Lublin. Sylwester Tułajew: Nie wstydzę się swojej historii

Sylwester Tułajew /Aleksandra Szmigiel /Reporter

Przez wiele lat, w dzieciństwie, byłem ministrantem i się tego nie wstydzę. Czy się obrażam za "ministranta" w sieci? Nie, jesteśmy w polityce i trzeba mieć grubą skórę – przekonuje kandydat PiS na prezydenta Lublina Sylwester Tułajew.

Reklama

Łukasz Szpyrka, Interia: "Nie znam go. Jego poparcie jest takie, jak poparcie PiS w Lublinie. Lech Sprawka byłby bardziej wymagającym rywalem" - tak w rozmowie ze mną mówił o panu Krzysztof Żuk. Jak odbiera pan te słowa?

Sylwester Tułajew: - Widać, że szef Platformy Obywatelskiej w woj. lubelskim Krzysztof Żuk utrzymuje narrację sprzed kilku miesięcy, bo właśnie tymi słowami zareagował na informację o moim starcie w wyborach. Gdy zapytano go, jak ocenia moją kandydaturę odparł, że nie zna Sylwestra Tułajewa. Naraził się na śmieszność, bo przecież przez dziewięć lat byłem w Radzie Miasta Lublin. Napisałem kilkaset interpelacji, na które odpowiadał. To bardzo dziwne, że mnie nie zna. Odczytuję to jako pychę prezydenta, ale też arogancję w stosunku do kontrkandydatów. Jeśli mnie nie zna, trudno. Znają mnie za to mieszkańcy. W wyborach w 2014 roku dostałem ponad 4300 głosów, gdy startowałem do RM Lublin. To był największy wynik w historii samorządu Lublina. Rok później, do Sejmu, dostałem 17,5 tys. głosów, co było trzecim wynikiem na liście, mimo że startowałem dopiero z 10. pozycji. Dziwi więc, że Krzysztof Żuk utrzymuje tę narrację.

Reklama

A słowa dotyczące Lecha Sprawki, który zdaniem Żuka byłby mocniejszym rywalem?

- Długo dyskutowaliśmy, kto będzie kandydował na prezydenta Lublina. Została złożona propozycja, a ja wyraziłem taką wolę. Dlaczego? Bo bardzo dobrze znam miasto i problemy mieszkańców. Tu się urodziłem, wychowywałem, mieszkam z żoną i córką. Dziś walczymy o to, by dobra zmiana nastąpiła w Lublinie.

Kto wysunął pańską kandydaturę?

- Prezes Jarosław Kaczyński powołał w każdym województwie szefów wojewódzkich zespołów samorządowych. W woj. lubelskim zostałem nim ja. Długo dyskutowaliśmy w kierownictwie partii w Warszawie o kandydatach. Propozycja została złożona i ją zaakceptowałem.

W Lublinie słychać głosy, że pańska kandydatura ma sens, ale jeszcze nie teraz.

- Inni mogą pytać, czy nie jest za późno. Swoim temperamentem i działaniem, zarówno wcześniej w radzie miasta, jak i obecnie w Sejmie chcę pokazać, że nadszedł czas na młodość. Mieszkańcy widzą, że mi na nich zależy. Na początku roku, kiedy jeszcze nikt nie mówił o moim kandydowaniu, odwiedziłem 80 gmin woj. lubelskiego. W ostatnim czasie odbyłem kilkanaście spotkań w kilkunastu dzielnicach Lublina. Mimo sezonu wakacyjnego za każdym razem przychodziło ponad sto osób. Takie spotkania dają mi dużo energii. Inaczej postępował, w mojej ocenie, Krzysztof Żuk. Wielu mieszkańców, również ja, uważa go za prezydenta elit i deweloperów.

Powtórzę pytanie: nie za wcześnie?

- Uważam, że nie. Jako Prawo i Sprawiedliwość pokazujemy młodych kandydatów do wielu miast. To sygnał, że jesteśmy partią na pokolenia. Mamy znakomitego lidera, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który ma bardzo szeroką wizję. Widzi kilka kroków do przodu. Takimi ruchami pokazuje, że docenia młodość, zapał, energię i chęć do pozytywnych działań.

A być może te wybory to długoterminowy plan Jarosława Kaczyńskiego? Może ta młodzież, jak pan w Lublinie, Waldemar Buda w Łodzi, Kacper Płażyński w Gdańsku, ma zbić kapitał, który zaprocentuje w kolejnych wyborach, za pięć lat?

- Tylko, że ja zakładam, że te wybory wygram. Dlatego się zgodziłem kandydować. Analizowałem sytuację i dążę do tego, żeby wygrać. Po spotkaniach z ludźmi, po pracy w radzie miasta i rozmowach z mieszkańcami zauważam postulaty, które dotąd nie zostały zrealizowane. Na tej podstawie powstaje mój program wyborczy.

Jeszcze nie jest gotowy?

- Jest gotowy. W najbliższych dniach kolejne postulaty będą przedstawiane, więc te zobowiązania, które już przedstawiłem, nie są ostatnie. Spotkania pokazały, że wiele spraw, które były pilne i ważne na przestrzeni lat, nie zostały zrealizowane. Na przykład ul. Wapienna, gdzie wciąż nie ma wodociągu i kanalizacji. To prawie centrum miasta. Mieszkańcy mówią, że czują się wykluczeni. Krzysztof Żuk swoim hasłem wyborczym "Zobacz efekty" chwali się, co zostało zrobione, a ja mówię zupełnie coś innego. "Łączy nas Lublin", gdzie wszyscy mieszkańcy powinni czuć się jak jedna wielka wspólnota. Lublin to nie tylko ratusz i centrum, ale też zapomniane dzielnice. Właściwie nikt tam nie zagląda, bo limuzyna urzędującego prezydenta tam nie zajeżdża. Jednym z moich najważniejszych postulatów jest zwiększenie rezerwy celowej dla rad dzielnic. Dziś mogą wykorzystywać 129 tys. zł rocznie, a ja uważam, że to za mało. Postuluję, by zwiększyć tę kwotę do 500 tys. zł.

Powtarza pan "Krzysztof Żuk", a nic nie mówi o innych kandydatach. Dlaczego?

- O których konkretnie?

Sześć osób ubiega się o urząd prezydenta Lublina.

- Nie pyta pan o innych, więc skupiam się na urzędującym, choć do każdego podchodzę z ogromnym szacunkiem. Jedna z tych osób powiedziała ostatnio: "po co Tułajew przyjechał do Lublina i co on tutaj robi"? Byłem zdumiony tym komentarzem, bo przecież jestem stąd. Z Lublinem jestem stale związany od 36 lat. Dziś każdy z kandydatów prezentuje swoją ofertę, ale oczywiście moim najgroźniejszym rywalem będzie Krzysztof Żuk.

Pierwsze sondaże dawały panu kilkanaście procent poparcia, najnowszy mówi o blisko 36 proc. Wciąż przewagę ma Żuk, ale różnica jest mniejsza.

- W pierwszych miałem zaledwie kilka procent. Rzeczywiście, w każdym kolejnym sondażu mam większe poparcie, ale nie przywiązuję większej uwagi do liczb, tylko patrzę na trend. Jest bardzo pozytywny, choć nie zapominajmy, że trochę czasu do wyborów zostało. Walka o głosy będzie trwała do ostatniego dnia przed ciszą wyborczą. Patrzę też na sondaże urzędującego prezydenta. Pierwsze dawały mu 70 proc., a dziś jest to 45 proc. Tutaj trend też jest jasny i czytelny.


Podobną sytuację swego czasu obserwował pan z bliska, prawda?

- Miałem przyjemność być w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy. Zajmowałem się tzw. duda-busem i mediami społecznościowymi. Z bliska przyglądałem się temu wszystkiemu. Sondaże były wtedy podobne. Andrzej Duda początkowo miał kilkanaście procent, a Bronisław Komorowski ponad 60. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.

Prezydent Andrzej Duda jest dla pana wzorem?

- Z całą pewnością. Ten czas kampanii, kiedy wsłuchiwał się w głosy wyborców i jak reagował na ich postulaty sprawia, że jest godny naśladowania. Pokazał, że coś, co wydaje się nie do wygrania, można wygrać. To kierunek, który przyświeca także mojej kampanii. Kiedy przypomnę sobie początek kampanii, kiedy patrzę na sondaże i reakcje ludzi, wiele przypomina mi kampanię prezydenta Dudy. Również reakcje Bronisława Komorowskiego i Krzysztofa Żuka były podobne: kim jest Andrzej Duda?, nie znam Sylwestra Tułajewa.

Stara się pan kopiować rozwiązania, które podpatrzył w kampanii prezydenckiej?

- Nie kopiuję, ale staram się wykorzystać dobre rozwiązania. Wtedy nauczyłem się, przede wszystkim, by być bardzo blisko wyborców, żeby rozmawiać, żeby nie bać się spotkań.

Kampania rozgrywa się także w internecie. W komentarzach pod artykułami lub na forach internetowych jest pan nazywany "ministrantem". Obraża się pan na takie określenie?

- Nie wstydzę się swojej historii. Nie pochodzę z bogatej rodziny, do dziś mieszkam na blokowisku, zostałem wychowany w rodzinie patriotycznej i wierzącej. Jestem z tego dumny. Przez wiele lat, w dzieciństwie, byłem ministrantem i się tego nie wstydzę. Czy się obrażam za "ministranta"? Nie, jesteśmy w polityce i trzeba mieć grubą skórę. Inna sprawa to hejt w sieci, który jest bardzo zauważalny. W każdym artykule, gdzie pojawia się moje nazwisko, są identyczne lub prawie identyczne komentarze. Czasami mam wrażenie, że zajmuje się tym jakaś grupa, która wstawia te same komentarze, które wyglądają dziwnie i mało wiarygodnie. W internecie każdy jest anonimowy, a mi bardziej zależy na spotkaniu z ludźmi. Na dziwne komentarze, które faktycznie pojawiają się w sieci, staram się nie zwracać uwagi.

Jakie są pana relacje z szefem PiS na Lubelszczyźnie Krzysztofem Michałkiewiczem? Słychać, że są raczej szorstkie.

- Jako PiS stanowimy silną drużynę i przedstawiamy kandydatów na różnych szczeblach. Jakiś czas temu odbyła się wspólna konferencja prasowa parlamentarzystów z Lublina, wśród których był również Krzysztof Michałkiewicz, gdzie otrzymałem silne wsparcie od moich kolegów. Nie doszukiwałbym się żadnej sensacji.

Chwilę po tej konferencji przyjechał do Lublina Jarosław Gowin, a później Beata Szydło. To chyba moment, kiedy pana kampania przyspieszyła.

- Spodziewam się jeszcze wielu gości. Mam dobre relacje z ludźmi z centralnej polityki, a kontakt z panią premier Beatą Szydło cenię sobie szczególnie. Współpracowaliśmy podczas dwóch kampanii, znamy się bardzo dobrze i widzę dużą życzliwość z jej strony. Przyjechała do Lublina i udzieliła mi mocnego wsparcia. To potwierdza, że jako prezydent będę współpracował z rządem.

W trakcie spotkania z Beatą Szydło na Placu Litewskim było bardzo gorąco. Pomogło czy zaszkodziło to panu w kampanii?

- Dlaczego miało zaszkodzić?

Omal nie doszło do bijatyki, na Placu Litewskim pojawili się różni ludzie i spotkanie wyborcze zamieniło się w jarmark z okrzykami i obraźliwymi hasłami.

- To, że na nasze spotkania przychodzą zwolennicy totalnej opozycji, KOD-owcy, to jako politycy PiS do tego przywykliśmy. Przychodzą, przeszkadzają i ma to miejsce niestety w całym kraju. Pokazujemy jednak, że nie obawiamy się takich spotkań i z każdym chcemy rozmawiać. Choć jak widać KOD nie ma na to ochoty, a prezentuje jedynie krzyk i zaciśnięte pięści. Jestem jednak przekonany, że to spotkanie z panią premier w Lublinie bardzo mi pomogło.

Później do Lublina przyjechał prezes Jarosław Kaczyński, który mówił: "chciałem, żeby młody Sylwester zrobił dobry wynik, ale pokonanie pana Żuka wydawało się niemożliwe. Dziś jest możliwe".

- Bardzo sobie cenię kolejne ogromne wsparcie władz centralnych i pana prezesa. Moja kampania jest bardzo aktywna i merytoryczna, a sondaże pokazują, że różnica pomiędzy Krzysztofem Żukiem a mną jest coraz mniejsza. Startuję po to, żeby wygrać i wierzę w to mocno, że uda mi się przekonać do siebie mieszkańców Lublina.

Szacuje się, że 12 z 17 tys. absolwentów lubelskich uczelni wyjeżdża z miasta po zakończeniu studiów. Jak chce pan ich zatrzymać?

- Zależy mi na tym, by znaleźli tu pracę, ale też rozpoczynali działalność gospodarczą. Dziś jednak wielu uważa, że miasto nie jest przyjazne przedsiębiorcom. Dlatego proponuję, by nie zwiększać podatku od nieruchomości przez pięć lat mojej kadencji. Przez ostatnie osiem lat podatek wzrósł o około 20 proc. Kolejna sprawa to plan zagospodarowania przestrzennego dla całego obszaru miasta, by mieszkańcy i przedsiębiorcy wiedzieli, gdzie mogą coś budować. Dołożę też wszelkich starań, by bardziej wykorzystać lotnisko w Lublinie. Brakuje tam cargo - wymiana towarów musi być jeszcze sprawniejsza.

W tej kwestii jesteście zgodni z prezydentem Żukiem.

- Planowałem to od dawna, dlatego przedstawiłem taki pomysł. Ułatwi to działalność gospodarczą i tworzenie nowych miejsc pracy.

W Lublinie brakuje też miejsc parkingowych.

- Gdy jeszcze byłem radnym miasta domagałem się, by przed strefą płatnego parkowania powstały bezpłatne parkingi. Tak, by mieszkańcy mieli wybór, czy wjechać do strefy, czy zostawić auto przed strefą i dojechać komunikacją miejską lub się przejść. Druga rzecz to duże parkingi na obrzeżach miasta dla tych, którzy przyjeżdżają spoza Lublina. Trzecia sprawa to Lubelska Kolej Aglomeracyjna. To postulat, który pojawił się parę dobrych lat temu. W projekcie miały partycypować miasto, województwo i PKP. Miasto jednak tego nie chciało. Ja chcę do tego wrócić i to zrealizować. Jest wielka przychylność rządu i Ministerstwa Infrastruktury, by to robić. Trzeba wybudować kilka dworców w Lublinie i modernizować te w miastach nieopodal Lublina, jak Lubartów czy Kraśnik.

Potężna inwestycja.

- Kolej jest na nią przygotowana. Koszty nie byłyby tak wielkie, bo miasto musiałoby się włączyć w przygotowanie i opracowanie projektu. Jeżeli zostanę prezydentem, będziemy to realizować. Nadrzędną zasadą jest w ogóle ścisła współpraca z rządem. Dziś w Lublinie patrzymy z zazdrością, jak rozwija się Rzeszów i woj. podkarpackie. Ale jest tam jasna sytuacja: samorząd ściśle współpracuje z rządem. Mam nadzieję, że tak samo będzie w Lublinie, bo przynosi to wymierne efekty dla regionu i miasta. Jako parlamentarzysta obserwuję, że wiele samorządów wręcz warczy na rząd. To zła sytuacja, która nie pomaga w rozwoju.

Jakiego wyniku spodziewa się pan 21 października?

- Zakładam, że będzie to wynik bardzo dobry i uzyskam ponad 40 proc. głosów i odbędzie się druga tura wyborów.

Jakie szanse ma PiS na uzyskanie większości w radzie miasta?

- Wiele ugrupowań połączyło się przeciwko PiS-owi. Ta lista jest po to, by wywalczyć jak najwięcej mandatów. Są tam przedstawiciele PO, Nowoczesnej, Wspólnego Lublina, PSL... Trudno wybadać jaki mają program. Co ciekawe, ci kandydaci zazwyczaj po moim wystąpieniu zwołują konferencję prasową i oceniają moje pomysły, zamiast przedstawić swoje. Śmiesznie to wygląda. Jestem jednak przekonany, że to właśnie lista PiS zdobędzie większość w radzie.

Ma pan kandydatów na wiceprezydentów?

- Niewykluczone, że jeszcze przed pierwszą turą przedstawię jednego kandydata na mojego zastępcę. Ustawa przewiduje, że może ich być czterech. Czy będzie czterech, czy trzech, o tym zdecyduję już po, mam nadzieję, zwycięskich dla mnie wyborach.

Wybory Samorządowe 2018. Śledź najnowsze informacje w raporcie specjalnym Interii

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje