Ks. Jan Kaczkowski: Im większy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla Ewangelii

- Ktoś może czuć, że pójście do danego kościoła czy do danego księdza powoduje coś, co ja nazywam „szkodą duchową”. U kogoś innego może pojawić się „moralna niemożność” przystąpienia do sakramentu pokuty, bo np. wie, że ksiądz prowadzi się niemoralnie lub jest zwyczajnie niekulturalny. Nic dziwnego, że człowiek nie ma tyle zaufania, żeby się przed nim otworzyć - mówi ks. Jan Kaczkowski.

Katarzyna Pruszkowska: Dlaczego księżom trudno mówić tak, żeby wierni naprawdę słuchali?

Reklama

Ks. Jan Kaczkowski, doktor nauk teologicznych,bioetyk, założyciel i dyrektor Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio: - Obwiniam spadek umiejętności posługiwania się słowem w ogóle. Nie tylko u księży. Wykształcenie humanistyczne straciło na znaczeniu. Polacy nie czytają, nie chodzą do teatru, nie uczestniczą w życiu kulturalnym, więc słownictwo staje się coraz uboższe.

- Być może u księży widać to szczególnie, bo podczas kazań nie mamy za wiele środków wyrazu: możemy gestykulować rękami, w moim przypadku jedną, i pięknie operować słowem. "Pięknie" to nie znaczy długo, ale zaskakująco. Tak, żeby wyrwać wiernych z rutyny. Dobre kazanie powinno być krótkie. To niedzielne nie dłuższe niż 15 minut. A jeśli uda się krócej niż 10 minut, to dzięki Bogu.

- Mój dawny proboszcz nauczył mnie dwóch ważnych rzeczy dotyczących kazań. Po pierwsze, kazanie powinno mieć porywający wstęp, jeszcze bardziej porywające zakończenie i jak najmniej  pomiędzy. Po drugie, jeśli kazanie nie ma żadnych zalet, niech przynajmniej będzie krótkie. Ja do tego dodałem jeszcze kilka punktów.

Jakich?

- W liturgii nie powinno się używać zwrotów potocznych, czyli mówić na przykład "hej, ziomale", ale można zrezygnować z posługiwania się patetycznymi zwrotami bez sensu i mówić językiem bliższym ludziom. Wielu księży się na to oburzy, ale ja zaczynam swoje kazania tak: "czcigodni księża, szanowni, kochani państwo". Nie jestem przecież z parafianami na "ty". Daje to wrażenie pewnej naukowości, jakbym wygłaszał wykład i sprzyja skupieniu. Sprzyja też mówienie normalnym tonem, a nie "w eklezjalnym tonie na wielkim diapazonie", z takim zaśpiewem kaznodziejskim, który jest straszny i którego nie da się słuchać.

Co sądzi ksiądz o kazaniach, które koncentrują się wokół polityki, a nie Ewangelii?

- Nie ma nic gorszego, niż sojusz tronu z ołtarzem, mówił o tym już Prymas Tysiąclecia: "lecz kiedy cesarz siada na ołtarzu my mówimy "non possumus" (łac. nie pozwalamy - przyp.red.)". My powinniśmy mówić "non possumus", kiedy religia siada na tronie. Kiedy słyszymy w kościołach, kto jest dobry, kto zły, kto Polskę zdradził albo sprzedał, a kto ją uratuje. Te słowa, "nie pozwalamy", powinniśmy mówić bardzo głośno.

- Wie pani, jak najłatwiej zniszczyć Kościół?

Oczerniając duchownych?

- Dając im przywileje, najlepiej finansowe. Wtedy laicyzacja postępuje błyskawicznie. Im większy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla Ewangelii. Żyjemy w państwie świeckim, a nauka Kościoła mówi jasno: przyjazna współpraca z państwem - tak, budowanie zależności - nie. Oczywiście są księża, którzy o tym zapominają, ale można sobie o świeckości Polski przypomnieć czytając preambułę konstytucji. Zaczyna się tak: "(...) my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski (...)".

- Ta preambuła mówi o dialogu i tolerancji, a nawet nie tolerancji, bo "tolere" znaczy "znosić coś, z czymś się nie zgadzam", ale próbie zrozumienia innych, wyjścia poza swój świat, który ludzie kościoła postrzegają często jako twierdzę, którą nieustannie atakują wrogie siły. Najgorzej przekazowi Ewangelii robimy my, katolicy, z naszymi zaciśniętymi zębami, z tym, że w środku nie lubimy innych. A już zwłaszcza tych myślących inaczej. Gdyby Chrystus nie przesiadywał z grzesznikami, nie pozyskał by takich rzesz. Nikt nie może mu zarzucić, że chodził na kompromisy moralne, może z wyjątkiem faryzeuszów. My również mamy swoich, nie nazywając nikogo po imieniu i nie pokazując palcem.

Czyli dobre kazania powinny być oparte na Ewangelii.

- "Oparte" to znaczy "zainspirowane" jakimś niewielkim fragmentem, nie mam na myśli streszczenia "w pierwszym czytaniu było to, w drugim to, w Ewangelii tamto". Wierni słusznie mogą wtedy pomyśleć "Proszę księdza, przecież ksiądz to przed chwilą przeczytał". Uwaga słuchacza - to jest w tym momencie mszy świętej to, o co nam chodzi. Księża powinni regularnie medytować nad Pismem Świętym, wtedy nie mieliby kłopotów z wyborem tematów. Ja nawet w tym momencie wiem, co mógłbym powiedzieć w kazaniu, które dotyczyłoby i Ewangelii, i aktualnej sytuacji społecznej.

Może je ksiądz powiedzieć.

- Szybko: wyjdźmy od przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Pamięta ją pani?

Na drodze leżał napadnięty przez zbójców mężczyzna, któremu nie pomogli ani kapłan, ani Lewita. Pomógł Samarytanin, uważany w tamtych czasach za gorszego człowieka.

- Tak jest. Nie wiemy, czy ranny był porządnym człowiekiem, który szedł z Jerozolimy do Jerycha w interesach, czy zwykłym złodziejem czyhającym  na zabłąkanych podróżnych. Wiemy tylko, że potrzebował pomocy, której udzielił mu Samarytanin. Nie znał jego sytuacji etycznej, miał prawo się bać, a jednak - pomógł. Wsadził na osła, czyli do swojego samochodu, zawiózł do najbliższej gospody, czuwał przy nim całą noc, a później zapłacić właścicielowi lokalu, żeby opiekował się rannym do jego powrotu. Samarytanin zachował się też racjonalnie, bo nie rzucił wszystkiego, żeby pomóc: był pewnie biznesmenem, mężem, może też ojcem, który nie mógł zaniedbać swoich obowiązków.  Zrobił tyle, ile mógł, a nawet odrobinę więcej. My, oczywiście wobec uchodźców, analogia jest, mam nadzieję, czytelna,  jesteśmy wezwani żeby zachowywać się właśnie tak: przyzwoicie. A jako chrześcijanie powinniśmy jeszcze zrobić tę odrobinę więcej. W ramach chrześcijańskiej miłości. Amen.

- To było takie krótkie kazanie, niedopracowane, bo z bańki. Ale można? Można? Ile mówiłem? Ze dwie minuty może. I jak je pani ocenia?

Kazanie oryginalne i aktualne. Nie jak z bazy gotowców.

- A te dobrze funkcjonują. Miałem kiedyś kolegę, miał zupełnie inaczej na imię, ale wszyscy nazywaliśmy go ksiądz Edward, bo zawsze korzystał z gotowców ks. Edwarda Stańka. Myśmy z kolegami też je sobie załatwili i kiedy kolega miał kazania, chowaliśmy się w zakrystii i słuchali, co będzie mówił. No czytał słowo w słowo. Nic od siebie nie dodawał. Chociaż może lepiej, żeby ksiądz wziął dobre kazanie i je z pasją powiedział, niż kleił coś bez sensu z głowy. Choć, oczywiście, nie zachęcam nikogo do ściągania kazań.

Dlaczego jedni księża wychodzą bardziej do ludzi, a inni wolą chować się za pustosłowiem lub właśnie - korzystać z gotowców?

- Może inaczej nie umieją? Nie każdy ma dar interesującego mówienia, a w seminarium jest mało zajęć związanych z głoszeniem kazań. Podkreślę, że ja nigdy nie mówię czegoś, co jest nieortodoksyjne. Jestem wiernym synem Kościoła katolickiego, będę posłuszny. Nigdy nie będę księdzem Lemańskim dwa, nigdy nie będę Kukizem polskiego kościoła, który rozwala system od wewnątrz. Nie. Staram się mówić bardziej przystępnym językiem, żeby jak najwięcej osób mnie zrozumiało i jak najwięcej zostało zbawionych. Dlatego też rozmawiam z różnymi mediami, czego niektórzy duchowni nie rozumieją: chcę w ten sposób trafić do ludzi, do których z ambony raczej nie trafię.

Co robić, jeśli ksiądz z naszej parafii nie mówi dobrych kazań?

- Uprawiać churching i pristing, czyli szukać dobrych kościołów, w których służą dobrzy księża. Na pewno w każdej wspólnocie parafialnej, w której jest więcej niż trzech księży, znajdzie się taki, który będzie pasował. Wierni powinni wykazać się inicjatywą, bo tu działa stara rynkowa zasada: jak do byle kogo pójdziesz, to byle co dostaniesz. Są księża, którzy wychodzą na ambonę w towarzystwie westchnień "o nie", i tacy, którym towarzyszą pełne ulgi "dzięki Bogu". Czasem chodzi o to, żeby wybrać sobie księdza, a czasem, żeby pójść do swojego i powiedzieć: "proszę księdza, ksiądz się dramatycznie nie przygotował do kazania".

I sprowokować awanturę.

- Oczywiście sytuacja będzie stresująca i pewnie większość księży zareaguje na początku tak: "a co mi będzie uwagę zwracała?". Ale może taka uwaga da im coś do myślenia? Zwłaszcza, jeśli pójdzie kilka osób?

Naprawdę można tak sobie wybierać kościół? A jeśli proboszcz potraktuje to jako "zdradę"?

- No bez przesady, tak można było myśleć 500 lat temu, przed soborem Trydenckim, bo właśnie do tamtego czasu istniał obowiązek spowiadania się u własnego proboszcza. Ja wiem, że kościół w Polsce była czasem spóźniony z recepcją pewnych dokumentów, ale żeby o 500 lat? Nie róbmy scen. Ktoś może czuć, że pójście do danego kościoła czy do danego księdza powoduje coś, co ja nazywam "szkodą duchową". U kogoś innego może pojawić się "moralna niemożność" przystąpienia do sakramentu pokuty, bo np. wie, że ksiądz prowadzi się niemoralnie lub jest zwyczajnie niekulturalny.  Nic dziwnego, że człowiek nie ma tyle zaufania, żeby się przed nim otworzyć. Wtedy nie można, ale nawet trzeba znaleźć sobie innego księdza, takiego, któremu można zaufać.  Niektórzy księża widząc, że ich parafia pustoszeje, nie zadają sobie fundamentalnego pytania: "dlaczego u mnie jest pusto, a parafia za płotem jest pełna?".

Pewnie boją się odpowiedzi.

- Pewnie tak, że dla części będzie brzmiała tak: chodzi o jakość pracy, jakość duszpasterstwa. U mnie jest ona niezadawalająca.

Księdza kaplica w hospicjum nie pustoszeje?

- Nawet odwrotnie. Nie jest duża. Miały modlić się w niej osoby, które znajdują się pod naszą opieką i ich rodziny. Ale przychodzą też starsi ludzie z nieodległych bloków, ludzie z pobliskich willi, którzy są przyjaciółmi hospicjum. Ja słynę z tego, że nie odprawiam krótkich mszy, niedzielne trwają przeważnie ponad godzinę. Ale ludzie i tak przychodzą, a ja nie będę ich przecież wyganiał. Jeżeli ksiądz patrzy wiernym w oczy, nie traktuje ich z buta, nie mówi cały czas o forsie, tylko o Ewangelii - ludzie będą przychodzić. Bez obaw.

Powiedział ksiądz, że można sobie wybrać spowiednika. Jak ksiądz spowiada?

- Spowiadanie jest bardzo wyczerpujące - przynajmniej dla kogoś, kto chce to robić porządnie. Trzeba mieć cały czas napięty umysł i naprawdę słuchać ludzi, którzy przyszli oskarżyć się ze swoich grzechów. Słuchać tego, co mówią, a także tego, jak mówią. Wprawny spowiednik wysłyszy oddechy, pauzy, momenty zawahania, zawieszenia. Dla mnie ważne jest wszystko - nawet to, jak kto układa grzechy: czy zaczyna od tych najlżejszych czy najcięższych.

- Myślę, że jednym z gorszych uczuć podczas spowiedzi jest uczucie, że ksiądz nas nie słucha. Na Boże Narodzenie mówi formułkę: "w tym szczególnym czasie Bożego Narodzenia bądź blisko serca Maryi, ona cię otula matczynym płaszczem (...), na Wielkanoc: "w tym szczególnym czasie Wielkiej Nocy bądź blisko serca Maryi (...)", trzy razy zapuka i po wszystkim. Szybko i na tak zwanego "dzięcioła". To nie tak, nie tak to powinno wyglądać.

-  Z doświadczenia mogę powiedzieć, że dla ludzi najtrudniejsze do wyznania są oczywiście grzechy związane z seksualnością. A one mają taką samą wagę, jak inne grzechy zapisane w Dekalogu.

Załóżmy, że  przychodzi do księdza osoba, która chce wyznać właśnie taki "trudniejszy do wyznania" grzech. Jak wtedy prowadzi ksiądz spowiedź? Zdarza się księdzu krytyka?

- Miażdżąca krytyka jest czasem potrzebna, żeby człowiek zobaczył, że błądzi, ale nie można tego mylić ze straszeniem i wdeptywaniem w ziemię.  Jeżeli ktoś przychodzi i wyznaje taki grzech, moim obowiązkiem, wynikającym z uczciwości spowiedniczej, jest dopytanie. Tych pytań wierni często nie rozumieją, myślą, że ksiądz jest po prostu wścibski.

- Może na przykładzie: przychodzi mężczyzna, który mówi, że złamał przykazanie "nie cudzołóż".  Ja delikatnie dopytam, czy jest żonaty, czy nie. Bo to różnica. Jeśli ma żonę - zdradził. Więc dalej: czy to był tylko incydent? Czy to z odwetu? Czy musiał za tę zdradę zapłacić? A może się zakochał i nie planuje zakończenia tej relacji? Ja nie pytam, żeby kogoś pognębić, żeby było mu jeszcze bardziej wstyd. Nie. Zwłaszcza, że to wszystko trwa tylko kilka minut. Chodzi o to, żeby dopasować naukę i zadać odpowiednią pokutę. No i ustalić, czy ktoś żałuje swojego grzechu i chce z nim skończyć.

A co, jeśli taka osoba powie, że nie umie porzucić kochanki?

- Trzeba zastanowić się nad środkami zaradczymi i spróbować pomóc. Mogę coś powiedzieć, odwołać się do wiary takiego człowieka i jego sumienia. Ale każdy człowiek jest wolny i może żyć tak, jak chce. Ja mogę najwyżej odsunąć rozgrzeszenie w czasie.

Rozmawialiśmy o spowiednikach, którym zdarza się nie słuchać wiernych. A czy oni mogą utrudniać spowiednikowi zadanie?

- Ja trafiam czasami na takie osoby, które myślą, że jak mam problemy ze wzrokiem, bo mam, to i ze słuchem.

Myślą, że nie rozpozna ich ksiądz bo głosie?

- Nie. Myślą, że jak będą cicho mówić, to ja ich grzechów nie usłyszę. Ale nie ze mną takie numery.

POLECAMY:

Recenzja książki ks. Kaczkowskiego „Życie na pełnej petardzie. Czyli wiara, polędwica i miłość”

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje