko informacje i dokumenty dotyczące dziadka, ale również jego rzeczy osobiste.

Na podstawie zachowanych dokumentów odtworzenie ostatnich miesięcy życia Władysława Śliwińskiego stało się możliwe.

"Stwierdzono, że w obozie Neuengamme został za­rejestrowany 16 października, od końca paździer­nika pracował przy odbudowie zbombardowanej hali, w której składowano tytoń, a swój ostatni list wysłał z izby chorych. Nie było to zaskoczeniem, bo napisał w nim, że choruje na płuca. Przez lata rodzina sądziła, że to właśnie było bezpośred­nią przyczyną jego śmierci. Dowiedziałam się, że w aktach nadano dziadkowi kategorię Schutzhaft, czyli aresztowanego prewencyjnie - i osadzono go w obozowym więzieniu, co miało miejsce już po pobycie w izbie chorych; nie podano przyczyny aresztowania. Najbardziej szokująca była jednak informa­cja, że dziadek zginął w marszu śmierci i pocho­wany został w miejscowości Gardelegen" - pisze na łamach "Karty" Agnieszka Śliwińska.

Zegarek

Po dziadku został depozyt -  zegarek i łańcuszek. W przesyłce z ITS Arolsen pani Agnieszka znalazła zegarek Jungahnsa, który znała z przedwojennych zdjęć dziadka, oraz srebrny łańcuszek z medalikiem. Na rewersie święty Antoni - patron osób i rzeczy zaginionych. Zegarek zatrzymał się na 9:30.

"Oddałam zegarek do naprawy; zegarmistrz zapytał, czy chcę wymienić pęknięte szkiełko - stanowczo poprosiłam o jego pozosta­wienie" - wspomina wnuczka.

Pani Agnieszka Śliwińska wyruszyła na poszukiwania mogiły dziadka. W Gardelegen jest cmentarz ofiar marszu śmierci. Ci, którzy zostali spaleni w stodole, zostali pochowani w jednej mogile. W przypadku pozostałych na krzyżach umieszczno numery więźniów lub informację, że spoczywa tam niezidentyfikowana osoba.

Grób udało się odnaleźć. "Ponownie był to dla mnie bardzo wzruszający moment - mogłam zapalić lampkę i położyć kwiaty" - czytamy na łamach "Karty".

Koperty, o które nikt się już nie pyta

- Depozytem określa się przedmioty zabrane osobie zatrzymanej i przekazanej do aresztu. Ale depozyt to oddanie czegoś na krótko, więc w tym sensie jest to określenie nieprecyzyjne. To są właściwie rzeczy osobiste odebrane ludziom. Trzeba pamiętać, że wśród tych pamiątek jest nie tylko biżuteria, ale również zdjęcia, świadectwa szkolne, portfele, dzbanuszki do mleka, łyżeczki. Wiele osób zabierało ze sobą przedmioty pierwszego użytku - mówi Małgorzata Przybyła.

Depozyty są przechowywane w Arolsen. Jak zaznaczają w rozmowie z Interią przedstawicielki ITS, 1500 pamiątek zostało już oddanych. Trafiły do 270 rodzin z całego świata. Docieranie do krewnych ofiar nie byłoby możliwe bez pomocy wolontariuszy.

- Gdyby nie takie wsparcie, we wtorek nie doszłoby do przekazania pamiątek jednej z warszawianek, której dziadek zginął w Neuengamme - zaznacza Małgorzata Przybyła.

Ostatnie pamiątki beztroskiego życia

- Gdy zwracali się do nas ludzie, którzy przeszli przez Neuengamme czy Dachau, to od razu sprawdzaliśmy, czy ich nazwisk nie ma również w wykazie depozytów. Później to wszystko ucichło, przestały się zgłaszać bezpośrednio zainteresowane osoby. Pozostało nam 3200 kopert o które już nikt się nie zapytał - dodaje.

W 2016 roku ITS Arolsen wyszło z inicjatywą poszukiwania bliskich w celu zwrócenia im zachowanych pamiątek.

- Mamy jeszcze 900 przedmiotów należących do Polaków. Na początku wydawało się, że jest ich 600, ale posiadaliśmy zbiór nazwisk tzw. niezidentyfikowanych. To były najczęściej błędnie napisane przez Niemców nazwiska. Po przeprowadzeniu nowej weryfikacji okazało się, że minimum 900 przedmiotów należy do Polaków.

- W wielu przypadkach krewni ofiar pamiętają te przedmioty ze swojego dzieciństwa - zaznacza Anna Meier-Osiński.

I dodaje: depozyty to jedyne i często ostatnie pamiątki beztroskiego życia.

***

Spotkanie z przedstawicielkami ITS Arolsen - Małgorzatą Przybyłą oraz Anną Meier-Osiński, a także z Agnieszką Śliwińską, któa odtworzyła losy swojego dziadka, zostało zorganizowane przez Ośrodek KARTA, International Tracing Service (ITS) oraz Dom Spotkań z Historią.

WARTO ZOBACZYĆ:

Depozyty w ITS Arolsen

Wniosek dla ofiar prześladowań nazistowskich, ich rodzin oraz ich przedstawicieli


 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje