Reklama

Reklama

Wojciech Hermeliński: Głosowanie korespondencyjne? Wylano dziecko z kąpielą

- Nie wyobrażam sobie, by ludzie w kwarantannie łamali zakaz wychodzenia z domu i biegli do lokalu wyborczego. Nie wyobrażam sobie też praktyk z czasów PRL, gdy komisje jeździły z urnami po domach i zbierały głosy - o przesłankach do przełożenia terminu wyborów prezydenckich mówi Interii Wojciech Hermeliński, szef Państwowej Komisji Wyborczej w latach 2014-2019.

Łukasz Szpyrka, Interia: Wybory prezydenckie powinny zostać przełożone?

Reklama

Wojciech Hermeliński: - Na miejscu władz poważnie zastanowiłbym się nad przełożeniem wyborów. I to z kilku względów. Pomijam kwestie polityczne, bo te mnie nie interesują. Po pierwsze, nie odbywa się procedura wyborcza, bo nie ma kampanii wyborczej. Kampania wyborcza to jedna z faz procedury wyborczej, bo począwszy od zarządzenia terminu wyborów powinna rozpocząć się agitacja. To jedna z kluczowych faz, bo wtedy kandydaci starają się przedstawiać swoje programy wyborcom. Tego teraz nie ma. W zasadzie jedynym kandydatem, który tę kampanię prowadzi, jest prezydent. Zawsze tak jest, że osoba, która pełni urząd publiczny, jest w lepszej sytuacji, bo trudno oddzielić jego działania służbowe od kampanijnych. W tym przypadku zakłócona jest równość, o której mówi konstytucja. Pozostali kandydaci milczą, wycofali się, a zgodnie z zaleceniami władz jest to słuszne. Abstrahując jednak od wyniku wyborczego, ich szanse na prezentowanie programów są małe.

A druga przesłanka?

- To kwestie techniczne. Kodeks wyborczy mówi, że najpóźniej w 21. dniu przed wyborami powinny być powołane obwodowe komisje wyborcze. Trzeba przyznać, że ich członkowie będą najbardziej narażeni na kontakt z chorymi. Ci ludzie spędzają cały dzień w lokalu wyborczym, często dusznym, niewietrzonym, i spotykają się z wyborcami. Członkowie komisji to z reguły starsi ludzie, którzy w takim wypadku nie muszą się tak chętnie zgłaszać, nawet mimo znaczącej podwyżki diety z tego tytułu. Zresztą, jak sięgnę pamięcią wstecz, zawsze był z problem z członkami komisji. Teraz kłopot z rekrutacją może być jeszcze większy.

Jaki jest trzeci powód?

- To frekwencja, która na pewno spadnie. Nie chcę być złym prorokiem, bo przecież w ostatnich wyborach mieliśmy znakomitą frekwencję, bardzo wysoką. W obecnej sytuacji obawiam się, że będzie niewielka. Będzie pewnie wielu wyborców, którzy powiedzą, że nie pójdą głosować, bo wolą być zdrowi. Takich postaw należy się spodziewać. W związku z tym można zastanawiać się, na ile wynik wyborów będzie reprezentatywny. Te trzy kwestie techniczne powinny być, w moim przekonaniu, rozważone przez władze.

Jak zapewnić bezpieczeństwo sanitarne w lokalach wyborczych?

- Wydaje mi się to niemożliwe. Jedyna chyba szansa to wprowadzenie "segregacji", czyli poszczególni wyborcy wchodzą pojedynczo do lokalu. Tak zrobiono w niedzielnych wyborach we Francji. Tyle tylko, że wyborca i tak musi podejść do stolika i złożyć podpis. To jest ważne, bo nie da się tego zrobić na odległość. Tego się tutaj obawiam.

- Inna sprawa to ludzie, którzy są w kwarantannie i nie będą mogli głosować. Nie wyobrażam sobie, by łamali zakaz wychodzenia z domu i biegli do lokalu wyborczego. Nie wyobrażam sobie też praktyk z czasów PRL, gdy komisje jeździły z urnami po domach i zbierały głosy. Po pierwsze, kto się zgodzi z członków komisji na niebezpieczeństwo ewentualnego zarażenia, a po drugie, jaką liczbę protestów wyborczych by to wywołało? Będą zaraz zarzuty, że urny były wynoszone poza lokal, a wtedy hulaj dusza.

Co z głosowaniem korespondencyjnym lub internetowym?

- Władze zniosły głosowanie korespondencyjne. Są one możliwe tylko dla tych, którzy mają ograniczony lub znaczny stopień niepełnosprawności. Wcześniej w zasadzie każdy mógł to zrobić, a na teraz byłoby to rozwiązanie idealne. Wiele osób pewnie chciałoby z tego skorzystać. Komisja przysyłała kopertę z kartą do głosowania. Można było umówić się z listonoszem, że on tę kopertę odbierze. To byłaby teraz znakomita forma uniknięcia kontaktu z komisją. Tego nie ma, bo wylano dziecko z kąpielą. Głosowanie internetowe natomiast nie ma szans na tak szybkie wprowadzenie. Prawdopodobnie nie będzie takiej możliwości jeszcze przez wiele lat. Pamiętam, gdy rozmawiałem kilka lat temu z ówczesnym ministrem cyfryzacji to mówił, że to bardzo odległa przyszłość. Na razie można więc takie dywagacje pominąć. Pozostaje nam głosowanie przez pełnomocnika, który i tak musi przyjść do komisji, albo głosowanie korespondencyjne, z którego może skorzystać ułamek wyborców.

Krótko mówiąc - pozostaje nam tradycyjne głosowanie w lokalu wyborczym.

- Tak, w zasadzie tylko ta możliwość.

Tylko wprowadzenie stanu nadzwyczajnego daje przesłanki do przełożenia terminu wyborów?

- Musiałoby się to odbyć zgodnie z konstytucją, czyli tak jak mówi konstytucja w art. 228, potrzebny jest stan nadzwyczajny. Stan wojenny nie wchodzi w grę, a do obecnej sytuacji najbardziej pasuje stan klęski żywiołowej. Na tej podstawie można przełożyć wybory. Specustawa nie daje podstawy do tego, żeby wybory zostały przełożone.

I co potem?

- Po zakończeniu stanu klęski żywiołowej wybory nie mogą się odbyć w ciągu 90 dni. Myślę, że to dobry termin, bo wyborcy mogą się uspokoić, a kampania wyborcza może być w tym czasie wznowiona. Uważam, że ten wariant władze powinny w sposób rzeczowy i uczciwy rozważyć.

Jeśli stan klęski żywiołowej skończyłby się, załóżmy, w połowie czerwca, to wybory mogłyby się odbyć w drugiej połowie września lub w październiku?

- Wszystko zależy od tego, kiedy stan klęski żywiołowej by się skończył. Przepis mówi, że w czasie stanu nadzwyczajnego i w ciągu 90 dni od jego zakończenia, głosowanie nie może się odbyć.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje