Reklama

Reklama

"Maj" to słowo-klucz tych wyborów. Trwa szukanie kompromisu

Jak się dowiadujemy, "maj” to najczęściej przewijające się słowo podczas rozmów stronników Jarosława Gowina z przedstawicielami Jarosława Kaczyńskiego. Nikt nie chce odpuścić, ale szukanie kompromisu trwa. W grę wchodzą trzy scenariusze.

Obie strony tak się zapędziły, szczególnie w oficjalnych przekazach medialnych, że droga do kompromisu jest bardzo wyboista. Ale możliwa. W dyskusjach ciągle przewija się jedno słowo - "maj". Obie strony w ostatnich tygodniach tych trzech liter używały bardzo często, tyle że w innym kontekście. Jarosław Gowin, a także jego stronnicy, nieustannie przekonywał, że wyborów w maju przeprowadzić się nie da, że są one niebezpieczne i należy skupić się na ważniejszych sprawach. Z Nowogrodzkiej z kolei płynął prosty przekaz - wybory mają odbyć się w maju i koniec tematu. Jedni i drudzy w medialnych wypowiedziach "maj" odmieniali przez wszystkie przypadki.

Reklama

Dlatego też teraz trudno o porozumienie. Nawet jeśli byłoby ono blisko, oznaczałoby porażkę jednego z Jarosławów. W przypadku wyborów majowych - Gowina, a w przypadku innego terminu - Kaczyńskiego.

Słowo "maj" najczęściej pada w rozmowach między dwiema stronami, a co ważne, we wtorek doszło do bezpośredniej rozmowy Kaczyńskiego z Gowinem. Miała się odbyć w lepszej atmosferze niż ostatnio. Tyle tylko, że spotkanie nie przyniosło wymiernego rezultatu. Według naszych informacji kolejne spotkanie powinno odbyć się dzisiaj, choć we wtorek takich ustaleń między stronami nie było.

Dziś wydaje się, że koalicja Zjednoczonej Prawicy wisi na włosku, ale płaszczyzna do kompromisu jest. Mają nad nim pracować ludzie, którzy są wiarygodni zarówno dla PiS, jak i Porozumienia. Według naszej wiedzy jest to np. wiceminister obrony narodowej Marcin Ociepa, który z jednej strony jest jedynym wiceministrem resortu siłowego spośród koalicjantów (co świadczy o szacunku w PiS), a z drugiej jest wiceprezesem Porozumienia (Gowin darzy go zaufaniem). Ociepa nie pracuje sam, bo to właśnie posłowie Porozumienia, którzy współtworzą rząd, mają być pomostem między zwaśnionymi dziś stronami.

Na czym jednak miałby polegać kompromis? Według naszych informacji rozpatrywane są w zasadzie trzy opcje. W żadnej z nich nie ma mowy o wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego.

Wybory na prezydenta. Trzy scenariusze

Pierwszy scenariusz jest najprostszy - wciąż trwa próba nakłonienia części parlamentarzystów Porozumienia do głosowania za wyborami korespondencyjnymi. W tym wypadku, gdyby Zjednoczona Prawica utrzymała większość parlamentarną, wybory odbyłyby się najpewniej 23 maja.

Drugi scenariusz również zakłada datę 23 maja, ale wybory w formie mieszanej - tradycyjnej i korespondencyjnej dla osób powyżej 60. roku życia.

Trzeci wariant jest najciekawszy, bo zakłada interwencję Sądu Najwyższego, tymczasowo kierowanego przez sędziego Kamila Zaradkiewicza. W tym scenariuszu wybory w niedzielę 10 maja nie odbywają się, a co za tym idzie Sąd Najwyższy musiałby formalnie uznać wcześniej za nieważne. Tym samym rozpisany zostałby kolejny termin wyborów przed upływem kadencji prezydenta Andrzeja Dudy, czyli przed 6 sierpnia.

Wszystkie warianty zakładają ciągłość prezydentury - co ma być kluczowe w rozmowach między PiS a Porozumieniem. W żadnym wariancie nie przewiduje się wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, który miałby być ostatecznością. Według naszych informacji, nie są też rozważane przyspieszone wybory parlamentarne, które miałyby się odbyć tego samego dnia co wybory prezydenckie.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy