Śpiewak: Liczę na drugą turę

Jan Śpiewak /STANISLAW KOWALCZUK /East News

"Nie poprę ani Jakiego, ani Trzaskowskiego. Moi wyborcy mają własny rozum. Sami podejmą decyzje. Chciałbym jednak, żeby nasze postulaty były realizowane".

Reklama


Z Janem Śpiewakiem, kandydatem komitetu Wygra Warszawa na prezydenta stolicy, radnym dzielnicowym i liderem stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa, rozmawiają Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska.


Aleksandra Gieracka, Jolanta Kamińska: Warszawscy politycy PiS i PO zgodnie nie zostawiają na panu suchej nitki... 

Jan Śpiewak: - Zbiera mi się na mdłości, kiedy patrzę na działania obu partii i poziom nienawiści, który generują, szczując ludzi przeciwko sobie. PO jest partią władzy w Warszawie, a PiS partią władzy w kraju. Ci pierwsi chcieliby, żeby "było tak, jak było", a ci drudzy rzucili się na państwo jak stado hien, wygłodniałych po ośmioletnim poście. Jedni i drudzy nie mają pomysłu na Warszawę, nie mają pomysłu na Polskę. 

Reklama

Nie pozostaje pan dłużny. Krytykuje ich pan równie zaciekle. 

- Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że jestem cynglem PiS-u, a od kiedy wyciągamy też brudy PiS-u, Patryk Jaki twierdzi, że z nią współpracuję. Jesteśmy niezależni i reprezentujemy interesy mieszkańców, a nie żadnych układów partyjnych czy finansowych, dewelopersko-reprywatyzacyjnych. 

Atakują pana nie tylko za to, co pan robi, ale też za to kim pan jest... 

- Wydawałoby się, że mamy 2018 rok... Zastanawiam się, czy to nie jest akcja przez kogoś inspirowana. 

Kogo pan podejrzewa? 

- Jeśli ktoś poświęca tyle energii i czasu, żeby wyzywać mnie od Żydów, to może nie robi tego za darmo. Chociaż wiem, że nienawiść ludzka i różne frustracje mogą powodować takie zachowania. Władze PiS ośmieliły wszelkiego rodzaju idiotów do wyrażania swoich opinii. 

Żydowskie korzenie wytykają panu nie tylko anonimowi hejterzy w sieci. Wypominał je też Dariusz Matecki, człowiek z otoczenia Patryka Jakiego. 

- Pan Matecki, który w młodości prześladował Macademian Girl, a później został prawicowym blogerem, teraz swoje kompleksy odbija na mniejszościach, osobach, które nie zgadzają się z jego ideą, że wszyscy muszą być białymi Polakami katolikami. Ale to nie jedyna skrajnie prawicowa osoba z otoczenia Jakiego. 

Sztab Jakiego prowadzi wobec pana nieczystą grę? 

- My mamy realnie szansę odebrać głosy Patrykowi Jakiemu. To jest komunikat wymierzony w wyborców, którzy są konserwatywni i dla których to, że nie jestem katolikiem i nie klękam przed biskupami, jak robi to PiS i PO, może być problemem. Jednak głęboko wierzę, że mieszkańcy Warszawy, również konserwatywni, są mądrzejsi i wolą mieć za prezydenta uczciwego Polaka żydowskiego pochodzenia niż oszusta prawicowca. 

Nie ukrywa pan, że chciałby przekonać do siebie część wyborców PiS, ale jednocześnie startuje pan w wyborach na prezydenta ze wsparciem lewicowych Partii Razem i Zielonych. To da się pogodzić? 

- Po rozmowach z warszawiakami widzę, że dla nich najważniejsze są kwestie uczciwości i transparentności. I choćby to, że my nagłośniliśmy aferę reprywatyzacyjną jako pierwsi. Ludzie to pamiętają. 

W ostatnich miesiącach to Patryk Jaki jako szef komisji weryfikacyjnej wykreował się na pogromcę mafii reprywatyzacyjnej. 

- Dla wielu ludzi z reprywatyzowanych kamienic Jaki jest bohaterem. Komisja weryfikacyjna zrobiła wiele dobrego. Ale warszawiacy pamiętają też, że kiedy działy się te wszystkie rzeczy, to PiS w najlepszym razie odwracał wzrok, a niekiedy stawał po stronie czyścicieli kamienic. Radni PiS-u na Bielanach stworzyli sobie układzik reprywatyzacyjny zarządzający nieruchomościami. PiS też jest umoczony w tę aferę.

Politycy PiS pozywają pana za te oskarżenia. 

- Ostatni pozew dostałem od mecenasa Jerzego Szaniawskiego, w którego kancelarii aplikację robił Ernest Bejda, szef CBA ściśle związany z PiS. Pozywają mnie nie tylko ludzie związani z PiS-em, ale i z PO, deweloperzy. To najlepiej pokazuje, że układ jest ekumeniczny. PiS i PO łączy bardzo wiele interesów ekonomicznych. Po wyłączeniu kamer oni żyją w symbiozie i poklepują się po plecach. Oni naprawdę muszą odejść od władzy.

Sukcesy w walce z dziką reprywatyzacją zapisują się jednak na konto Jakiego. Kandydat PiS odebrał panu paliwo. 

- Mają większą siłę, komisję, rząd, media rządowe. To jest walka Dawida z Goliatem. 

Boli to pana? 

- Takie są prawidła polityki. Czasem zastanawiam się, czy gdybym był na miejscu Jakiego, robiłbym tak samo. Ale na szczęście nie jestem. 

Patryk Jaki zaprasza na kawę i rozdaje jabłka, Jacek Wojciechowicz zabiera na przejażdżkę oldschoolowym autobusem, z Rafałem Trzaskowskim można było posiedzieć na ławeczce. A u pana bez fajerwerków. Zabrakło pomysłów na kampanijne chwyty? 

- Ja jestem codziennie na ulicy, codziennie rozdaję ulotki i rozmawiam z mieszkańcami. Prowadzimy kampanię bezpośrednią. 

Nie chcecie takich eventów, czy nie macie na nie pieniędzy? 

- To są wyreżyserowane obrazki. 

W kampanii nieuniknione.

- My też się staramy, jak możemy. Zbieramy pieniądze przez mikrowpłaty. Uzbieraliśmy już w ten sposób kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale faktycznie, kasy specjalnie za dużo nie mamy. Nie ma co ukrywać. Budżet naszej kampanii to będzie co najwyżej jedna dziesiąta tego, ile wydadzą Jaki z Trzaskowskim. Takie są dysproporcje. System polityczny w Polsce jest też dlatego tak bardzo zamknięty, bo trzyma pieczę nad kasą. 

Porozmawiajmy o programie. Która obietnica zapewni panu prezydenturę? 

- Mamy bardzo dobre reakcje na projekt Warszawskiego Parku Centralnego. Zebraliśmy pod nim prawie 30 tys. podpisów. To pokazuje naszą wizję i pomysł na miasto. 

Jak Warszawa powinna wyglądać za 15-20 lat? 

- Chcemy iść w stronę miasta otwartego, miasta zieleni, miasta, które służy przede wszystkim mieszańcom. Nie cała Warszawa jest na sprzedaż, deweloperzy nie muszą zabudowywać każdego jej skrawka.

Proponujecie, żeby w Warszawie w ciągu 10 lat wybudować 50 tys. dwupokojowych miejskich mieszkań na wynajem, w których czynsz wynosiłby 1400 zł miesięcznie. 

- Ten pomysł spotyka się z entuzjazmem, bo ceny za metr kwadratowy w Warszawie są kosmiczne, a wynajęcie kawalerki blisko centrum miasta kosztuje 2200 zł. Chcemy, żeby umowy o wynajem były podpisywane na 10 lat. To dawałoby poczucie bezpieczeństwa. 

Ile ta obietnica będzie kosztować? 

- Sam koszt budowy mieszkań wynosi między 7 a 8 mld złotych. Miasto ma grunty i utrzymuje już rozbudowaną administrację. Przy dużym efekcie skali i przy wydelegowaniu urzędników, którzy dziś zajmują się innymi sprawami, budżet całości może zamknąć się w kwocie 10 mld złotych. Programem budowy mieszkań chcemy objąć większość dzielnic. Będą to zarówno budynki uzupełniające zwartą zabudowę miejską, jak i większe osiedla. Pierwsze z nich mogłoby stanąć w okolicach ul. Lubelskiej na Pradze-Południe. 

Jak takie osiedla miałyby wyglądać? 

- Inspirowaliśmy się Wiedniem. Chcemy, żeby to były 5-6 piętrowe budynki, z parterami przewidzianymi na usługi publiczne: przedszkola, przychodnie. Do tego duże zielone podwórka, przestrzenie wspólne dla mieszkańców. Bylibyśmy też gotowi współpracować z rządem, jeśli chodzi o program "Mieszkanie plus". 

Panu marzy się w Warszawie Wiedeń, a Patrykowi Jakiemu nowa dzielnica nad Wisłą z futurystycznymi budynkami i mariną. Czy to nie wizja godna "wielkiej Warszawy", jak przekonuje jej autor? 

- Z tym jest jak z kultem cargo. Polinezyjczycy zaczęli budować sobie drewniane samoloty, bo im się wydawało, że jak je zbudują, to przyleci nowoczesność. Jaki chce działać w podobny sposób. Myśli, że jak zbuduje wieżowce i zwolni korporacje z podatków, to nagle tutaj będą innowacje. To wizja kolonialna i prowincjonalna. 

Sugeruje pan, że Jaki nie zna Warszawy? Jest niewiarygodny? 

- Gdy ostatnio wychodził z metra, to próbował skasować bilet. Widać, że nie korzysta z niego za często. Moim zdaniem, to jest istotne. Jaki i Trzaskowski są spadochroniarzami. Rok temu obaj odkryli, że Warszawa istnieje. Jaki płaci tu podatki właśnie od roku, a Trzaskowski jest posłem z Krakowa. To jest przedmiotowe traktowanie warszawiaków. Mam nadzieję, że oni się na to nie złapią, ale cóż - logika wojny polsko-polskiej daje kandydatom PiS-u i PO potężne fory. 

Jaki dwie, Trzaskowski trzy, a pan ile nowych linii metra zamierza wybudować? 

- My obiecujemy linię metra pod tytułem kolej obwodowa. Chcemy żeby kolejka jeździła co 10 minut dookoła Warszawy po istniejących torach kolejowych. Tak jest na przykład w Berlinie. Oprócz tego stawiamy na budowę szybkich linii tramwajowych. Pierwsza sprawa to linia z Wilanowa na Mordor, którą da się wybudować w jedną kadencję. Druga sprawa to linia z Żerania do Mostu Północnego. To jest realny, najbardziej efektywny i do tego najtańszy sposób na poprawę komunikacji w mieście. 

"Warszawa będzie przyjazna osobom LGBT" - deklaruje pan i podpisuje Warszawską Kartę LGBT+. 

- Chcemy zapewnić bezpieczeństwo wszystkim mieszkańcom Warszawy i poczucie tego, że to jest również ich miasto. 

Obiecał pan, że w stolicy powstanie hostel interwencyjny dla osób LGBT. Na czym miałoby to polegać? 

- Jest dużo dzieciaków, które przez to, że są gejami czy lesbijkami stają się ofiarami przemocy domowej, albo są z domów po prostu wyrzucane. Chodzi o to, żeby mieli gdzie pójść. Takie schronisko funkcjonowało już w Warszawie i było pełne. Zostało zlikwidowane, bo miasto nie przedłużyło im grantu. 

Prawica rzuciła się panu do gardła za ten pomysł. 

- Propaganda TVP zamieniła ten hostel w hotel dla gejów, a de facto na burdel dla gejów. To jest nieprawdopodobne. Strasznie mnie to boli. Niebywała jest podłość ludzka. Oni zrobią wszystko, żeby utrzymać władzę i pieniądze. Będą insynuować, manipulować i kłamać w żywe oczy. My z tym walczymy. Chcemy szacunku dla każdego, kto mieszka w tym mieście. 

Co się stało, że zmienił pan zdanie w sprawie tęczowych flag na ratuszu w dniu Parady Równości i w Międzynarodowym Dniu przeciw Homofobii? Teraz deklaruje pan, że zawisną, a cztery lata temu był pan zdania, że nie powinno ich tam być, a władze miasta powinny zachować w tej sprawie neutralność. 

- Na pierwszej Paradzie Równości, zresztą zakazanej przez Lecha Kaczyńskiego, byłem, gdy miałem 18 lat. Kilka lat temu uważałem, że wywieszenie tęczowej flagi na ratuszu może za bardzo antagonizować. Już jako radny Śródmieścia obserwowałem też z bliska sytuację po spaleniu i odbudowaniu tęczy na placu Zbawiciela. Pani prezydent odbudowała ją i obstawiła strażą miejską. Nie było to zachowanie neutralne. Wywołało ataki prawicy i mogło skończyć się tragicznie. Dziś jesteśmy w innej sytuacji. Potrzebne są wyraźne deklaracje. Jestem dumny, że zrobiliśmy to jako pierwsi. 

Jeszcze kilka miesięcy temu sondaże dawały panu trzecie miejsce w prezydenckim wyścigu za Rafałem Trzaskowskim i Patrykiem Jakim. W ostatnich badaniach wyprzedzili pana też Andrzej Rozenek, kandydat SLD, i Jacek Wojciechowicz. Zbiera pan niewiele ponad 3 proc. głosów. 

- W wewnętrznych sondażach innych partii nasze wyniki są lepsze. Kampania wyborcza trwa. Zostało jeszcze pięć tygodni. 

Te wyniki nie są zbyt dobrym prognostykiem.  

- Kampania samorządowa na szczęście jest oparta na kontakcie bezpośrednim. Komitet Wygra Warszawa wystawia 350 kandydatów. Każdy z nich będzie prowadzić kampanię. Jestem przekonany, że komunikując się bezpośrednio z konkretnymi grupami wyborców jesteśmy w stanie do nich dotrzeć i zrobić dobry wynik. 

Jaki jest plan minimum? 

- Za sukces uznamy wejście do rady miasta. Żeby to się udało, nasza lista w całym mieście musi zdobyć około 10 procent poparcia. Wiemy, że taki wynik jest na wyciągnięcie ręki. 

Wynik mógłby być lepszy, gdyby udało się zawrzeć szerokie porozumienie środowisk lewicowych i miejskich. Tymczasem Barbara Nowacka odeszła do Koalicji Obywatelskiej, ruchy miejskie wystawiły Justynę Glusman. Dlaczego nie udało wam się porozumieć? 

- Z ruchami miejskimi mieliśmy jeszcze całkiem niedawno spotkanie. Bardzo chcieliśmy, żeby część z nich przyłączyła się do nas. Niestety, nie udało się. Mam nadzieję, że po wyborach będziemy współpracować. Nie rozumiem ich decyzji o samodzielnym starcie. Nie wezmą żadnego mandatu, a my mamy na to realne szanse. 

Barbara Nowacka bardzo pana zawiodła? 

- Bardzo mnie zawiodła, a jeszcze bardziej rozczarowała. 

Liczył pan na jej wsparcie? 

- Rok temu mówiła, że jestem świetnym kandydatem. 

Co się zmieniło przez ten czas? 

- Podejrzewam, że nie dogadała się z Robertem Biedroniem i uznała, że dla niej gwarancja wejścia do parlamentu jest ważniejsza niż wszystko inne. 

W jednym z wywiadów oświadczyła, że pana "poglądy budzą jej wątpliwości". 

- Nowacka dała mi słowo, że nie będzie popierać Trzaskowskiego, chociażby z tego powodu, że jej prawa ręka w Warszawie i najlepiej oceniana radna Paulina Piechna-Więckiewicz jest naszą kandydatką na wiceprezydentkę. Nowacka, występując po stronie Trzaskowskiego, zdradziła ją. Tak samo zachowała się niegdyś Joanna Kluzik-Rostkowska w partii Polska Jest Najważniejsza, to samo zrobił Grzegorz Napieralski z Partią Biało-Czerwoni. Polityka jest pełna zdrajców. Nowacka musi też zapamiętać, że ci, co zdradzają, będą zdradzani. 

Nowacka twierdzi, że to wy jesteście małostkowi, bo nie chcecie przystąpić do szerokiego bloku, który mógłby odsunąć PiS od władzy. 

- I to mówi Nowacka, która jeszcze pół roku temu mówiła, że nie ma miejsca dla PO na demonstracjach kobiet? Ci ludzie mieli wielokrotnie szanse załatwić sprawy ważne dla kobiet albo mniejszości seksualnych. I nic nie zrobili! Czy Nowacka nagle uwierzyła, że teraz to zrobią? Chodzi tylko i wyłącznie o stołek. Ja nie mam zamiaru zamieniać PiS na PiS w wersji "light", a taka jest Platforma. Łamie zasady, ale w rękawiczkach, robi skoki na spółki, ale w rękawiczkach, zrobiła skok na Trybunał Konstytucyjny, ale w rękawiczkach. W samorządzie naprawdę widać, że te partie niczym się nie różnią. 

Na ile procent poparcia liczy pan w wyborach prezydenckich? 

- Liczę na to, że zrobię dobry wynik i będę rządził Warszawą. 

A realnie? 

- Liczę na drugą turę. 

Optymista z pana. A jeśli do drugiej tury wejdą Jaki i Trzaskowski, kogo pan poprze? 

- Moi wyborcy mają własny rozum. Sami podejmą decyzje. My chcemy, żeby obaj kandydaci zdeklarowali, że będą realizować program, z którym my idziemy. 

A jednak zostawia pan uchylone drzwi. 

- I tak nikogo nie poprę, choć chciałbym, żeby nasze postulaty były realizowane.

Jeśli przegra pan w Warszawie, to co dalej? Myśli pan o wyborach parlamentarnych? 

- Celem jest Warszawa i będzie nim zawsze. Cokolwiek się wydarzy po wyborach samorządowych, to zawsze będę robił wszystko z myślą o Warszawie. Kocham to miasto, wręcz nim oddycham. 

Widzi pan siebie w jednym teamie z Robertem Biedroniem? 

- Sympatyzuję z Robertem Biedroniem. Na pewno chętnie będę z nim rozmawiał. Już teraz współpracujemy w Warszawie z ludźmi, którzy z nim współpracują. To jest to samo środowisko. 

Przed wyborami parlamentarnymi na polskiej scenie politycznej powinna powstać "trzecia siła"? 

- Nie widzę innej drogi. Potrzebny jest ktoś, kto to wszystko pozbiera razem i kto nie pójdzie drogą Palikota, który postanowił oprzeć wszystko na jednej osobie i to się rozpadło. Na polskiej scenie politycznej musi powstać blok centrowo-lewicowy. Robert Biedroń ma ogromną szansę, by to zrobić.

Rozmawiały: Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska

***

Wybory samorządowe 2018. Śledź najnowsze informacje w Raporcie Specjalnym Interii

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje