Projekt "Stop Aborcji". Co by było, gdyby...

Gdańsk: Marsz sprzeciwu wobec zaostrzania ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, zdj. ilustracyjne /Wojciech Stróżyk /Reporter

Dziś w Sejmie odbędzie się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu zakładającego wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Jego zapisy budzą liczne kontrowersje, a ich ewentualne wejście w życie może doprowadzić do wielu prawnie niejasnych i niebezpiecznych dla kobiet sytuacji - przestrzegają organizacje walczące o prawa kobiet.

Reklama

Obywatelski projekt dotyczący zmiany dotychczasowej ustawy regulującej m.in. kwestie aborcji (nazwa: O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży) oraz Kodeksu karnego (z dnia 6 czerwca 1997 roku) wpłynął do Sejmu już w sierpniu.

Autorom projektu "Stop Aborcji" udało się zdobyć ponad 450 tys. podpisów Polaków, co nie tylko otworzyło obywatelskiej inicjatywie drogę do procesu legislacyjnego, lecz także stało się dla inicjatorów argumentem w debacie nad koniecznością zmian aktualnego prawa.

Reklama

Projekt zaostrzający prawo aborcyjne uchyla dotychczasowe przesłanki aborcyjne, pozostawiając jedynie możliwość ratowania kobiety w przypadku bezpośredniego zagrożenia jej życia. W brzmieniu ustawy przestępstwa nie popełnia lekarz w przypadku, "kiedy śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego".

- To okrutny, poniżający kobiety projekt - komentuje w rozmowie z Interią Krystyna Kacpura, dyrektorką Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Moja rozmówczyni nie ma wątpliwości, że jego ewentualne przyjęcie nie zmniejszy liczby aborcji, a jedynie sprowadzi ją do podziemia.

- W najtrudniejszej sytuacji znajdą się kobiety biedne, nastolatki i kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej i zaszły w ciążę - przekonuje. - Dramatycznie trudna będzie też sytuacja kobiet dokonujących późnych aborcji (około 20 tygodnia ciąży) z powodu wad genetycznych płodu lub ciężkiej nieodwracalnej choroby. Taki zabieg często wymaga hospitalizacji lub kontroli i opieki medycznej. Kobieta, która dokonała takiej aborcji np. za granicą, nie zgłosi się w Polsce do lekarza o pomoc, w obawie przed więzieniem, bo lekarz będzie miał obowiązek poinformowania organów ścigania - mówi.

- Kobiety będą więc kontynuować ciążę zagrażającą ich zdrowiu a nawet życiu, będą musiały rodzić dzieci z poważnymi wadami genetycznymi, które mogą umrzeć w godzinę, dzień, kilka dni po urodzeniu, bardzo przy tym cierpiąc, kobiety i dziewczynki będą musiały rodzić dzieci z gwałtu czy stosunków kazirodczych. Każda kobieta, która zajdzie w ciąże będzie musiała urodzić. Wybór: usunąć ciążę i być może iść do więzienia, czy skazać się na utratę zdrowia lub urodzić dziecko, które najprawdopodobniej umrze tuż po porodzie - Krystyna Kacpura roztacza wizję sytuacji, do których może dochodzić, jeśli zgodnie z obywatelskim projektem zaostrzymy nasze prawo.

Poronienia pod lupą prokuratora?

Dyrektor Federy nie ukrywa, że organizacje walczące o prawa kobiet, obawiają się problemów z jakimi będą się musiały zmagać te, które trafią do szpitala z późnym poronieniem.

Autorzy nowego projektu zapewniają, że ustawa nie przewiduje kary za poronienie, przynajmniej to nieumyślne. W komentarzu do ustawy czytamy: "wobec matki, która w obecnych realiach najczęściej jest bezpośrednim sprawcą (przyjmuje farmakologiczne środki aborcyjne) sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary lub odstąpić od jej wymierzenia".

Może, nie oznacza musi.

Natomiast nie podlega karze, kobieta, która nieumyślnie doprowadziła do poronienia "poprzez niedochowanie ostrożności, jakiej wymaga się od osoby w jej stanie". - Organizacje eksperckie, które tematem zajmują się od lat, wiedzą, że przerwać ciążę farmakologicznie można w taki sposób, że lekarz nie jest w stanie zorientować się, czy nastąpiło ono po tabletkach poronnych, czy w wyniku poronienia - wskazuje.

Kto będzie potrafił stwierdzić i na jakiej podstawie, czy kobieta, która zgłasza się z poronieniem straciła dziecko przypadkiem, czy celowo? Tego nie wiadomo, a o pomyłkę łatwo. Konsekwencje mogą być dramatyczne.

- Proszę sobie wyobrazić sytuację kobiety, która bardzo chciała mieć dziecko, ale niestety z przyczyn naturalnych poroniła, a potem będzie  przesłuchiwana jak przestępczyni. To dla niej dodatkowa trauma i niewyobrażalne katowanie kobiet - oburza się moja rozmówczyni.

Środki na reumatyzm sposobem na niechcianą ciążę

Tabletki poronne, zgodnie z obowiązującym prawem, dostępne są na receptę, ze względu na komplikacje zdrowotne, jakie mogą wystąpić po ich zażyciu i prawnie dopuszczone możliwości przerywania ciąży.  Skąd więc wywoływanie poronień w domu? Odpowiedzią jest czarny rynek i stosowanie przez kobiety leków na reumatyzm, działających jak tabletki wczesnoporonne. W internecie nie brakuje ogłoszeń: "Sprzedam środki na reumatyzm", przeznaczeniem nie są jednak bóle reumatyczne.

- Jeśli więc kobieta przerwie ciążę w domu, a następnie trafi do szpitala, (bardziej prawdopodobne, że nie trafi ze strachu przed śledztwem) z powodu powikłań jak np. reakcja krwotoczna, możemy już teraz być pewni, jak postąpi lekarz, obawiający się np. oskarżenia o współudział w aborcji - skłania do refleksji moja rozmówczyni. - Lekarz będzie chronił siebie. Już teraz lekarze, do których kobiety zwracają się o legalną aborcję, odmawiają z różnych, wykrętnych powodów i kobiety często słyszą: nie pójdę za panią siedzieć - dodaje.

Przypomnimy, że nowy projekt "Stop Aborcji" przewiduje od 3 miesięcy do 5 lat więzienia dla osób zaangażowanych w przerwania ciąży.

Rządowe dane oderwane od rzeczywistości

 Niezwykle wrażliwa jest też kwestia, kiedy kobieta wskutek badań dowiaduje się o ciężkim upośledzeniu dziecka, którego się spodziewa. "W większości przypadków aborcja dotyczy dzieci z zespołem Downa w stadium, w którym te dzieci mają już ręce, nogi"  - argumentował jeden z wiceministrów, kiedy wiosną rozpoczęła się dyskusja nad projektem środowisk pro-life. Najnowsze statystyki wskazują, że w 2014 roku zarejestrowano 977 zabiegów przerwania ciąży. Najczęściej decyzję o aborcji podejmowano na podstawie wyniku przeprowadzonego badania prenatalnego wskazującego na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu - dotyczyło to w sumie 927 zabiegów.

- W sprawozdaniach rządowych nie pojawiają się informacje na temat rodzaju upośledzeń, nie jesteśmy więc w stanie stwierdzić, czy głównie dokonuje się aborcji z powodu zespołu Downa - konfrontuje wypowiedź wiceministra z faktami Krystyna Kacpura. Z praktyki naszej codziennej pracy wiemy, że uzyskanie dostępu do aborcji z tego powodu jest niezwykle trudne, w wielu regionach Polski wręcz niemożliwe. Na ogół aborcje z powodu zespołu Downa wykonywane są wtedy, gdy występują inne wady np. wada serca, płuc czy nerek - dodaje.

"Zmuszanie do heroizmu to okrucieństwo"

- Docierają do nas bardzo wyraźne głosy, że kobietom dość trudno znaleźć lekarza, który nie powoła się na klauzulę sumienia i przerwie ciążę nawet w takiej sytuacji, kiedy płód obarczony jest naprawdę ciężka wadą - jak rozszczepienie kręgosłupa, brak twarzoczaszki - i wszystko wskazuje na to, że nie przeżyje - relacjonuje.

- Chciałabym, abyśmy pamiętali, że mówimy również o dzieciach, które żyją przez kilkanaście minut po porodzie, a czasami rodzą się martwe - tłumaczy i roztacza historię, z jaką w Federze spotyka się dość często: kobieta np. w szóstym miesiącu ciąży dowiaduję się o ciężkiej wadzie u swojego dziecka, mimo to, nikt nie pozostawia jej wyboru. Musi kontynuować ciążę. Przez kolejne trzy miesiące nosi dziecko pod sercem. Znajomi wypytują, czy to chłopiec, a może dziewczynka, czy kupuje ciuszki, urządza pokoik, a ona wie, że dziecko prawdopodobnie nie przeżyje.

- Zmuszanie kobiet do tak heroicznej postawy to okrucieństwo, które nie powinno mieć miejsca - stwierdza.

Lęk i wstyd ofiar

Do rządowych statystyk Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny podchodzi dość sceptycznie. O ich słabości, ich zdaniem, świadczy liczba przerywanych ciąż, będących wynikiem czynu zabronionego jak np. gwałt. W statystykach odnotowano jedynie dwa takie przypadki. - To  znaczy, ciąże z powodu gwałtu są usuwane nielegalnie lub zagranicą - komentuje Krystyna Kacpura.

Przerywanie ciąży z gwałtu jest w Polsce dopuszczalne do piętnastego tygodnia. Kobieta musi najpierw zdobyć zaświadczenie od prokuratora, potwierdzające, że doszło do czynu zabronionego.

- Bardzo dużo kobiet po doświadczeniu przemocy seksualnej czy po gwałcie, w ogóle nie zgłasza się na policję. Boją się, wstydzą lub nie mają zaufania do funkcjonariuszy - mówi. Aborcje z gwałtu najczęściej są wykonywane za granicą lub w tzw. podziemiu aborcyjnym. Kobiety nie chcą przechodzić upokarzającej procedury,  nie chcą być stygmatyzowane, napiętnowane bo i tak cierpią z powodu gwałtu. Szukają pomocy poza państwową służbą zdrowia - przekonuje.

Koniec kompromisu?

Jak szacują organizacje feministyczne, w Polsce co roku dochodzi nawet do 150 tys. aborcji. Rządowe dane są więc wierzchołkiem góry lodowej.

- Na pewno Ministerstwo Zdrowia wie, jaka jest szacunkowa liczba nielegalnych aborcji. Niestety, nic w tym kierunku nie robi. Legitymizacją istniejącej ustawy jest absurdalnie mała liczba legalnych aborcji i wszystko zmierza w tym kierunku, żeby ich w ogóle nie było - stwierdza.

Obecnie w Polsce (zgodnie z ustawą o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach przerywania ciąży) aborcja możliwe jest w trzech przypadkach: kiedy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, kiedy występuje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego, np. gwałtu, kazirodztwa,  wykorzystania bezradności, upośledzenia czy współżycia osób poniżej piętnastego roku życia.

W przypadku ciąży, będącej wynikiem czyny zabronionego, aborcji można dokonać do 12 tygodnia, w przypadku upośledzenia do chwili osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem ciężarnej kobiety, kiedy mamy do czynienia z zagrożeniem dla życia kobiety - ustawa nie określa terminu końcowego.

Aktualny kompromis, określany bywał mianem zgniłego. Trudno bowiem mówić o "kompromisie", kiedy w grę wchodzi życie - dziecka i matki. Jednak do tej pory, kobiety, znajdujące się w najbardziej dramatycznych sytuacjach życiowych, miały wybór. Czy politycy ośmielą się to zmienić?

Dowiedz się więcej na temat: aborcja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje