Reklama

Reklama

Janusz Piechociński: Absurd wymknął się spod kontroli

- Władek natyrał się jak żaden z kandydatów, ale miesiąc temu jego sztab popełnił strategiczny błąd - tak wynik Władysława Kosiniaka-Kamysza komentuje były prezes PSL Janusz Piechociński. - Tak absurdalnie zarysowano skrajności podziałów, że człowiek racjonalności, umiaru i dużej kultury politycznej nie znajduje nawet przekazu w swoim zasobie języka. To smutne, ale kandydaci mogą bez umiaru sypać obietnicami i deklaracjami, z pełną premedytacją mogą napinać muskuły ideologicznego sporu, a okazuje się, że wyborca to kupuje - uważa Piechociński.

Łukasz Szpyrka, Interia: Kandydat PSL-Koalicji Polskiej Władysław Kosiniak-Kamysz zdobył 2,4 proc. głosów w wyborach prezydenckich. Jak pan ocenia jego kampanię?

Reklama

Janusz Piechociński, były prezes PSL: - Władek natyrał się jak żaden z kandydatów w tych wyborach, ale miesiąc temu jego sztab popełnił strategiczny błąd. Ludzie z jego zaplecza uwierzyli, że są blisko drugiej tury i poszli do końca kampanii tym samym scenariuszem. Problem w tym, że w międzyczasie pojawili się nowi bohaterowie i zjawiska. PiS i PO zagrali na pełną konfrontację. W związku z tym kandydat, który jest pracowity, rzetelny, mówiący o wartościach i odbudowie dialogu, ma problem. Władek myślał o drugiej turze, więc zostawił swoją naturalną bazę społeczno-polityczną i skoncentrował się na szukaniu dodatkowych głosów. Wykreowany taki obraz i bardzo profesjonalne zbijanie potencjału Kosiniaka zamawianymi sondażami spowodowały, że w ciągu dwóch tygodni ważny dotąd kandydat staje się niewidoczny. Później zadziałał prosty mechanizm - skoro nie mam odpowiedzi na ważne pytania, to głosuję w konfrontacji PiS-PO.

Kosiniak-Kamysz, w momencie kiedy w wyścigu pojawił się Rafał Trzaskowski, też powinien pójść w ostrzejszy ton?

- Nie. Powinien koncentrować się na tych obszarach, w których bił konkurencję na głowę. Najpierw powinien ogarnąć partyjny elektorat PSL, czyli wieś i rolnictwo, potem przejść twardym przekazem do polityki społecznej i zdrowotnej. Słabością polskiej polityki jest to, że przez trzy miesiące kampanii nie usłyszeliśmy, ile wynosi dług szpitali, za to słyszymy, że prawie każdy może dać nam jakiś bon na wakacje czy inne sprawy. Władek i jego sztab polegli właśnie na takim zderzeniu. Na tle pierwszego składu osobowego (z Małgorzatą Kidawą-Błońską - red.) ten program był świetnie realizowany, ale nie realizowano go w drugiej części.

Kto więc zawinił?

- Trzeba wrócić do momentu, w którym pisało się scenariusze sztabu. Co wynika z tego, że w ostatnim tygodniu mówimy, że inni kandydaci ściągnęli coś z naszego programu? Nic to nie daje. Natomiast paluszek znanej posłanki powinien być stałym elementem kampanii. To pokazuje relację obozu rządzącego do starszych i tych z dala od opieki zdrowotnej. Jedyny lekarz w stawce powinien się na tym koncentrować.

Może grunt nie był zbyt podatny na taką tematykę?

- Gdy na scenie pojawił się Rafał Trzaskowski, PiS zorientował się, z którym kandydatem pójdzie najłatwiej w drugiej turze. Uznano, że w starym rozdaniu lewicowy kandydat liberalno-masońsko-sitwowo-koteryjny zaprzałych elit przegra z prostym człowiekiem ludu polskiego i narodowych wartości. Najbardziej smutne jest to, jaka jest skala łatwości sprzedawania tego kitu w polityce. Tysiące Polaków starszego pokolenia uwierzyło, że ktokolwiek z polityków może zdeprawować ich dzieci. Bardzo zręcznie machina propagandowa obozu rządzącego wylansowała kilka frontów podziału. Wobec nich słabsza medialnie konkurencja z opozycji nie znalazła skutecznej odpowiedzi. Gdyby po pojawieniu się Rafała Trzaskowskiego prezes PSL skoncentrował się na obronie partyjnego, wiejskiego elektoratu, to wynik krążyłby wokół 10 procent. Kosiniak założył natomiast, że walczy o drugą turę.

Na wsi Kosiniak-Kamysz zdobył 3 proc. głosów. Wygląda to na nokaut.

- Zaplecze Władka nie skorygowało jego przekazu, nie znalazło odpowiedzi na polaryzację. Trzeba też powiedzieć, że nie jest łatwo przeciwstawić się takim dwóm frontom, jeśli nie ma się przewagi medialnej. A kandydat PSL nie ma jej od zawsze.

PSL, po takiej deklasacji na korzyść Andrzeja Dudy, zdoła odbudować poparcie na wsi?

- Ludzie głosowali za tym, czy jest 500 plus, czy nie ma. Czy antychrześcijańska masoneria bez wartości nie zabije państwa, a to zupełnie co innego. Wydarzyło się to w czasie, kiedy w skupie rok do roku średnie stawki spadły o 7 proc., a w detalu dla konsumentów żywności wzrosły o 7 proc. Problem polega na tym, że nasz sztab nie potrafił pociągnąć tych wątków. A może nie było na nie zapotrzebowania, bo łatwiej mówi się o deprawacji. O tym, że Trzaskowski podpisał kartę LGBT, a Duda się temu przeciwstawił. Przy tak zarysowanym podziale konserwatywny Władek Kosiniak nie miał się czemu przeciwstawiać.

W piłce mówi się, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala.

- Tak absurdalnie zarysowano skrajności tych podziałów, że człowiek racjonalności, umiaru i dużej kultury politycznej nie znajduje nawet przekazu w swoim zasobie języka. To smutne, ale kandydaci mogą bez umiaru sypać obietnicami i deklaracjami, z pełną premedytacją mogą napinać muskuły ideologicznego sporu, a okazuje się, że wyborca to kupuje. Wyborca myśli, że obóz dobrej zmiany znajdzie złodzieja, któremu odbierze 250 mld zł i nakarmi rzesze ludzi. Ten cały absurd wymknął się spod kontroli. Polityka zatruła dusze ludzkie. Ludzie zaczynają ślepo wierzyć we wszystko, co mówią ci politycy i ich zaplecze socjotechniczne. Rzeczywiście jakaś część Polski żyje w okopach św. Trójcy i boi się, że liberałowie z wielkich miast chcą doprowadzić do nauki masturbacji.

W 2015 roku, jako prezes PSL, wystawił pan w wyborach prezydenckich Adama Jarubasa, który osiągnął jeszcze słabszy wynik niż dziś Kosiniak-Kamysz. Jarubas nie był jednak szefem partii, więc która porażka jest bardziej dotkliwa?

- Jarubas i Kosiniak-Kamysz to młodzi politycy, którzy jeszcze więcej mają przed sobą. To lekcja, którą muszą z pokorą przyjąć i przemyśleć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Tak pewnie będzie w przypadku Kosiniaka. W 2015 roku wiedziałem, że nie mamy szans w tamtych wyborach, mieliśmy kłopoty finansowe, więc znalazłem młodego kandydata, by potwierdzić to, o czym mówiłem - by oddać stronnictwo młodym. A żeby to zrobić, to trzeba tych młodych wylansować. Szefem kampanii Adama Jarubasa był Władysław Kosiniak-Kamysz. Dziś obaj to bardzo kompetentni politycy. Takich ludzi każda partia potrzebuje. Tylko 20-30 takich polityków, a nie wiceministrów, którzy uczą się sygnałów dnia i tylko z ich pomocą potrafią się wymądrzać w telewizji.

Co jest największą porażką tych wyborów?

- Dla mnie, czyli dla 60-letniego człowieka, który 20 lat spędził w dużej polityce, to oderwanie od rzeczywistych problemów gospodarczych, które idą na Polskę i Europę. Koronawirus tylko przyspieszył proces destrukcji, w tym Unii Europejskiej. Pod potrzeby kampanii nałgano ludziom, że sprawa koronawirusa jest opanowana, że eksport nabierze teraz dynamiki. Jeśli w dwa miesiące blisko 50 milionów Amerykanów straciło pracę, to na jakiej podstawie zakładamy, że nasz eksport do USA podwoi się w najbliższym czasie? Kampanie powinny być o czymś. Polityk, który nie wymaga od wyborców, ale tylko im obiecuje, jest dramatycznym nieporozumieniem. Bez względu na wynik w drugiej turze Polska w 2021 roku będzie Polską leczącą dramatyczne rany społeczne i gospodarcze.

Jeśli wynik wyborów nie ma znaczenia, to co zrobi pan w drugiej turze?

- Demokracja to przede wszystkim uczestnictwo. Nigdy nie zagłosuję na prezydenta, który świadomie łamie konstytucję. Nawet gdyby w II turze był Krzysztof Bosak, to wolałbym oddać głos na niego. Nie dlatego, że nie lubię Andrzeja Dudy. Zawiódł mnie po prostu jako prezydent.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne