Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie. Bieg z przeszkodami po 100 tys. podpisów

Zalecenia władz, by nie opuszczać domów bez potrzeby sprawiają, że wielu kandydatów w wyborach prezydenckich ma duży problem z zebraniem wymaganej liczby 100 tys. podpisów. – Prowadzenie kampanii w takich warunkach jest po prostu kpiną – piekli się jeden z nich.

Do 16 marca każdy, kto chciał wystartować w wyborach prezydenckich, musiał utworzyć i zarejestrować komitet wyborczy. Ta sztuka udała się 34 kandydatom. Tyle tylko, że nieliczni do tej pory zdołali złożyć w PKW wymaganą liczbę 100 tys. podpisów świadczących o poparciu kandydata. Pozostali mają z tym ogromny problem, który nasilił się w momencie zaleceń rządowych organów, by nie wychodzić z domów z obawy przed zarażeniem koronawirusem.

Reklama

Polacy do tych zaleceń się zastosowali. Z małymi wyjątkami trudno dziś znaleźć na ulicach tłumy. Większość woli dmuchać na zimne i zostać w domu, niż przez brak rozwagi zarazić się dziesiątkującym społeczeństwo wirusem.

Tym samym w wyborach prezydenckich, które niezmiennie mają się odbyć 10 maja, może się zdarzyć, że wystartuje tylko kilku kandydatów z tzw. mainstreamu. Do tej pory Krajowe Biuro Wyborcze przyjęło podpisy od sześciu komitetów (Władysław Kosiniak-Kamysz, Szymon Hołownia, Małgorzata Kidawa-Błońska, Robert Biedroń, Krzysztof Bosak i Andrzej Duda). Pięć lat temu z 23 zarejestrowanych komitetów podpisy udało się zebrać 11 z nich. Teraz, w wyjątkowej sytuacji, można pomarzyć o takiej liczbie oficjalnych kandydatów, mimo że komitetów zostało zarejestrowanych dużo więcej.

Do tego grona niebawem może dołączyć prof. Mirosław Piotrowski. Były europoseł PiS, a od jakiegoś czasu lider Ruchu Prawdziwa Europa-Europa Christi zapewnia, że uda mu się zdążyć w ustawowym terminie. Z naszych rozmówców jest on w najlepszej sytuacji, bo zbieranie podpisów rozpoczął na wczesnym etapie kampanii. Jak przekonuje, jest już na ostatniej prostej, choć wymaganej liczby jeszcze nie uzyskał.

- Kończymy zbieranie podpisów. Jestem na dobrej drodze, by zebrać wymaganą liczbę. Sytuacja, która zaistniała, nie jest sprzyjająca, ale się uda. Mamy pewne utrudnienia, a jeśli nie będzie jakiejś dywersji, to na początku przyszłego tygodnia powinniśmy się zarejestrować - przyznaje w rozmowie z Interią.

Wybory zostaną zaskarżone do Sądu Najwyższego?

- Od 13 marca zbieranie podpisów graniczy z cudem. Prowadzenie kampanii w takich warunkach jest po prostu kpiną - obrusza się w rozmowie z Interią Leszek Samborski, kandydat "Odpowiedzialności".

- Zbliżamy się do wymaganej liczby, ale czy się uda? Nie wiem. W momencie spadła liczba podpisów, które do nas spływały. W takiej sytuacji, jeśli kampania dalej będzie tak wyglądać, to po wyborach zaskarżymy je do Sądu Najwyższego. To nasze jedyne wyjście. W normalnym kraju Sąd Najwyższy powinien te wybory uznać za nieważne - ostrzega Samborski.

Wprowadzenie specjalnych obostrzeń sprawiło, że podobne problemy ma też Waldemar Witkowski, przewodniczący Unii Pracy.

- Mam prawie 90 tys. podpisów, ale ostatnia prosta to tragedia. Szanse są, ale zobaczymy. Gdy rejestrowałem komitet, miałem już połowę podpisów. Górka zaczęła się wtedy, kiedy rząd zaczął podgrzewać atmosferę w sprawie koronawirusa - mówi nam Witkowski.

Witkowski tłumaczy, jak w praktyce wygląda dziś zbieranie podpisów.

- 8 marca organizowałem wydarzenie na Starym Rynku w Poznaniu związane z Dniem Kobiet. W innych wyborach zbierało się w tym miejscu zazwyczaj 500-700 podpisów, a tym razem było ich 30-40. Ludzie boją się podchodzić, boją się wyciągnąć dowód. Atmosfera jest niesprzyjająca, bo ich głowy zajęte są czymś innym. Jest naprawdę problem i nie ukrywam, że takiego nie miałem jeszcze nigdy - rozkłada ręce lider Unii Pracy.

Kandydaci apelują: Wybory powinny zostać przełożone

Niemal wszyscy kandydaci są zgodni - wybory powinny zostać przełożone z uwagi na obecną sytuację w kraju. Niektórzy z nich już wystosowali takie apele do władz państwowych. Inni uważają, że w tej nadzwyczajnej sytuacji trzeba działać razem i dzwonią do siebie, by wspólnie się zorganizować. Zarówno działania indywidualne jak i zbiorowe mają jeden cel - przesunięcie terminu wyborów tak, by móc zebrać wymaganą liczbę podpisów i wystartować.

- Już zaapelowałem do władz o przesunięcie terminu. Wiem, że inni kandydaci też tego chcą, bo zabraknie im podpisów z prostej przyczyny - nie mają gdzie ich zbierać - podkreśla Witkowski.

Piotrowski: - Uzasadnione będzie przełożenie wyborów w obecnej sytuacji. Zdaniem wielu prawników stan nadzwyczajny już zaistniał, jest on tylko inaczej opisany. Trzeba patrzeć na to, kto w tej sytuacji korzysta politycznie - to Andrzej Duda. Dzwonią do mnie inni kandydaci, których nawet nie znałem wcześniej, i skarżą się, że nie mogą zbierać podpisów. Problem jest więc realny.

Samborski: - Nie wiem, co zrobi ekipa rządząca, bo zachowuje się kompletnie nieracjonalnie. Jedyną racjonalnością jest jej korzyść polityczna. Jeżeli w sondażach wyjdzie im, że Andrzej Duda przegrywa, to wybory przełożą. Jeśli wyjdzie im, że wygrywa, to wybory się odbędą. Ludziom kazali siedzieć w domach, a sami pójdą na wybory i go wybiorą.

- Prezydent, który uczestniczy w kampanii wyborczej mówi, żeby zostać w domach, a jednocześnie dodaje, że wyborom nic nie zagraża. Jak to można nazwać? To jest karygodne. Prowadzenie kampanii w takich warunkach jest niemożliwe. To absurd - piekli się Samborski.

Na dziś sytuacja nie ulega zmianie. Wybory powinny odbyć się 10 maja, a marszałek Sejmu Elżbieta Witek powiedziała w czwartek, że data ta "jest niezagrożona". Kandydaci mają równo tydzień na złożenie w PKW wymaganej liczby 100 tys. podpisów. Jeśli do 26 marca ta sztuka im się nie uda, nie wystartują w wyborach prezydenckich.

Łukasz Szpyrka

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy