Reklama

Reklama

Zjednoczona Prawica będzie renegocjować umowę koalicyjną

Jak ustaliła Interia, po wyborczej awanturze w Sejmie Zjednoczona Prawica będzie renegocjować umowę koalicyjną. – Modyfikacja jest konieczna, bo Jarosław Gowin jest dzisiaj poza rządem, choć Jarosław Kaczyński odwodził go od rezygnacji – komentuje nasze doniesienia Adam Bielan, bliski współpracownik prezesa PiS, członek Porozumienia i zarazem rzecznik sztabu Andrzeja Dudy. Z naszych informacji wynika, że za woltę swoim stanowiskiem może zapłacić nawet wicepremier Jadwiga Emilewicz.

Pierwsze konsekwencje pęknięcia w obozie PiS, Solidarnej Polski oraz Porozumienia widać jak na dłoni. Nieoficjalnie gruchnęła wieść, że partia Jarosława Gowina wycofała rekomendację dla Zbigniewa Gryglasa na stanowisko wiceministra aktywów państwowych. Decyzja będzie należała do premiera Mateusza Morawieckiego, ale sprawa została poruszona już w środę (6 maja) podczas spotkania szefa Porozumienia z Jarosławem Kaczyńskim.

Reklama

Czym zawinił Gryglas? Wyraźnie pokazał, że w sporze pomiędzy Gowinem a Kaczyńskim staje po stronie prezesa PiS. Słowem: miał namawiać polityków Porozumienia do zdrady względem lidera swojej partii. - Część posłów Porozumienia zachowała się nieelegancko, ale na pewno będziemy stopniować winę. Nie będzie pobłażania dla kogoś, kto rozpracowuje partię i pomaga łamać naszych kolegów - mówi Interii jeden z bliskich współpracowników Gowina.

Faktem jest, że Gryglas nie dostał się do Sejmu, a przy Wiejskiej znalazła się grupa posłów, która nawoływała do buntu albo sprzeciwiała się stanowisku lidera Porozumienia. Nasi rozmówcy wymieniają w tym gronie Jacka Żalka, Kamila Bortniczuka czy Włodzimierza Tomaszewskiego. Jak słyszymy, Jarosław Gowin nie jest też pewien lojalności Jadwigi Emilewicz.

- Dla Bortniczuka wystarczającą karą jest to, że stracił twarz. Na pewno szacunku w partii już nie ma - mówi nam osoba z władz Porozumienia. Jak usłyszeliśmy, nie jest wykluczone, że poza Gryglasem stanowisko może stracić Jadwiga Emilewicz. - Wątpliwości, które pojawiały się w mediach, co do jej lojalności, są mocno upokarzające. Nie zapadły jeszcze konkretne decyzje, ale jest fundamentalna wątpliwość co do tego, czy powinna pozostać na stanowisku wicepremiera - powiedział nam lojalny współpracownik szefa Porozumienia.

Po awanturze zgoda

Wiadomo, że Gowin i Kaczyński doszli do konsensusu w środę późnym wieczorem. W myśl koncepcji, z którą utożsamiany jest wiceprezes Porozumienia Marcin Ociepa, Zjednoczona Prawica poparła wybory korespondencyjne. We wspólnym oświadczeniu liderzy obydwu partii wskazali, że elekcja zostanie przesunięta z 10 maja, ale odbędzie się korespondencyjnie. Poprawki do ustawy wniesie Porozumienie. Wszystko dzięki nieważności wyborów orzeczonej przez Sąd Najwyższy.

Kompromis, na który zgodził się prezes PiS, jest w koalicji odczytywany dwuznacznie. Sondaże wskazywały, że wybory w maju oznaczają wygraną Andrzeja Dudy już w pierwszej turze. Dlatego kierownictwu partii z Nowogrodzkiej tak bardzo zależało na tym terminie. Przeszkodą okazali się Jarosław Gowin i jego posłowie.  

- Gowin to człowiek, którego wyhodowaliśmy na własnej piersi. Jego potencjał wyborczy jest znikomy, wszedł do Sejmu na naszych listach, a okazał się nielojalny. Mam nadzieję, że odpowie za to, co zrobił. W PiS wszyscy są zniesmaczeni. Sam nie chciałbym, żeby mu się upiekło - obrusza się rozmówca Interii z partii rządzącej.

Oficjalnie politycy PiS i współpracownicy prezydenta nie mają nic przeciwko kompromisowi. - Prezydent wielokrotnie podkreślał, że dwie rzeczy są najważniejsze: przede wszystkim, żeby wybory były w pełni demokratyczne i bezpieczne dla Polaków - mówi nam Błażej Spychalski, prezydencki minister. - Najlepiej byłoby, gdyby wybory odbyły się w konstytucyjnym terminie. Jeżeli to było niemożliwe, ważne, że odbędą się przed końcem obecnej kadencji głowy państwa, przed 6 sierpnia - komentuje Adam Bielan, rzecznik sztabu wyborczego prezydenta.

Głośna awantura o wybory korespondencyjne pokazała, że nawet koalicjanci potrafią chwycić się za łby. Ryszard Terlecki, szef klubu parlamentarnego PiS, pogardliwie wypowiadał się o Porozumieniu. Chociażby w Wirtualnej Polsce pojawiły się doniesienia o tym, że partia Gowina nie dostanie środków z subwencji, choć było to zagwarantowane w umowie koalicyjnej.

Zemsta prezesa PiS

W nieoficjalnych rozmowach politycy Jarosława Gowina nie owijają w bawełnę i udowadniają, że mają całkiem niezłą pamięć. Nie da się ukryć, że dochodziło do zakulisowych gróźb, kuszenia posłów czy wypowiedzi, które mogą uchodzić co najmniej za nieeleganckie.

- Liczę, że ustalenia dotyczące podziału subwencji zostaną zrealizowane. W poprzedniej umowie nie ma natomiast mowy o listach w roku 2023. Przecież Porozumienie musi też podjąć decyzję, czy chce iść do kolejnych wyborów razem z PiS - zdradza nasze źródło z Porozumienia. Na pewno nie tylko gowinowcy nie wierzą w pamiętliwość prezesa.

- Bojowe nastawienie PiS do Gowina jest tylko przejściowe. W 2017 r. po prezydenckich wetach padło wiele ciężkich słów pod adresem Andrzeja Dudy. Marek Suski krzyczał w radio, że prezydent nie jest jego prezydentem. Dzisiaj pierwszy mówi dokładnie odwrotnie. Taka jest polityka - podnosi jeden z polityków z najbliższego otoczenia prezydenta.

Z pewnością Jarosław Gowin będzie musiał rozmówić się ze swoimi ludźmi. Sprawdzić, kto zostaje z nim, a komu bliżej do PiS. - Czeka nas poważna rozmowa, zarówno wewnątrz Porozumienia jak i Zjednoczonej Prawicy. Dużo się wydarzyło, wiele słów padło. W polityce istotne są relacje międzyludzkie, ale najważniejsze jest odpowiedzialne zachowanie - kwituje Bielan.

Jedno jest pewne: Zjednoczonej Prawicy zależy teraz na stabilnej większości. I nawet jeśli Jarosław Kaczyński planuje zemstę na Jarosławie Gowinie, będzie musiał na nią jeszcze poczekać.

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy