Reklama

Reklama

Awaria "Czajki". Czy można mówić o katastrofie ekologicznej?

Zrzut ścieków do Wisły tuż po awarii kolektora /Łukasz Szczepański /Reporter

- Tragedia i rzeczywista katastrofa ekologiczna zdarzyłaby się wówczas, gdyby ścieki wpłynęły do jeziora. (...) Gdyby takie jezioro było w Warszawie, to okoliczni mieszkańcy musieliby się wyprowadzić ze względu na smród, który by się z niego wówczas wydobywał - mówi w rozmowie z Interią dr Andrzej Mikulski z UW.

Reklama

Awaria rozpoczęła się pod koniec sierpnia. Dwa kolektory odprowadzające ścieki z lewobrzeżnej Warszawy do leżącej na prawym brzegu oczyszczalni "Czajka" odmówiły posłuszeństwa. Nieczystości zaczęto więc awaryjnie zrzucać do Wisły. Wielka plama ścieku odznaczała się na wodzie.

Po posiedzeniu sztabu kryzysowego, zdecydowano o budowie tymczasowego rurociągu na moście pontonowym. Obecnie dzięki temu rozwiązaniu, ścieki z lewobrzeżnej Warszawy znów pompowane są do oczyszczalni "Czajka". Jak informował podczas uruchomienia zastępczego "bypassa" prezes Wód Polskich - to tymczasowa metoda. Do listopada władze Warszawy muszą zadbać o naprawienia awarii lub zaproponować alternatywę. Most pontonowy nie przetrwa zimy. 

Reklama

Zanim uruchomiono alternatywny rurociąg, miliony metrów sześciennych ścieków zrzucono do rzeki. W pierwszych dniach wystąpienia awarii, politycy obozu rządzącego mówili o "ekologicznej katastrofie". Wspomniany prezes Wód Polskich stwierdził, że jest to "największa katastrofa ekologiczna oczyszczalni ścieków na świecie". Jednak jeszcze przed 2012 rokiem, zanim "Czajka" zaczęła przyjmować nieczystości z całej stolicy, połowa tych z lewobrzeżnej Warszawy każdego dnia szerokim strumieniem wpływała do Wisły. 

Sytuacja awaryjnego zrzutu ścieków niepokoi i dopóki nie zostanie ostatecznie rozwiązana, wciąż będzie zajmować uwagę. Jednak czy mówienie o "wielkiej ekologicznej katastrofie" jest uzasadnione? To pytanie kierujemy do niezależnego eksperta.

Jolanta Kamińska, Interia: Czy w związku z awarią "Czajki" i zrzutem ścieków do Wisły możemy mówić o katastrofie ekologicznej?

Dr Andrzej Mikulski z Zakładu Hydrobiologii Uniwersytetu Warszawskiego: - Moim zdaniem nie. Tak naprawdę dopiero od kilku lat mamy oczyszczalnię ścieków, która obsługuje całą Warszawę. Jeszcze kilka lat temu ścieki z lewobrzeżnej Warszawy wpływały do Wisły. Pewnie wielu pamięta, jak na Bielanach wyglądał kolektor ściekowy (rurociąg do zbierania ścieków z sieci kanalizacyjnej - przyp. red.). Wisła przez wiele lat radziła sobie z bardzo dużą ilością nieczystości, które do niej wpływały. A od kiedy mamy oczyszczalnię, problem przestał istnieć. To nie naukowa opinia, ale wydaje mi się, że sprawa awarii ze względu na okres wyborczy, została wykorzystana w kampanijnej walce.

Pan, będąc specjalistą, jednoznacznie odcina się od stwierdzania "ekologicznej katastrofy", za to politykom przychodzi to z dużą łatwością. Takie wyroki ferowali już w pierwszych dniach, kiedy ścieki szerokim strumieniem wpływały do Wisły.

- Tak naprawdę na samym początku sytuacja nie wyglądała dobrze. Obserwowałem zdjęcia satelitarne. Ścieki się nie rozcieńczały, tylko płynęły strugą wzdłuż brzegu, co powodowało, że ich stężenie było wysokie, dlatego skażały Wisłę i na pewno bardzo silnie oddziaływały na żyjące w niej organizmy. Sytuacja była nietypowa ze względu na niski stan rzeki.

Lato było dość suche.

- Tak. Niski stan rzeki powoduje, że przepływ jest mniej turbulentny, a woda nie miesza się zbyt dobrze. Gdyby poziom wody w Wiśle był wyższy, nie mielibyśmy do czynienia z takim przepływem stężonych ścieków wzdłuż brzegu. Nieczystości zaczęłyby się szybciej mieszać i już od momentu wpłynięcia do rzeki powinny ulegać rozcieńczaniu. To z kolei przyspiesza samooczyszczanie i powoduje, że nawet bardzo blisko kolektora ścieki nie są niebezpieczne dla organizmów, ponieważ stężenie szkodliwych substancji jest dużo niższe.

Kiedy więc, w pana opinii, moglibyśmy mówić o katastrofie ekologicznej?

- Tragedia i rzeczywista katastrofa ekologiczna zdarzyłaby się wówczas, gdyby te ścieki wpłynęły do jeziora. W jeziorze bowiem wszystko osadza się na dnie i rozkładając się powoduje powstanie warunków beztlenowych. Wtedy doszłoby do intensywnego rozwoju bakterii heterotroficznych i olbrzymiego zakwitu glonów w wodzie. Gdyby takie jezioro było w Warszawie, to okoliczni mieszkańcy musieliby się wyprowadzić ze względu na smród, który by się z niego wówczas wydobywał.

Prezes Państwowego Gospodarstwa Wodnego "Wody Polskie" Przemysław Daca informował na konferencji prasowej, że od czasu awarii do Wisły trafiły ścieki "w ilości ponad dwóch milionów metrów sześciennych". Jakie konsekwencje spowoduje to dla środowiska?

- Rzeczywistym problemem jest śmierć organizmów, która mogła wystąpić lokalnie. Zapewne tuż przy kolektorze mogły pojawić się zdechłe ryby. Druga rzecz, która może nas czekać, to fakt, że zwiększy się ilość materii organicznej (jest nią znaczna część tego, co człowiek wydala - przyp. red.) i ewentualnie pierwiastków biogennych (azot i fosfor - przyp. red.). Nie sadzę jednak, by jakieś istotne ilości tych substancji zostały na dnie Wisły w okolicach Warszawy. Rzeka przenosi problem w dół. Do odłożenia się tych substancji może dojść tam, gdzie na skutek wyhamowania prądu intensywnie odkłada się materiał rzeczny, czyli w cofce Jeziora Włocławskiego (oddalonego od stolicy o 140 km - przyp. red.).

Co może się tam wydarzyć?

- To trochę wróżenie z fusów, bo konieczne jest wykonacie badań i sprawdzenie czy rzeczywiście ten osad, który dociera do zbiornika Włocławskiego zawiera w sobie więcej łatwo rozkładalnej materii organicznej albo substancji biogennych. To one mogą wówczas zwiększyć prawdopodobieństwo wystąpienia zakwitów w Jeziorze Włocławskim.  Nie spodziewam się jednak żadnych innych długofalowych efektów, mówiąc wprost.

Kiedy wszystko wróci do normy i stan Wisły znów będzie taki jak przed awarią? 

- To zależy do tego, na ile ten awaryjny zrzut ścieków oddziaływał na organizmy i upośledził funkcjonowanie rzeki. Jak sądzę, bo to nie jest poparte dowodami, ten wpływ nie był duży i bardzo lokalny. Rzeka wypłukuje wszystko. Myślę, że po pierwszym wezbraniu i wypłukaniu tych odcinków, które były silniej poddane presji ścieków, nie będzie po nich śladu. Przed laty, kiedy wszystkie nieczystości z lewobrzeżnej Warszawy wpływały do Wisły, przeprowadzono badania, które pokazały, że w gruncie rzeczy już w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego (czyli około 36 km od stolicy) nie było po nich prawie śladu. Nieczystości rozcieńczały się na przestrzeni około kilkuset metrów do 1 km, a potem rzeka się samooczyszczała. Szczęście w nieszczęściu, że Wisła jest sprawna i całkiem dobrze funkcjonuje. 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje