Prof. Gut: Skuteczność szczepień nie wynosi 100 proc.

Wirusolog prof. Włodzimierz Gut /Włodzimierz Wasyluk /East News

- Szczepionki podaje się ludziom zdrowym, ale są i takie osoby, których nie możemy zaszczepić, bo mają osłabiony układ odpornościowy czasowo. Unikając szczepień narażamy ich na niebezpieczeństwo, bo dla nich zetknięcie się z dzikim wirusem będzie skutkowało ciężkim kalectwem, albo śmiercią. Czy ktokolwiek może wziąć odpowiedzialność za ich los? - mówi w rozmowie z Interią wirusolog, prof. Włodzimierz Gut.

Reklama

Jolanta Kamińska, Interia: Wśród zanotowanych w 2017 roku przypadków odry, aż 87 proc. dotyczyło osób niezaszczepionych - ustaliło Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób. Pozostałe 13 proc. to osoby, które zostały zaszczepione, a jednak zachorowały. Dlaczego?

Prof. Włodzimierz Gut: - W tej grupie mogły być osoby, u których szczepienie nie było skuteczne.

Reklama

Kiedy szczepienia na odrę nie są skuteczne?

- Przyczyny mogą być różne. Może dany osobnik został zaszczepiony w niewłaściwym momencie, zawiódł czynnik ludzki lub po prostu dany organizm nie był w stanie się uodpornić, bo zdarzają się i tacy. Mogą to być też osoby, które utraciły odporność ze względu na dość specyficzną sytuację immunologiczną, albo przebyły choroby, które bardzo obniżają odporność, jak np. AIDS. Skuteczność szczepień nie wynosi 100 proc., ale od 95 do 98-99 proc. Przyjmijmy, że w jednym roczniku szczepimy w Polsce 400 tys. osób, to ten jeden czy dwa procent nieskutecznych szczepień daje jednak parę tysięcy osób. I one się nie uodparniają.

- Tylko jak to pisał Fredro: "znaj proporcje, mocium panie". 13 proc. populacji chorującej to nie jest duży odsetek.

Powiedział pan, że mógł zawieść czynnik ludzki podczas szczepienia, co to znaczy?

- Błąd człowieka, np. ktoś odstawił szczepionkę w niewłaściwe miejsce i ona straciła aktywność, jeszcze przed podaniem jej dziecku. To się zdarzało, i dlatego nie możemy mówić o stuprocentowej skuteczności.

Szczepienie przeciw odrze jest w Polsce obowiązkowe, po raz pierwszy podaje się je w 13-15. miesiącu życia. Dlaczego akurat wtedy?

- Czas wybrany na pierwsze szczepienie wynika z dwóch elementów. 13. miesiąc daje wystarczającą częstotliwość uodpornienia organizmu. Wcześniej byłaby ona zbyt niska i odsetek osób nieuodpornionych po szczepieniu byłby większy. Po drugie, staramy się szczepić tak, by dzieci nie chorowały w ciągu pierwszych dwóch lat, bo może się to wiązać z poważnymi komplikacjami. Niezbyt częstymi, ale jednak bardzo poważnymi.

Zgodnie z kalendarzem szczepień, drugie szczepienie powinno być wykonane w wieku 10 lat. Po co szczepić po raz drugi?

- Druga dawka ma na celu eliminację ewentualnych błędów, które powodują, że szczepienie jest nieskuteczne. Ta nieskuteczność wynika z kilku powodów np. zawiódł czynnik ludzki, o czym mówiliśmy. Możliwe też, że za pierwszy razem organizm nie był odpowiednio przygotowany, czyli ta częstotliwość uodpornienia była wówczas stosunkowo niska. Szczepionka chroni przed chorobą, ale żadna szczepionka nie chroni przed zakażeniem. W związku z tym, jeśli w populacji występuje dana choroba, to i tak osobnik się z nią zetknie. Przyjmujemy, że bezpiecznie jest mu podać drugą dawkę szczepionki, bo wówczas wzrasta prawdopodobieństwo, że zostanie uodporniony.

Aktualnie słyszymy o kolejnych zachorowaniach na odrę. Z ostatnich informacji wynika, że w jednym z powiatów na Mazowszu zgłoszono 21 przypadków zachorowań i podejrzeń zachorowań. Minister zdrowia podkreśla jednak, że sytuacja jest opanowana i nie możemy mówić o epidemii. Jaka musiała by być skala zarażeń, by powiedzieć: to już epidemia?

- Z definicji WHO epidemią jest po prostu łańcuch zakażeń, trwający w określonym czasie, połączony ze sobą przyczyną czyli zakażeniem wirusowym. Ludzie sobie wyobrażają epidemie tak, jak wyglądały one w latach 60.-70., kiedy notowano np. tysiące zachorowań i zgony. 20 tys. zakażonych to epidemia, ale i 20 zakażonych to też epidemia, pod warunkiem, że te zakażenia są ze sobą powiązane. Podkreślam, epidemia to łańcuch zakażeń.

Dzięki szczepieniom nie mamy już do czynienia z takimi epidemiami jak pół wieku temu. Jednak ruchy antyszczepionkowe przekonują, że szczepionka przeciw odrze nie jest w pełni bezpieczna i może być przyczyną ciężkich powikłań ze strony układu nerwowego. Co pan na to?

- Powikłania ze strony układu nerwowego są akurat jednymi z częstszych powikłań związanych z chorobami, zwłaszcza w młodym wieku. Po to, żeby uniknąć tego typu sytuacji organizm wytwarza bariery, my to nazywamy "bariera krew-mózg". Tak naprawdę jest to pewien system przepuszczający jedne substancje, a nie przepuszczający drugich. W związku z tym, że on się kształtuje dość powoli, prawie każde zakażenie wirusem, który może być zdolny dotrzeć do centralnego układu nerwowego, stwarza ryzyko powikłań. Akurat we wczesnym okresie życia do organizmu dociera sporo tych wirusów. W przypadku szczepionki na odrę, testuje się ją na niezdolność docierania do układu nerwowego, by nie dochodziło do tego typu sytuacji.

Przeciwnicy szczepień ostrzegają też, że niektóre ze szczepionek mogą powodować autyzm.

- Autyzm możemy zdiagnozować u dzieci w wieku 15 miesięcy, ale rozwija się w życiu płodowym. Więc powiem tak, albo te dzieci mają wybitne zdolności prorocze i przewidują, że będą szczepione i rozwijają autyzm, albo nie ma to za sobą nic wspólnego.

Mamy więc do czynienia z koincydencją czasową interpretowaną na niekorzyść szczepień? Szczepimy w wieku 13 miesięcy, a w 15 możemy diagnozować autyzm.

- Tak jest. Gość, który występował o odszkodowanie do firm farmaceutycznych potrzebował takiego argumentu. Ale powtarzanie po nim wskazuje, że albo mamy ten sam motyw, albo się nie znamy.

Być może rodziców przed szczepieniem dzieci powstrzymuje jeszcze jeden argument - rtęć w szczepionce.  "STOP NOP" informuje, że w naszym kraju w masowym użyciu są szczepionki z tiomersalem zawierającym właśnie rtęć.

- Zacznijmy od tego, że rtęć powszechnie występuje w środowisku, np. w rybach morskich, i to w różnych formach. Jedne są toksyczne, inne nie. Kiedyś rzeczywiście w szczepionkach dość powszechnie stosowano tiomersal -  środek antygrzybiczny, który zawiera śladowe ilości rtęci. Jednak na wszelki wypadek zdecydowano się go wyeliminować. Obecnie w szczepionkach praktycznie nie ma tiomersalu, poza jedną, akurat polską. 

Dlaczego tiomersalu nie wyeliminowano także z tej polskiej szczepionki?

- Z powodów technologicznych. Chodzi o szczepionkę przeciwko krztuścowi, tzw. pełnokomórkową. Istnieje też jej nowszy odpowiednik - szczepionka acelularna, która nie zawiera tiomersalu. Obecnie częściej stosowana jest właśnie forma acelularna.  Jednak chcę podkreślić, że śladowa ilość rtęci uzyskanej w szczepionce pełnokomórkowej ma się nijak do rtęci uzyskanej ze środowiska.

Jednak pojawiają się informacje, że taka szczepionka zwiększa ryzyko pojawienia się NOP-ów - czyli niepożądanych odczynów poszczepiennych. Często ostrzegają przed nimi także informacje zawarte w ulotkach.

- Musimy zdać sobie sprawę, jaką funkcję pełni podawanie objawów niepożądanych i szkodliwych w ulotkach. Im więcej producent wpisze ich na tę listę, tym mniejsze ryzyko płacenia odszkodowań. Jeśli gdziekolwiek pojawiło się jakiekolwiek podejrzenie wystąpienia skutków ubocznych, natychmiast lokuje się je w ulotkach. Niektóre są totalnie bzdurne. Na tej samej zasadzie na jednej z past do butów w USA jest napisane: "nie nadaje się do jedzenia".

- Nawet się nie dziwię koncernom. Jeśli ktoś powie, że został wprowadzony w błąd, bo po szczepieniu wystąpiło coś, czego nie było w ulotce i uda się udowodnić, że przyczyną jest szczepionka, to firma traci podwójnie: twarz i pieniądze. Poza tym ruch antyszczepionkowy wskazuje, że przecież, Polski Zakład Higieny rejestruje wiele objawów występujących po sczepieniu. Tylko zapomina powiedzieć o tym, że potem dokonuje się weryfikacji, które z nich rzeczywiście łączą się ze szczepieniami, a które nie. Jak ktoś ma ochotę, a czytać umie, to może wziąć do ręki roczniki związane ze szczepieniami. Na końcu przy każdej szczepionce podaje się, jakie zdarzyły się NOP-y.

I jak często NOP-y występują?

- Jeśli używamy danej szczepionki w konkretnej populacji. Przyjmijmy znów, że jest to 400 tys. i sczepimy trzykrotnie, to używamy 1 mln 200 dawek, i wówczas w danych zobaczy pani 20 czy 30 konkretnych NOP-ów. Czy to dużo, czy to mało? Te przypadki, to jest właśnie ten błąd wynikający z niejednorodności populacji i tego, że niektóre zjawiska są wynikiem pewnych procesów immunologicznych.

W Sejmie znajduje się obywatelski projekt ustawy znoszącej obowiązek szczepień. Jego autorzy podkreślają, że rodzice mają prawo decydować o zdrowiu swoich dzieci, dlatego powinni mieć wybór: szczepić lub nie. Dlaczego nie dać rodzicom tej wolności? (w dniu publikacji rozmowy Sejm zagłosował za odrzuceniu tego projektu - przy. red.)

- Wybór kończy się tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność za innych. W momencie, kiedy zaczynam decydować o innych, to już nie jest wolność i mój wybór. Szczepionki podaje się ludziom zdrowym, ale są i takie osoby, których nie możemy zaszczepić, bo mają osłabiony układ odpornościowy czasowo. Jest to wynik działania innego patogenu lub podawanych leków np. antyalergicznych i taki organizm może po podaniu szczepionki w najlepszym razie nie uodpornić się, a w najgorszym zachorować. Unikając szczepień narażamy takich ludzi na niebezpieczeństwo, bo dla nich zetknięcie się z dzikim wirusem będzie skutkowało ciężkim kalectwem, albo śmiercią. Czy ktokolwiek może wziąć odpowiedzialność za ich los? I czy to jest wolność?

****

Jak informuje Polski Zakład Higieny, w Polsce przed wprowadzeniem szczepień przeciw odrze (lata 1965-1974) liczba rejestrowanych przypadków kształtowała się od 70 000 do 130 000 w latach pomiędzy epidemiami oraz od 135 000 do 200 000 w latach epidemicznych. Umierało 200-300 dzieci, a tysiące miało ciężkie powikłania wymagające długotrwałej hospitalizacji. Obowiązkowe szczepienia przeciw odrze wprowadzono w 1975 r. Powiększająca się liczba zaszczepionych dzieci przyczyniła się do spadku liczby rejestrowanych przypadków odry. W latach 90-tych odnotowywano od kilkuset do kilkudziesięciu przypadków między epidemiami oraz około 2 200 przypadków w czasie ich trwania. Epidemie pojawiały się coraz rzadziej. W ostatnich latach rejestrowano 100-130 zachorowań na odrę. W 2015 r. i 2016 r. odnotowano odpowiednio 110 i 133 zachorowania na odrę, głównie wśród osób ubiegających się o status uchodźcy. W 2017 r. zarejestrowano 63 zachorowania.

Obecnie liczba przypadków odry wzrasta. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowego Zakładu Higieny od 1 stycznia do 30 września br. w Polsce zanotowano 123 przypadki odry. W tym samym okresie roku ubiegłego takich przypadków zanotowano 46.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje