Reklama

Reklama

Przemysław Czarnek: Nepotyzm to skandal. Szkodzi naszej misji

Ma dopiero 43 lata, piastował już stanowisko wojewody lubelskiego, a podczas zwycięskiej kampanii Andrzeja Dudy był jednym z najważniejszych członków sztabu wyborczego prezydenta. Przemysław Czarnek nie boi się głośno artykułować swoich poglądów. W rozmowie z Interią przyznaje, że polityczny nepotyzm w PiS to coś niedopuszczalnego. - Uważam to za skandal - mówi nam parlamentarzysta.

Jakub Szczepański, Interia: Bardziej się pan odnajduje jako poseł czy wojewoda lubelski?

Reklama

Przemysław Czarnek, PiS: - To nie żadna tajemnica, że dalej chciałem być wojewodą. Z różnych powodów, także ze względu na mój 10. wynik wśród kandydatów PiS w Polsce, kierownictwo partii stwierdziło, że mam się bardziej angażować w sprawy sejmowe. A u nas gra się zespołowo. Jeśli szefostwo chciało mnie wykorzystać na szczeblu sejmowym, trzeba było się zdecydować.

Jakie są zalety pracy wojewody?

- To było stanowisko, które sprawiało mi wiele satysfakcji zawodowej. Sporo udało się uzyskać dla województwa lubelskiego, a mój wynik wyborczy świadczy o mojej pracy. Mieszkańcy województwa zyskali choćby Fundusz Dróg Samorządowych. Jego wstępna idea powstała w gabinecie wojewody podczas rozmowy z ówczesnym wicepremierem, Mateuszem Morawieckim. Ale teraz jest poselstwo i tu trzeba się angażować.

Podobno jest pan następcą Dominika Tarczyńskiego. Słynie pan z mocnych wypowiedzi i konkretnych poglądów.

- Bardzo lubię Dominika Tarczyńskiego, ale nie jestem niczyim następcą. Przekonania to raczej zaleta niż wada. Zawsze ceniłem sobie ludzi prostych. Lubię tych, którzy mówią, o co im chodzi. Na pewno w fundamentalnych sprawach nie ma kompromisów. Nie używam mocnego tylko prawdziwego języka: słów ze słownika, Katechizmu Kościoła Katolickiego czy Pisma Świętego, które nie są i nie mogą być uważane za wulgarne. Jeśli coś nie mieści się w ramach poprawności politycznej, to tym gorzej dla tej poprawności.

Pytam o pracę w Lublinie, bo chciałbym się dowiedzieć, jaka jest recepta na sukces Przemysława Czarnka. Skąd przychylne spojrzenie prezesa PiS?

-  Opowieści o moich kontaktach z Jarosławem Kaczyńskim to legendy. Wielu posłów ma taki sam dostęp do pana prezesa jak i ja. Kiedy zimą 2015 r. zostałem wojewodą, kompletnie nie planowałem pracy w centrali. Na pewno przykładałem się do pracy, spotykałem się z ludźmi w całym województwie. W moim pierwszym wywiadzie po objęciu stanowiska powiedziałem, że będę uchem rządu w terenie. I tak było.

Udało się?

- Wojewoda nie kreuje własnej polityki, odpowiada za politykę rządu przy uwzględnieniu konkretnego miejsca. Jest też od tego, żeby wskazywać władzom centralnym problemy lokalnej społeczności. Nie mogłem ich poznać bez rozmów z ludźmi. Dlatego w ciągu czterech lat odbyłem blisko 250 spotkań nawet w najmniejszych miejscowościach. I to jest chyba przepis na sukces: pracowitość i kontakt z ludźmi.

Podobno zasygnalizował pan w PiS, że na szczeblu centralnym oczekuje poważniejszych zadań niż tylko praca w komisjach sejmowych.

- Od nikogo niczego nie oczekiwałem, bo moja praca także teraz jest poważna. Oddałem się do dyspozycji kierownictwa PiS. Jestem wykorzystywany na odcinku sejmowym w komisji sprawiedliwości. Zajmuje się problemami prawniczymi i ustrojowymi. Tu się angażuję i poważnie podchodzę do swojej roli.

Jak pan wspomina swoje początki w sztabie wyborczym prezydenta Andrzeja Dudy? W "Dzienniku Wschodnim" powiedział pan m.in., że będzie pełnił "funkcję medialną", głównie na terenie wschodniej Polski.

- Przez pierwsze miesiące byłem jedynym przedstawicielem tej części kraju. Później w prace sztabu zaangażował się Jakub Banaszek, prezydent Chełma. Nasza praca miała chyba jakieś znaczenie, skoro prezydent zyskał ogromną przewagę przede wszystkim właśnie na Wschodzie, a ja i Jakub Banaszek znamy specyfikę i wrażliwość polityczną mieszkańców tej części Polski.

Kto pana poprosił o współpracę? Dzwonił Krzysztof Sobolewski (szef struktur PiS - red.), a może sam prezydent?

- Kierownictwo PiS zaprosiło mnie na pierwsze posiedzenie sztabu wyborczego. I wtedy dowiedziałem się, że będę jego członkiem.

I przyjął pan karnie tę propozycję?

- Nawet nie karnie. To złe słowo. Jak już powiedziałem, w listopadzie oddałem się do dyspozycji kierownictwa. Sądzę, że moje doświadczenie z czasu pracy w Urzędzie Wojewódzkim zdecydowało o włączeniu do sztabu wyborczego.

Jaki jest pański największy sukces z tego okresu?

- Zwycięstwo pana prezydenta w wyborach 2020 r. To sukces całego sztabu, a w szczególności naszego kandydata. Tajemnicą sukcesu jest gra zespołowa. Tylko tak można wygrywać kampanie wyborcze. Jakiekolwiek indywidualności, emancypacja poszczególnych członków sztabu wyborczego jest nie na miejscu. Można powiedzieć, że to szkodliwe także dla przyszłych kampanii. Przecież życie i polityka toczą się dalej.

W kampanii nie ma miejsca na indywidualności, a w pewnym momencie został pan przecież kampanijną "gwiazdą". Mam na myśli pańską wypowiedź o LGBT, a później poczucie, że padł pan ofiarą nagonki.

- W sztabie byłem cały czas. I przed, i po nagonce. Całe to zamieszanie nie zmieniło charakteru ani zakresu mojej pracy w sztabie wyborczym. Na kilka tygodni zniknąłem z mediów, żeby nie oddawać pola tym, którzy zmanipulowali moją wypowiedź, by wpływać na wynik wyborczy. To nie myśmy zaczęli dyskusję i wojnę kulturową. Wywołali ją przedstawiciele lewicy i ruchu LGBT.

To znaczy?

- Zaczęło się od Karty Rodziny, którą podpisał pan prezydent. Sprzeciw wobec ideologii LGBT w szkołach był jednym z wielu jej punktów, a nie czymś najważniejszym. Lewica zaczęła się obruszać, wywołała wojnę. My zaczęliśmy się bronić bardzo prostymi wypowiedziami. Pokazałem zdjęcie z Los Angeles z roznegliżowanym człowiekiem, który z genitaliami na wierzchu pił bezwstydnie szampana na ulicy.

"Skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka, czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym". To wypowiedź cytowana we wszystkich mediach.

- Prawo do demoralizacji to nie jest prawo człowieka, a ekshibicjonizm to nie jest normalność. TVN wyciął tylko część mojej wypowiedzi, zdjęcie, do którego się odnosiłem, zostało absolutnie pominięte. Moje słowa przypisano całemu ruchowi LGBT, wszystkim osobom homoseksualnym. To kłamstwo. W studio, kiedy się wypowiadałem, była posłanka Hanna Gill-Piątek z Lewicy i kompletnie nie zwróciła uwagi na moje słowa. Nikomu nie podoba się goły ekshibicjonista, który w biały dzień pije szampana na ulicach i demoralizuje innych.

Jednak państwo zareagowali jako sztab?

- Reakcja sztabu i moja była bardzo prosta. W ciągu minuty podjęliśmy decyzję, że nie będę udzielał się w mediach. Najważniejszy był sztab, prezydent Andrzej Duda i jego zwycięstwo w wyborach. Do tej taktyki dostosowałem się w ułamkach sekund.

W prasie można było czytać, że dostał pan zakaz wypowiedzi. I to prosto z Nowogrodzkiej.

- Nie chodziło o zakaz, ale uzgodnienia moje, szefa sztabu oraz jego członków. Taktyka strony przeciwnej była jednoznaczna: manipulować moimi słowami, żeby zyskać w kampanii. To miało odwrócić uwagę od konkretnych dyskusji i poglądów kandydatów oraz ich rywalizacji. Odbieram to jako celowe działanie TVN, stacji sprzyjającej opozycji, która pracowała na rzecz Rafała Trzaskowskiego. Dlatego nasza odpowiedź była bardzo prosta i usunąłem się w cień.

Kiedy w Lublinie dziennikarze pytali prezydenta o pańską działalność w sztabie, Andrzej Duda odpowiedział, że nie ma warunków do rozmowy. To jest lojalność i gra zespołowa, o której pan mówi?

- Oczywiście! Kampania wyborcza, w której gra się o absolutnie najwyższą stawkę, może zostać wygrana tylko dzięki grze zespołowej. Nie ma tu mowy o brylujących indywidualnościach. Jedynym wyjątkiem był oczywiście pan prezydent, który mocno zapracował na swoje zwycięstwo.

Odłożył pan ledwie 20 tys. zł. Na tle kolegów jest blado.

- Czuję się bardzo bogatym człowiekiem: mam żonę, wspaniałe dzieci, dach nad głową i zdolność spłacania kredytu za ten dach. Niczego więcej mi nie potrzeba.

Ostatnio okazało się, że żona wiceministra Adama Andruszkiewicza ma intratną posadę w Fundacji Agencji Rozwoju Przemysłu, a Łukasz Zbonikowski pracuje w spółce podległej PGZ. Oboje za grube pieniądze. Może robi pan coś nie tak?

- Bez względu na to, ile obecnie zarabiają posłowie, nie podoba mi się obsadzanie żon i najbliższych krewnych polityków w spółkach Skarbu Państwa. Są oczywiście sytuacje wyjątkowe, gdzie małżonki działaczy od lat pracują w takich firmach, mają kompetencje. Nie wiem, jak było w tym przypadku, dlatego nie oceniam konkretnych sytuacji. Kiedy jednak czytam i słyszę o politycznym nepotyzmie, uważam to za skandal. To coś, co nie powinno mieć miejsca. Szkodzi partii, reformom i naszej misji. Wielu polityków PiS tak uważa. Każdy, kto zostaje posłem, wie, ile zarabiają parlamentarzyści.

A jak to jest u pana?

- Jestem wojewodą od 2015 r., z żoną jesteśmy razem od 20 lat i do głowy by mi nie przyszło, żeby sytuować ją w jakimkolwiek miejscu związanym z administracją rządową lub spółkami skarbu państwa. To byłoby nieodpowiedzialne działanie.

W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Zbonikowski twierdzi, że nadaje się do PGZ, bo jego ojciec był wojskowym, więc tematykę "wyssał z mlekiem matki". Nie oburza to pana?

- Uchylam się do odpowiedzi, wszystkich kieruję do swoich wcześniejszych odpowiedzi.

Działacze Solidarnej Polski mówią o wojnie kulturowej i LGBT. Z drugiej strony Michał Moskal, szef Forum Młodych PiS i łagodniejsza polityka. W którą stronę pójdziecie?

- Zjednoczona Prawica to szeroka koalicja ugrupowań. Od bardzo ideowej prawicy aż po centrum. Na tym polega tajemnica sukcesu. Choć pewnie sam nie do końca się zgadzam ze wszystkimi poglądami pana Moskala, to przecież jest dla nich miejsce w Zjednoczonej Prawicy. Na pewno będziemy brać pod uwagę głos młodych. Zwłaszcza, że w ekologii nie ma nic złego. Jeśli nie mówimy o ekoterroryzmie i głupocie ekologicznej, która prowadzi do zrównania zwierząt z ludźmi. Dbałość o środowisko jest absolutnie pożądana, zgodna z chrześcijaństwem. Ekologiem był śp. Jan Szyszko, więc trudno tu dyskutować.

Koalicjanci stracą na rekonstrukcji?

- PiS jako partia ma blisko 200 posłów. Solidarna Polska i Porozumienie mają ich łącznie 38. Dlatego proporcje powinny zostać zachowane. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że koalicja Zjednoczonej Prawicy jest stabilna. Twarda wymiana poglądów przed rekonstrukcją oraz kolejnymi reformami to coś zupełnie naturalnego.

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy