Reklama

Reklama

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: Ponad 100 lekarzy zakażonych

- Zdarza się, że nie mamy dostępu nawet do zwykłych maseczek chirurgicznych. Cała Polska mogła zaś oglądać posłów w maseczkach z filtrem - mówi Interii prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. - Nie wysyłajcie nas z szablami na czołgi - apeluje do polityków.

Jakub Szczepański, Interia: Po co kneblować lekarzy w czasie epidemii koronawirusa?

Reklama

Prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: - To pewna niezręczność. Komunikat Ministerstwa Zdrowia dotyczący zakazu wypowiedzi dla konsultantów wojewódzkich został odebrany przez środowisko jednoznacznie. Takich rzeczy nie wolno robić. Pojawiły się nawet głosy, że to forma szykany wymierzona w lekarzy. 

Politycy nie chcą was słuchać?

- Przez wiele lat polski system służby zdrowia lekceważył nasze głosy. Kiedy w dobie koronawirusa pojawił się komunikat resortu, sprowokował mocne twierdzenia. Braki sprzętowe, brak odpowiednich zabezpieczeń podmiotów leczniczych w obecnej chwili - o tym wszystkim mówili lekarze. Zwracamy na to uwagę nie w interesie władz, a w interesie publicznym. Mamy do tego prawo, jesteśmy na pierwszej linii frontu walki z wirusem.

Może być tak, że pacjentów nie będzie miał kto leczyć?

- Zabezpieczenie lekarzy to bezpieczeństwo pacjentów. Najgroźniejsi są ci, którzy nie wiedzą, że mogą być nosicielami. Niektóre osoby - zwłaszcza przechodzące infekcję w sposób bezobjawowy - nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożenia. My często jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z takimi pacjentami. A jeśli brakuje nam wiedzy o zakażeniach, sami jako lekarze stajemy się źródłem infekcji. Dlatego musimy mówić o niedostatkach i brakach. To jest w interesie pacjentów.

Co z mniejszymi jednostkami opieki zdrowotnej? Sporo tracą, kiedy informacje są oddolnie blokowane.

- Próba wywarcia presji spada nie na wielkie szpitale, a niewielkie poradnie, gabinety stomatologiczne. Wszędzie tam, gdzie lekarze stykają się z pacjentami. Zakazy wypowiedzi dają impuls do braku wzajemnego zaufania.

Może Ministerstwo Zdrowia oszczędnie dawkuje Polakom informacje, żeby nie siać paniki?

- Panika jest złym doradcą, w każdej sytuacji. Dlatego wszyscy powinniśmy być odpowiedzialni za swoje słowa. Pamiętajmy, że w Chinach wyciągnięto konsekwencje od lekarza, który pierwszy poinformował od epidemii. Gdyby ktoś go posłuchał, może byłoby inaczej. Na pewno choroba nie rozprzestrzeniłaby się tak, jak obecnie. Po to lekarze mówią i zwracają uwagę na pewne rzeczy, żeby politycy mogli podejmować odpowiednie decyzje.

Nie jesteśmy w komunistycznych Chinach tylko demokratycznej Polsce. Podczas posiedzenia Sejmu było widać, że klasa polityczna doskonale się zabezpiecza.

- Jeżeli posłowie występują w maskach, a zgodnie z zaleceniami Głównego Inspektoratu Sanitarnego nie trzeba tego robić, to wzbudza to poczucie zagrożenia wśród obywateli. Nie chcę nawet mówić, jaka to niesprawiedliwość dla personelu medycznego. Zdarza się, że nie mamy dostępu nawet do zwykłych maseczek chirurgicznych. Cała Polska mogła zaś oglądać posłów w maseczkach z filtrem.

Jak lekarze zareagowali na dyskusję posłów, którzy nie chcieli spotkać się w Sejmie?

- Jestem daleki od komentarzy politycznych, lekarze byli, będą i są apolityczni. Bo choroba nie wybiera, nie ma barw politycznych, wykształcenia, ani nie patrzy na zasobność portfela. Na pewno w wypowiedziach polityków jednej i drugiej strony przebijała się hipokryzja. Jedni chcieli organizować Sejm zgodnie z obostrzeniami dla wszystkich, drudzy odwrotnie. To przekomarzanie się, które nikomu nie służy. 

Stosowanie masek przez parlamentarzystów zrobiło na panu wrażenie?

- Część przemawiała w maskach, część miała parę rękawiczek, niektórzy zakładali ledwie jedną sztukę. Jeden z posłów założył maskę odwrotnie. Ktoś założył ją sobie na brodę, kto inny na czoło. Było to i śmieszne, i niezgodne z zaleceniami ministra zdrowia. Tak nie wolno robić. Wszyscy powinniśmy zachowywać się teraz odpowiedzialnie. Lekarze dają z siebie wszystko, ale nie wysyłajcie nas z szablami na czołgi, dajcie nam odpowiednie zabezpieczenia.

Pan otwarcie mówi o zakażeniach personelu medycznego.

- W oficjalnych komunikatach nie ma takiej informacji. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, ilu lekarzy to dotknęło. W chwili obecnej spłynęły do nas informacje o ponad 100 lekarzach zakażonych koronawirusem, ale to się zmienia z minuty na minutę. Prowadzi to do paraliżu systemu ochrony zdrowia. Wszelkie inne schorzenia także śmiertelne, przecież one nie zniknęły, zbiorą żniwo.    

Skąd pochodzą informacje dotyczące zakażeń personelu?

- Od nas jako organizacji, które go zrzeszają. W Naczelnej Radzie Lekarskiej stworzyliśmy sztab kryzysowy. Codziennie rozmawiamy o problemach, wymieniamy informacje. Do centrali spływają informacje o lekarzach na kwarantannach czy zdiagnozowanych. Obecnie mamy szczątkowe wiadomości. Na pewno byłoby dobrze, gdyby sanepid identyfikował pracowników ochrony zdrowia i przekazywał wiadomości o takich zakażeniach. Ta wiedza pomogłaby przeciwdziałać załamaniu się systemu ochrony zdrowia.

"Ministerstwo monitoruje jednostki służba zdrowia, gdzie jest większy problem z chorym personelem" - usłyszałem niedawno w resorcie zdrowia. Co pan na to?

- Co to znaczy?

Byłem przekonany, że to pan mi powie.

- Ministerstwo Zdrowia wie, ile oddziałów jest zamkniętych z powodu koronawirusa, kwarantanny. Taka wiedza jest, szpitale informują sztaby wojewódzkie, a w konsekwencji resort. Służby sanitarne powinny na bieżąco zdobywać wiadomości i identyfikować personel medyczny, żeby uprzedzić niechciane wydarzenia.  

Wróćmy do rygorów rodem z poprzedniej epoki. Jak pan skomentuje embargo na informacje o koronawirusie z terenu powiatów, które zarządzili wojewodowie?

- To nawet nie wymaga komentarza. Nieprzemyślane decyzje, nie widzę podstaw do ich wydawania. Najważniejsze jest to, żeby nie było dezinformacji i podsycania paniki. Decydenci powinni wiedzieć, że przekazywanie informacji pomaga w podejmowaniu właściwych decyzji. Postanowienia, które nie opierają się na faktach, prowadzą donikąd.

Co dla lekarza oznacza zakaz wypowiedzi nałożony przez Ministerstwo Zdrowia?

- Tego, do czego zobowiązują nas zawód i etyka, nie wstrzymają żadne zakazy. Wypowiedzi, przestrzeganie przed zagrożeniami to nasze obowiązki, a nie prawa. Jesteśmy to winni naszym kolegom oraz pacjentom.

Jeśli chodzi o szpital wojewódzki w Łomży obostrzenia poskutkowały.

- Nie chcę komentować czy słusznie wyznaczono placówki do przekształcenia w szpitale zakaźne. To nie należy do mnie. Natomiast decyzja o centralizacji leczenia jest słuszna i bardzo oczekiwana. W tych 21 ośrodkach można skupić wszystkie siły oraz środki niezbędne do walki z epidemią. Ale nie wolno zapominać o pozostałych podmiotach leczniczych, które muszą nieść pomoc w innych schorzeniach.

Łatwiej teraz umrzeć bez koronawirusa?

- Liczba przypadków dotyczących wirusa jest ściśle kontrolowana. Za rok może się za to okazać, że wzrosła śmiertelność z powodu chorób nowotworowych, udarów, zawałów serca czy wielu, wielu innych schorzeń.

Jakub Szczepański

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje