Reklama

Reklama

"Gdy inni mordują, drudzy rzucają się, by ratować". Ją uratowali

Po wsi, w której na świat przyszła pani Hania, nie ma już śladu. Zniknęła z powierzchni ziemi, a właściwie została zmieciona. Wymordowana. Teraz, starsza już kobieta, w której płynie polska krew, z małych skrawków opowiadań i ze strzępków informacji, próbuje złożyć historię. Swoją polską historię.

Jest 1943 rok. Banderowcy mają okrutny plan, który zakłada, że pozbędą się Polaków, a Wołyń będą mieli dla siebie. Napadają na wieś o nazwie Gaj, której teraz już na mapie nie znajdziecie. Zabijają bez litości. Nikogo nie szczędzą. Ciała Polaków wrzucane są do rowu przy szkole. A po miejscu, gdzie kiedyś tętniło życie, pozostaje jedynie las.

Reklama

"(...) długo nie wiedziałam, że tam przed wojną była wieś - las, jak wszędzie, tyle że trochę młodszy. Dopiero jak byłam nastolatką, ktoś ze starszych zaczął mówić - a, tutaj do polskiej szkoły chodziłem, tutaj kolegę Polaka miałem. I tak po odrobince się dowiadywałam, że tu w czasie wojny jakichś ludzi zamordowali" - opowiada pani Hania, jedna z bohaterek reportażu Witolda Szabłowskiego "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia".

"Dziwne, prawda? Że tyle czasu nikt nic nie mówił. To były wioski odległe od siebie dwa kilometry; ludzie do Gaju i do kowala jeździli, i w różnych innych sprawach. I mój tatko, i mama musieli tam być wiele razy. A przez wiele lat tylko po zdziczałych wiśniach i jabłonkach można było poznać, że kiedyś tam były domy, szkoła, normalne życie. Jakby ludzie z jakiegoś powodu chcieli ten Gaj zapomnieć, wyrzucić go z głowy" - dodaje.

Płaczące dziecko i same trupy

Ludzie z sąsiedniej wsi, Kaszówki, którzy przyjechali pochować zabitych, oprócz zabitych, znaleźli też panią Hanię. Dwa dni po masakrze siedziała w stodole i płakała, obok niej leżały same trupy. 

"Dwóch martwych chłopców i starszy pan - ciocia mówiła, że pewnie ci dwaj to bracia, a ten pan to dziadek. Miałam w jednym ręku kawałeczek chleba, a w drugim - chusteczkę z dwoma literami, pewnie to moje inicjały. Jakie? Nie wiem. Ciocia też nie pamiętała. Nigdy tej chusteczki nie zobaczyłam, pewnie poszła do pieca jeszcze w czasie wojny. Nie pamiętam nawet jednego obrazu z tych dni. Podobno obok mnie stał pusty kubek, a bardzo mi się chciało pić".

Nad małą, zaledwie roczną wówczas Hanią, rozpoczął się sąd. Jeden z najstarszych mieszkańców Kaszówki, który pamięta ten dzień, tak opowiedział o nim Szabłowskiemu: "Banderowcy takie dzieci zabijali. Jeśli ktoś ich nie słuchał, mogli mu spalić gospodarstwo albo rozstrzelać - każdy Lach miał być zabity, nieważne, ile miał lat. Ale z drugiej strony, jak zabić maleńkie dziecko, które cudem się uratowało? Stali więc w Gaju nad tą małą i się kłócili. Oddać banderowcom? Czy spróbować ją ocalić? Taki nad nią odbyli sąd. W końcu jeden z gospodarzy, Aleksander Jaszczuk, bierze dziewczynkę na swoją furmankę i rusza. - Co ma być, to będzie, ale dzieciaka nie zabijemy - mówi. A że jest szanowanym gospodarzem, ludzie w milczeniu mu przytakują. Kaszówka nie trzyma z banderowcami. Miejscowy batiuszka został nawet zastrzelony, bo podobno nie chciał dać ślubu ich przywódcy ani święcić noży, których mieli używać w trakcie rzezi".

W ten sposób mała dziewczynka trafia do Kateriny i Fedora Bojmistruków. Którzy sami stanęli wówczas przed trudną decyzją. 

"Trudno dziś sobie wyobrazić ten dylemat. Z jednej strony - wojna przysyła im upragniony prezent, dziecko, którego sami najwyraźniej mieć nie mogą.  Z drugiej - ten podarunek losu może ich kosztować życie. Co robić? Decydują się po dwóch tygodniach. Biorą małą do domu i czym prędzej jadą do cerkwi, do pobliskich Hołób, by ochrzcić. I tak już zostaje".

Pani Hania była kochanym dzieckiem, jej ukraińscy rodzice bardzo się o nią troszczyli. Może dlatego nie dopytywała, czemu dzieci czasem nazywają ją "znajdą". A kiedy już zdarzyło jej się zadać to pytanie, zawsze dostawała odpowiedź: "przecież jesteś nasza". To dlatego, kiedy patrzy na ten las, który był kiedyś jej wsią, nie wie co ma czuć. 

"Nigdy nie myślałam w ten sposób, że tam moi mama i tata leżą; nawet jak już znam prawdę, to ciężko mi o tym myśleć w ten sposób. Niby to wiem, niby wiem, że tam moi rodzice, dziadkowie, a pewnie i ciotki, wujowie, rodzeństwo leżą, ale jakoś to do mnie nie dociera. Może jakby Bojmistrukowie mnie źle traktowali, toby było inaczej. To - bym tęskniła za tym, co mogło być. Ale oni mnie tak kochali, tak gładzili, że nawet się nie zastanawiałam, jakby mi było z tymi innymi rodzicami".

Kiedy umarł jej ukraiński ojciec, liczyła na to, że pozna w końcu całą prawdę. To się jednak nie udało. 

"Dwie połówki się połączą"

Życie pani Hani płynęło więc własnym rytmem. Wyszła za mąż, urodziła dzieci. Tam, gdzie zamieszkała z mężem, ludzie znali jej historię.

Skąd? Właśnie od jej ojca. Bo choć w domu nie chciał mówić, to z innymi rozmawiał chętnie. 

Pani Hania chodziła, słuchała i zbierała te opowieści, żeby móc odtworzyć choć część z tego, co jej się należy. Teraz, choć wie już sporo, wciąż nie może czasem spać w nocy. Bo chciałaby wiedzieć, jakie jej rodzice mieli imiona. I jakie nazwisko. Bo to nazwisko mogło przecież być także jej.

***

- Czasem myślę, że może do dziś mnie ktoś szuka. Dziś to pewnie już ani ojciec, ani matka. Może brat, siostra, jakiś kuzyn... Może po prostu ktoś z tej wioski, kto ocalał i pamięta, że u kogoś była roczna dziewczynka. Może by się ucieszył, że ktoś z jego wioski jeszcze przeżył. A może cała rodzina gdzieś jest? Wyobraża pan sobie? My tu mamy pół opowieści, a oni - drugie pół. Jakby się znaleźli, to się te dwie połówki połączą. Czasem, jak zacznę o tym myśleć, to aż zasnąć w nocy nie mogę. Przewracam się z boku na bok. W końcu mówię do Pana Boga: "Proszę, Panie Boże, pomóż mi odgonić te myśli. Jeśli gdzieś żyją moi krewni, to daj im zdrowie, ale ja chcę już spać". I jakoś tak powoli, powoli zasypiam.

- Mam nadzieję, że jak pan o mnie napisze, to ktoś się zgłosi. Na przykład jakiś człowiek po twarzy rozpozna, że ktoś we wsi mieszkał podobny do mnie.

- Choć im więcej lat mija, tym mniej mam nadziei, że się czegoś dowiem.

***

Pierwszy Polak w życiu

Zanim uda się znaleźć polską rodzinę pani Hani, pytam Witolda Szabłowskiego, w jaki sposób to on ją znalazł i skąd pomysł, aby jej pomóc, bo przecież sprawa nie jest prosta. - Panią Hanię znalazłem podczas pierwszego wyjazdu na Wołyń, trochę przypadkiem. Byłem z tłumaczem i fotografem w wiosce Ugły, żeby tam porozmawiać z inną kobietą, której ojciec ratował Polaków w czasie rzezi wołyńskiej, z masakry w wiosce Gaj. Mieliśmy po wywiadzie jeszcze chwilę czasu, więc poszliśmy się rozejrzeć po wiosce. I w trakcie tego rekonesansu jedna starsza kobieta opowiedziała nam, że w wiosce obok, w Kaszówce, ludzie uratowali, również z Gaju, małą dziewczynkę - relacjonuje reportażysta. - Pojechaliśmy tam, odszukaliśmy krewnych pani Hani, oni do niej zadzwonili zapytać, czy mogą nam powiedzieć, gdzie ją znajdziemy. Zgodziła się, pojechaliśmy do niej dzień później - i tak się zaczęła nasza znajomość - mówi. 

- Byłem pierwszym Polakiem, z którym pani Hania - stuprocentowa Polka, choć wychowana przez Ukraińców - rozmawiała w życiu. Było to dla niej bardzo emocjonujące - wyjaśnia Szabłowski. 

Autor książki przyznaje, że dla niego także było to bardzo emocjonujące przeżycie. Na tyle mocne, że zaraz po powrocie do kraju, przystąpił do działania. 

- Od razu po powrocie do Polski poruszyłem niebo i ziemię, zacząłem szukać wszystkich, którzy przeżyli masakrę w Gaju, żeby z nimi się zastanowić, czyim dzieckiem może być Hania. Jak wyglądały te poszukiwania, piszę w książce "Sprawiedliwi Zdrajcy" - mówi. - Jednocześnie jeździłem do Kaszówki i w jej okolice, by dopytać miejscowych Ukraińców, czy nie znają jakichś szczegółów. Poszukiwania wiodły od Mazurów, przez Szczecin, Wrocław aż po Wiedeń - dodaje. 

Czy inicjatywa zakończy się sukcesem? - Trudność polega na tym, że w Gaju było bardzo dużo dzieci. Mimo to liczę, że uda się znaleźć bliskich pani Hani. Obiecałem jej, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby tak się stało - podsumowuje Szabłowski. 

***

Wspólnie z Witoldem Szabłowskim i wydawnictwem Znak szukamy osób, które pomogą odtworzyć historię rodziny Pani Hani.

Jeśli ktokolwiek z Państwa wie coś o jej rodzinie, albo zna kogoś, kto może coś wiedzieć o jej przodkach, prosimy o kontakt na adres mailowy: asystent@znak.com.pl

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" Witolda Szabłowskiego, która ukaże się 14 września nakładem wydawnictwa Znak. 


Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne