Reklama

Reklama

Wybory 2020. Krzysztof Łapiński o kampanii. "Sentymenty ustępują interesom"

Był prezydenckim ministrem i rzecznikiem prezydenta Andrzeja Dudy. W rozmowie z Interią Krzysztof Łapiński ocenia, czy po sondażowym spadku gospodarz Pałacu Prezydenckiego powinien się obawiać konkurentów. - To nienaturalna sytuacja, kiedy partia cieszy się poparciem w granicach 25-30 proc., a jej kandydat może liczyć ledwie na 5 proc. poparcie - odpowiada na pytanie o poparcie dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Pytany o zmianę kandydata Koalicji Obywatelskiej, mówi, że "nie zamierza się bawić w eksperta od etyki w polityce". - Polityka bywa brutalna, a w takim momencie jak walka o prezydenturę, sentymenty ustępują twardym interesom i kalkulacjom politycznym - powiedział nam Łapiński.

Jakub Szczepański, Interia: - Jak pan widzi kampanię prezydencką w czasie COVID-19?

Reklama

Krzysztof Łapiński, były prezydencki minister oraz rzecznik Andrzeja Dudy: - W czasach pandemii kampania wyborcza wygląda zupełnie inaczej niż wcześniejsze kampanie. Nie da się tego porównywać. Kandydaci nie mogą spotykać się z wyborcami na wiecach, o dużych konwencjach można zapomnieć. Chociaż widać ostatnio, że politycy będą się starali wychodzić do ludzi, nawet w reżimie sanitarnym, bo teraz już jest trochę mniej ograniczeń.

Sondażowy spadek poparcia, tąpnięcie to powód do niepokoju dla Pałacu Prezydenckiego?

- Do tej pory były różne sondaże, w trakcie kampanii pojawiają się też takie, które bardziej są elementem polityki. Często najbardziej wiarygodne są te, które zamawiają sztaby na wewnętrzny użytek, które nigdzie się nie ukazują. Pamiętajmy też, że trudniej prowadzić badania w trakcie pandemii: wyborcy mogą zmieniać zdanie w ciągu kilku dni. Na pewno w ostatnich sondażach widać powrót zwolenników Koalicji Obywatelskiej, którzy wcześniej deklarowali, że wybory zbojkotują.

Co ma pan na myśli?

- Dotąd wielu wyborców Koalicji przerzucało swoje głosy na innych kandydatów, m.in. Władysława Kosiniaka-Kamysza czy Szymona Hołownię. Znaczna część tego elektoratu na pewno była zdezorientowana apelem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o bojkot wyborów. Na pewno wielu z nich deklarowało, że nie będzie brało udziału w głosowaniu. Proszę zwrócić uwagę, że w poprzednich sondażach deklarowana frekwencja oscylowała na poziomie niewiele ponad 40 proc.

Rafał Trzaskowski zmienił kampanię?

- Wiadomo, że odkąd zadeklarował start, sondaże wróciły do normy sprzed pandemii. Wysoki wzrost notowań prezydenta w marcu i kwietniu wynikał z mobilizacji elektoratu Andrzeja Dudy. Spora grupa wyborców KO, czyli przeciwnicy PiS, zapewniali, że nie wezmą udziału w majowych wyborach. Teraz sytuacja się zmieniła. Obecnie prezydent cieszy się poparciem powyżej 40 proc., a kandydat największej partii opozycyjnej zdobywa ponad 20 proc. głosów.

Spadek poparcia dla kandydatki KO poniżej 10 proc. pana zaskoczył?

- To nienaturalna sytuacja, kiedy partia cieszy się poparciem w granicach 25-30 proc., a jej kandydat może liczyć ledwie na 5 proc. poparcia. Wszystko przez nawoływanie do bojkotu i dezorientację elektoratu. Obecnie KO ma jasny komunikat: mamy kandydata, Rafał Trzaskowski chce walczyć, idźcie na wybory. Przekłada się to na deklarowaną frekwencję. Według badań udział w wyborach deklaruje nawet 60 procent respondentów, widać powrót wielu wyborców KO.

Kierownictwo PO nieelegancko potraktowało Małgorzatę Kidawę-Błońską, kiedy partia zmieniała kandydata w wyborach?

- Nie będę się bawił w eksperta od etyki w polityce. Polityka bywa brutalna, a w takim momencie jak walka o prezydenturę sentymenty ustępują twardym interesom i kalkulacjom politycznym. Dziwiłbym się gdyby największa partia opozycyjna odpuściła moment, który daje możliwość wymiany kandydata, w momencie gdy ich pierwszy wybór w sondażach jest na dalekim miejscu bez szans na wejście do II tury. To prosty wybór.

Zjednoczona Prawica zrobiła prezent Koalicji Obywatelskiej?

- Zdziwiłbym się, gdyby Platforma nie próbowała wykorzystać sytuacji, żeby znowu wrócić do gry. Normalna walka o władzę, skorzystali z całej sytuacji związanej z nową datą wyborów, z konieczności zmiany prawa. Nie wiemy, jaki będzie efekt końcowy, ale Rafał Trzaskowski jest w sondażach na drugiej pozycji. A jeszcze trzy tygodnie temu Małgorzata Kidawa-Błońska w sondażach była na dalekiej pozycji.

Obóz rządzący pluje sobie w brodę?

- Myślę, że jednak spodziewali się, że KO może skorzystać z szansy i zmieni kandydata. Jeśli jednak chodzi o poparcie dla Andrzeja Dudy, zarówno Prawo i Sprawiedliwość, Solidarna Polska, jak i Porozumienie, wspierają prezydenta. I mimo pewnych napięć z obozie rządowym akurat w temacie poparcia dla prezydenta Andrzeja Dudy nie ma żadnych wątpliwości. Pytanie, na ile przebije się przekaz obozu rządowo-prezydenckiego, że w czasach pandemii potrzeba zgodnej współpracy rządu i prezydenta, która zagwarantuje stabilność władzy.

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że Andrzej Duda ma wygraną w kieszeni.

- Wtedy wszyscy się zastanawiali, czy w ogóle dojdzie do drugiej tury. Obecnie mobilizuje się opozycja, elektorat antypisowski widzi swoją szansę na ograniczenie władzy szeroko rozumianego obozu Zjednoczonej Prawicy. Wszyscy mają świadomość, że następne wybory będą dopiero za trzy lata, więc szansa na rewanż będzie dopiero wtedy. Faworytem jest jednak wciąż Andrzej Duda, ale jeśli dojdzie do drugiej tury, to zawsze jest element niepewności. Wtedy ważne jest, czy wyborcy w swoich motywacjach będą kierować się kwestiami wizerunku, bardziej oceniać kandydatów, czy wybory przerodzą się w plebiscyt, kto jest za, a kto przeciw obecnie rządzącej formacji.

Plebiscyt partyjny?

- Pewnie na zasadzie: kto jest za PiS, a kto przeciw. Kwestia zasadnicza jest taka, kto narzuci przekaz, czy sztab Andrzeja Dudy o zgodnej współpracy rządu z prezydentem, czy opozycja swój przekaz o tym, że Polacy powinni wybrać prezydenta z opozycji, żeby jeden obóz nie miał pełni władzy. I co bardzo ważne kluczem będzie mobilizacja własnych zwolenników, żeby nie tylko deklarowali poparcie, ale poszli oddać głos, niezależnie od pogody, od wakacji i tak dalej.

Przegrana Andrzeja Dudy to koniec Zjednoczonej Prawicy?

- Jeśli koalicja ma dzisiaj czasami trudności z uchwalaniem ustaw, bo nie dysponuje Senatem, to utrata prezydenta byłaby dużo mocniejszym ciosem. Utratę Izby Wyższej mogę porównać do wyjęcia kilku cegieł z solidnego muru, zaś utrata prezydenta z własnego obozu byłaby znacznym naruszeniem całej konstrukcji. Stawka tych wyborów jest bardzo wysoka.

Do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej przyjechali ostatnio szefowie struktur. Widać mobilizację?

- Na pewno liderzy Zjednoczonej Prawicy wiedzą, jak trudno będzie rządzić z prezydentem pochodzącym z opozycji.    

Prezydent zdecydował, że I prezesem Sądu Najwyższego będzie Małgorzata Manowska. Stanowisko zyskał też Michał Laskowski kojarzony jednoznacznie z Małgorzatą Gersdorf.

- Pani sędzia Manowska to bardzo doświadczony prawnik, choć sędzią Sądu Najwyższego jest od niedawna. Zaś pan sędzia Laskowski znajduje się tam z kolei od dłuższego czasu. Prezydent skorzystał ze swoich uprawnień. Interpretować to można na wiele sposobów.

Te nominacje będą miały wpływ na wyborców w kampanii prezydenckiej?

- Czy Polacy żyją tematyką Sądu Najwyższego? Nie sądzę. Myślę, że obecnie Polacy bardziej zastanawiają się nad tym, czy będą mieli pracę, czy ich pensje nie będą niższe, zajęci są troską o zdrowie swoje i najbliższych. Na pewno uwagę Polaków zajmuje przede wszystkim ich bezpieczeństwo zarówno zdrowotne jak i ekonomiczne. Zmiany w sądzie interesują głównie polityków, środowisko prawnicze czy dziennikarzy, więc nie sądzę, żeby ten temat trafił pod strzechy i żeby żyło nim miliony wyborców.

Rozmawiał Jakub Szczepański.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy