Reklama

Reklama

Drugie oblicze Światowych Dni Młodzieży. Historia spotkania z nieznanym

Sobotnie czuwanie pielgrzymów w Brzegach /Jacek Turczyk /PAP

Kasia i Łukasz podczas Światowych Dni Młodzieży mieli przyjąć do swojego domu dwójkę pielgrzymów z Meksyku. Los chciał jednak inaczej. Jak sami przyznają, "Bóg wymyślił dla nich o wiele bogatszą historię". Zamiast Meksyku do ich dwupokojowego mieszkania na Śląsku zawitała Wenezuela. A wraz z nią opowieści pielgrzymów o życiu w południowoamerykańskiej rzeczywistości, głodzie, biedzie i grożącym Wenezuelczykom kryzysie humanitarnym za sprawą rządów Nicolasa Maduro, który gotów jest zrobić wszystko dla utrzymania swojej pozycji. Nawet kosztem życia własnych obywateli.

Reklama

*

Reklama

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

*

Od kierowcy autobusu do prezydenta

Kiedy Nicolas Maduro - były kierowca autobusu, działacz związkowy oraz zaufany człowiek zmarłego Hugo Chaveza - został wybrany na prezydenta Wenezueli w kwietniu 2013 roku, niemal od razu musiał się zmierzyć z falą protestów. Niecały rok po objęciu przez niego urzędu prawie 30-milionowe państwo stało się areną fali strajków. Przyczyną buntu Wenezuelczyków od początku była mała skuteczność nowego prezydenta w walce z przestępczością, korupcją i szalejącą inflacją.

Wenezuela posiada największe na świecie rezerwy ropy naftowej. Zmuszona jest jednak importować wszystko, co potrzebne do życia. Inflacja spowodowana spadkiem cen ropy, która w 2015 roku wyniosła 180 procent, sprawia, że sklepy są puste, mieszkańcy cierpią głód, a kiedy towary wreszcie pojawiają się w sklepach, ludność po prostu rzuca się do ich rabowania.

Opozycja oskarża Maduro o nierozważną i wyniszczającą kraj politykę gospodarczą. Wywołała ona m.in. niedobory żywności oraz podstawowych towarów, w tym środków farmaceutycznych. Pomimo chęci do rozmów, wciąż nie udało się wypracować porozumienia z obecnym prezydentem.

Niezadowolona, demonstrująca ludność chce, by Maduro ustąpił ze stanowiska.

36 godzin w podróży, by zobaczyć papieża

Podroż pielgrzymujących Wenezuelczyków do Polski trwała 36 godzin. Po przesiadkach w Panamie, a następnie w Madrycie i Barcelonie, zawitali do Polski z małym opóźnieniem. Na Śląsk przyleciała ich zaledwie garstka.

- Przeciętny Wenezuelczyk nawet nie pomyślałby o wyjeździe do Europy w innym celu niż znalezienie lepszego bytu - mówią Kasia i Łukasz.

Czwórka pielgrzymów, która dotarła na Śląsk, podjęła jednak ryzyko. - To młodzi ludzie, ale bogatsi o trudniejsze doświadczenia dnia codziennego od przeciętnego Europejczyka - mówi o pielgrzymach Kasia. - Żaden z nich nie ma więcej niż 25 lat. Jeden pracuje w administracji na uczelni, drugi uczy języka hiszpańskiego, trzeci do student psychologii, a czwarty uczy się handlu zagranicznego - opowiada.

Na Światowe Dni Młodzieży do Polski udało im się przylecieć dzięki wsparciu Watykanu. - Są niesamowicie wdzięczni za każdy przejaw życzliwości - dodają moi rozmówcy.

Zapach pomidorów i smak jabłek

Podczas jednego ze wspólnych posiłków na stole w domu Kasi i Łukasza zagościły pomidory. Część warzyw leżała umyta i gotowa do skrojenia na kuchennym blacie. Kiedy Luisa i Miguel zobaczyli pomidory, nie umieli się powstrzymać, by nie wziąć ich do rąk. "To pomidory!" - cieszyli się widokiem czerwonych warzyw, po które w Polsce sięga się najczęściej i najchętniej. "Nie pamiętam, kiedy ostatnio je jedliśmy" - westchnęli.

Pomidory, które w Wenezueli pojawiają się sporadycznie, pochodzą m.in. z Jamajki lub Trynidadu i Tobago. Wenezuela sprzedaje tym krajom w ramach umów handlowych ropę naftową, a w zamian dostaje jedzenie, lekarstwa, sprzęt rolniczy i materiały budowlane.

W czerwcu około 68 ton żywności, m.in. kurczaków, ryżu, makaronu, pomidorów, majonezu i papieru toaletowego zostało wysłanych do kraju rządzonego przez Nicolasa Maduro z wyspiarskiego Trynidadu i Tobago.

Jabłka, które w Polsce są na wyciągnięcie ręki na każdym straganie i targowisku, w Wenezueli są produktem deficytowym. Żeby dostać kilka sztuk, trzeba mieć ze sobą pełny portfel.

Odgłos śmieciarki

"Co to za dźwięk?" - zapytała Luisa Kasię następnego poranka. Za oknem, jak co drugi dzień, śmieciarka zbierała właśnie na osiedlu odpady.

"U nas w Wenezueli tak nie ma" - zdziwiła się odpowiedzią Kasi Luisa. "Śmieci wystawiamy na ulicę przed domem - powiedziała 22-latka. - Potem czeka się, aż rozwieje je wiatr".

Ostatnia szansa

Kadencja Nicolasa Maduro oficjalnie kończy się w 2019 roku. Demonstrującej i buntującej się opozycji zależy, by referendum w sprawie odwołania urzędującego prezydenta odbyło się przed 10 stycznia 2017 roku. Jeśli do tego czasu Wenezuelczycy odsunęliby Maduro od władzy, w kraju zostałyby zorganizowane przedterminowe wybory.

Jeśli jednak głosowanie zostałoby przeprowadzone później, Wenezuelę czeka jedynie niewielka zmiana. Maduro zostanie zastąpiony przez wiceprezydenta z tej samej partii (PSUV, czyli Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli), a kolejne wybory prezydenckie odbędą się dopiero pod koniec 2018 roku.

Dieta Maduro

Następnego popołudnia Luisa opowiadała Kasi o swojej rodzinie. Pokazywała na telefonie zdjęcia sprzed lat, na których uśmiechała się razem z bliskimi. Była zdrowo wyglądającą, wesołą nastolatką o pulchnych policzkach.

Dziś 22-letnia nauczycielka hiszpańskiego ma figurę modelki. Zgrabne nogi, płaski brzuch, ciemną, latynoską karnację. Ktoś mógłby pomyśleć, że wraz z wiekiem wypiękniała. Luisa jednak od razu wyrywa się i mówi: "To dieta Maduro".

Po kilku dniach pobytu w Polsce napisała swoim znajomym: "Myślę że tych 10 kg, które zgubiłam dzięki cudownej diecie Maduro, przybędzie mi tutaj podwójnie".

"Tymczasowe niedogodności"

Prezydent Maduro wykorzystuje tragiczną sytuację w kraju do celów czysto politycznych. Brak prądu i wody, głód i niekończące się kolejki po żywność nazywa "tymczasowymi niedogodnościami", uważając je za elementy niezbędne w procesie rewolucji.

Na początku maja szerokim echem w internecie odbił się wpis Ramona Muchacho, burmistrza Chacao - jednej z dzielnic Caracas. Napisał na Twitterze, że na ulicach stolicy państwa mężczyźni i kobiety polują z głodu na bezpańskie zwierzęta: przede wszystkim koty i psy, ale także na gołębie, czy kozy, by zaspokoić swój głód. "To nie żart. To bolesna rzeczywistość" - podkreślił burmistrz.

Podobne doniesienia pochodziły z portalu "PanAm Post". Dziennikarze serwisu byli świadkami sytuacji, m.in. na Mercado de Guaicaipuro - historycznym placu Caracas - podczas której mieszkańcy zbierali z ziemi rośliny i jedli je, by zaspokoić doskwierający im głód. O sprawie pisało także "CNN Español", jednak jak podkreślano - redakcji nie udało się oficjalnie potwierdzić tych doniesień w innych źródłach.

Prezenty

- Kawa to produkt, który pijemy na co dzień. Luisa nie miała jej w ustach od kilku miesięcy - opowiada Kasia. Luisa już przed wyjazdem na Światowe Dni Młodzieży zamieściła na swoim Facebooku wpis, w którym pisała, że "może w końcu podczas pobytu w Polsce będzie mogła napić się upragnionej kawy".

- Kiedy pierwszy raz częstowaliśmy ich kawą zrobioną z ekspresu, natychmiast zrobili filiżankom zdjęcia i wysłali za pomocą komunikatora do Wenezueli. Chcieli, żeby zobaczyła to ich rodzina i przyjaciele. Mówili, że ich najbliżsi będą cieszyć się wraz z nimi ich szczęściem - opowiadają Kasia i Łukasz.

"Jedyny prezent, o który cię proszę, to kawa" - poprosił Luisę jej kolega Leonardo. Inni, widząc produkty na zdjęciach wrzucanych przez pielgrzymów na Facebooka, prosili o odrobinę nutelli albo małego croissanta - rzeczy niedostępne i całkowicie zapomniane w Wenezueli. W kraju, w którym brakuje energii i wody, nikt na co dzień nie myśli o słodyczach.

"Mam nadzieję, że wykorzystacie chwile w Polsce na maksa. To dla was prawdziwy dar od Boga" - pisali znajomi Luisy i Miguela.

Drugie oblicze ŚDM

- Światowe Dni Młodzieży miały swoje drugie oblicze, czasem bolesne. Każdy z nas mógł zobaczyć w telewizji uśmiechnięte twarze młodych ludzi. Zachwycaliśmy się nimi, cieszyliśmy się ich szczęściem. Ale są też rzeczy, o których się nie mówiło - przyznaje Kasia. - Ci ludzie przybyli do nas ze wszystkich stron świata, gdzie sytuacja jest nieraz dramatyczna. Usłyszeliśmy to chociażby poprzez świadectwo Rand Mittri z syryjskiego Aleppo - mówi ze smutkiem Kasia. Dodaje, że przed przyjęciem pielgrzymów z Wenezueli razem z Łukaszem nie mieli pojęcia, że rzeczywistość jest tam tak trudna.

- Potem były już tylko na twarzy łzy współczucia wobec tych ludzi - wspomina. - To, co jest najbardziej niesamowite, to ich energia. Zawsze uśmiechnięci i radośnie nastawieni do ludzi, do życia, do wszystkiego - podkreśla Kasia.

Pomoc

Podczas jednej z rozmów Wenezuelczycy przyznali się goszczącemu ich małżeństwu, że lot powrotny do domu mają zarezerwowany dopiero na 8 sierpnia - ponad tydzień po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży. Nie mówili jednak nic o planach czy ewentualnej propozycji którejś z diecezji do ich przenocowania. Jak wspomina Kasia, już wtedy wyczuła, że nie mają się gdzie podziać.

- Bardzo spontanicznie zaproponowaliśmy im, że możemy przyjąć całą czwórkę na ten czas ponownie do siebie - mówią Kasia i Łukasz. Zrezygnowali z zaplanowanego, krótkiego urlopu, by wesprzeć pielgrzymów i zorganizować dla nich skromny wypoczynek. Zorganizowali do dwupokojowego mieszkania materace, a przez tydzień trwania Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, na które wyjechali Wenezuelczycy, szukali choćby drobnego wsparcia finansowego u znajomych.

- Pomoc nadeszła zupełnie niespodziewanie i to w sporych ilościach. Mamy wokół siebie życzliwych ludzi, ale wsparcie, które otrzymaliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania - mówią zadowoleni polscy gospodarze młodych Wenezuelczyków.

Wsparcie przyjaciół pomaga pielgrzymom przeżyć w Polsce kolejne dni. W nowych, niepodartych ubraniach, okularach, które polepszą, a nie pogorszą ich wzroku i zawsze syci mogą na chwilę zapomnieć o smutnych "rozrywkach", jakich w ich kraju dostarcza im prezydent Maduro - wyłączaniu prądu, braku wody i głodzie.

"To jest owoc Światowych Dni Młodzieży. Miłość przejawiająca się w czynie, czyli miłosierdzie" - mówili przyjaciele małżeństwa, którzy pomogli im w ugoszczeniu pielgrzymów w Polsce.

Przywiązanie do ojczyzny

Kasia i Łukasz przyznają, że Luisa i Miguel codziennie nie ustawali w modlitwie o przemianę sytuacji w Wenezueli. Razem podkreślają, że ich wenezuelscy goście będą już zawsze stanowić cząstkę ich codzienności, a ich dom zawsze będzie stał dla nich otworem.

- Ofiarowali nam o wiele więcej, niż my byliśmy im w stanie dać. Zrobiliśmy wszystko, by choć przez chwilę pomóc im doświadczyć lepszej rzeczywistości - dodają Polacy.

Znajoma Luisy - Maria - napisała do niej podczas Światowych Dni Młodzieży: "Nie potrafię wyrazić, jak bardzo się cieszę, że widzę was tam, w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że wyróżniacie się wśród innych pielgrzymów. Większość z nich chce być uchwycona przez kamery, zwraca na siebie uwagę. Wy, w przeciwieństwie do nich, jesteście pokorni". Dziewczyna widziała swoich rodaków w telewizji podczas transmisji z wydarzeń na krakowskich Błoniach i w Brzegach.

"Widać, że pojechaliście tam z misją. To nie jest zwykłe spotkanie. Jesteście tam po to, żeby podchwycić każde słowo, każde zdanie papieża Franciszka. A potem przywieźć je do nas, do domu" - napisała Maria.

Czwórka pielgrzymów w nocy z niedzieli na poniedziałek wyrusza w powrotną drogę do Caracas. Do swoich domów przywiozą - oprócz podarowanych im ubrań, słoików nutelli i paczek kawy - coś o wiele bardziej cennego. Nadzieję ofiarowaną im przez papieża Franciszka.

***

Imiona bohaterów, na ich prośbę, zostały zmienione.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje