Grecja: Pudrowanie bankruta

Manifestacja na placu Syntagma /AFP

Komisja Europejska i rząd Grecji uroczyście i zgodnie ogłosili koniec kryzysu w tym kraju. Sprywatyzowane państwo z minimalnymi wydatkami ma być teraz czempionem osiągającym co roku nadwyżki budżetowe. Czy to nie piękne?

Reklama

"To coś wyjątkowego i historycznego. Grecki kryzys skończył się dziś wieczorem w Luksemburgu. To była długa i trudna droga" - oznajmił 22 czerwca unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Pierre Moscovici.

Tego dnia zawarto porozumienie między Grecją a państwami strefy euro i Komisją Europejską wyznaczające na sierpień tego roku koniec programu pomocowego dla Aten.

Reklama

Moscoviciemu wtórował premier Grecji Aleksis Cipras: "Mamy do czynienia z historycznym porozumieniem. Grecja znów staje się normalnym krajem, odzyskując finansową i polityczną niezależność".

Ku uciesze fotoreporterów Cipras po raz pierwszy pokazał się publicznie w krawacie. Obiecał, że to zrobi, gdy Grecja wyjdzie z kryzysu.

W sukurs premierowi ruszył grecki minister finansów: "To koniec greckiego kryzysu. Grecja otwiera nowy rozdział".

Rzecznik greckiego rządu również dał do zrozumienia, że oto zza chmur zapaści wyjrzało słońce dobrobytu: "Grecy znów mogą się uśmiechać" - oznajmił.

Z zagranicy napływają pochwały. "Grecja wykonała wspaniałą pracę. Wywiązała się ze wszystkich zobowiązań" - oświadczył z uznaniem minister finansów Francji Bruno Le Maire.

Stan gry

Powiedzieć, że Grecja wkracza na szlak owej świetlanej przyszłości pokiereszowana, to nic nie powiedzieć. Od 2010 roku gospodarka kraju skurczyła się o 26 proc. Płace spadły średnio o 20 proc., a świadczenia socjalne o 70 proc.

Bezrobocie wynosi 20 proc., ale wśród młodych aż 43 proc. Dlatego wyjeżdżają. Każdego miesiąca kraj opuszcza 15-20 tysięcy młodych Greków.

Biorąc pod uwagę realną wartość pieniądza w Grecji, od jej mieszkańców biedniejsi w UE są tylko Chorwaci, Rumuni i Bułgarzy.

Dług publiczny wciąż wynosi horrendalne 180 proc. PKB.

Powodami do optymizmu mogą być natomiast rekordowe wyniki turystyki - w tym roku Grecję ma odwiedzić 32 mln przyjezdnych - oraz pojawienie się wzrostu gospodarczego na poziomie 1,9 proc. - o tyle wzrosło PKB Grecji rok do roku.

Teraz, kiedy ogłoszono koniec kryzysu i Grecja wraca na rynki finansowe, może być już tylko lepiej, prawda?

Diabeł tkwi w szczegółach

Aleksis Cipras tak się zatracił w wiązaniu krawata, że nie zdążył dokładnie zreferować, na czym polega porozumienie z 22 czerwca.

Zróbmy to za niego.

Grecja wcale nie odzyskała niezależności i wciąż będzie trzymana na krótkiej smyczy przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i eurogrupę. KE co trzy miesiące będzie przyjeżdżać na kontrole i sprawdzać np. czy Grecja wystarczająco szybko prywatyzuje swój majątek.

W porozumieniu Grecja zobowiązała się do wypracowywania co roku nadwyżki budżetowej aż do 2060! Przez tyle lat bez wyjątku - to nie udało się wcześniej żadnemu innemu państwu.

W zamian za trzecią transzę pomocy, wartą 15 miliardów euro, Grecja musi po raz kolejny podnieść podatki, obniżyć emerytury i kontynuować wyprzedaż majątku państwowego.

Słowa krytyki

"Europa stacza się w otchłań negacji na pełnych obrotach. Bankructwo Grecji zostało rozciągnięte do 2060 roku, a oni nazywają to oddłużeniem" - napisał na Twitterze były minister finansów Grecji, Janis Warufakis.

Co ciekawe, wątpliwości podziela również Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który odmówił uczestniczenia w trzecim pakiecie pomocowym. Według MFW Grecja nie wyjdzie na prostą bez umorzenia części długu.

Czerwcowe porozumienie krytykuje także, co zrozumiałe, opozycja. Lider sondaży, centroprawicowa Nowa Demokracja, wskazuje, że w ramach "końca kryzysu" od Greków wymaga się kolejnych poświęceń.

A tych było od 2010 roku niemało.

Zaciskanie pasa "level hard"

Komu dzisiaj zabiorą? - mogą się zastanawiać Grecy, włączając wieczorne wiadomości. I tak już osiem lat.

Od 2010 roku, kiedy zaczęły się pakiety pomocowe, płaca minimalna w Grecji spadła z 876 do 683 euro. Emerytury obniżono nawet o 40 proc. Ponad 1,2 mln greckich emerytów żyje za mniej niż 500 euro miesięcznie. Średnia emerytura to 722 euro.

Wiek emerytalny podniesiono do 67 lat dla kobiet i mężczyzn. Zlikwidowano emerytury pomostowe.

Doszło do masowych zwolnień w sektorze publicznym. Niezależnie od tego, czy w danym urzędzie albo firmie był przerost zatrudnienia czy nie - Grecja miała do wyrobienia kwotowe normy zwolnień i koniec. Trzeba było wykonać. Tym, którzy w budżetówce zostali, ścięto pensje nawet o 30 proc.

VAT podniesiono z 19 do 24 proc., a następnie podciągnięto większość towarów pod tę właśnie stawkę. CIT podniesiono do 29 proc., co jest szczególną trudnością zwłaszcza dla małych przedsiębiorstw.

Nałożono nowe podatki na co tylko się dało: internet, telewizję, turystykę... Wzrosła akcyza.

Grecja została także zmuszona do sprywatyzowania: lotnisk, portów, autostrad, energetyki, gazu, wodociągów, poczty, kolei.

I to wszystko w zamian za łącznie 274 mld euro pomocy dla Grecji, tak? Może jednak było warto zacisnąć pasa, by przeżyć?

Tyle że twierdzenie, iż Troika - Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy - pomogła Grecji, jest pewnym "semantycznym nadużyciem".

Komu tak naprawdę pomogła Troika

Jak wynika z badań Europejskiej Szkoły Zarządzania i Techniki w Berlinie, 95 proc. pieniędzy z pakietów pomocowych dla Grecji trafiło prosto do prywatnych wierzycieli. W praktyce: niemieckich i francuskich banków.

Pieniądze, wbrew temu, co mówiono, nie wsparły bezpośrednio greckiej gospodarki.

Angela Merkel i Nicolas Sarkozy, gdy zorientowali się, ile pieniędzy utopili ich lekkomyślni bankierzy w Grecji, uznali, że w pierwszej kolejności muszą ratować swój system bankowy (a nie Grecję). Ponieważ jednak już wcześniej Bundestag zatwierdził dokapitalizowanie banków - jak się okazało, niewystarczające - trzeba było to zrobić "naokoło".

Setki miliardów euro pomocy dla niemieckich i francuskich banków sprzedano więc europejskiej opinii publicznej jako gest solidarności z greckim narodem.

Grecja otrzymała zatem pożyczkę, która powiększyła jej dług publiczny i niemal natychmiast zasiliła konta rzeczonych banków.

Innymi słowy to, co było problemem banków, zostało przerzucone na obywateli. To oni mają cierpieć, to oni mają spłacać. Bankierzy już dawno wyszli na swoje.

Polityka cięć nie działa

W tej karkołomnej operacji "solidarności z Grecją" pojawił się jeszcze jeden problem wizerunkowy - "pracowity Niemiec" nie chciał pożyczać "leniwemu Grekowi" (ten stereotyp to zresztą temat na osobny artykuł). Tabloidy zwietrzyły krew i zaczęły podsycać uprzedzenia: dlaczego mamy ich ratować?

I tu właśnie wkraczają owe drastyczne cięcia. Greków trzeba było przydusić, i to mocno, m.in. po to, by uspokoić europejską opinię publiczną - owszem, ratujemy lenia i dłużnika, ale nie ma nic za darmo, leń i dłużnik musi się teraz solidnie przyłożyć do reform, Dzień Dziecka się skończył, podobnie jak darmowe lunche.

Im bardziej Grek cierpiał, tym mniejsze było oburzenie pakietami ratunkowymi.

Oficjalnie reformy miały na celu uzdrowienie greckiej gospodarki, przywrócenie jej konkurencyjności, ukrócenie patologii.

Jednak zdaniem ekonomistów zaliczanych do szkoły słynnego Johna Maynarda Keynesa cięcia nie miały prawa zadziałać.

Z gospodarką w kryzysie jest tak - tłumaczą - że radykalne obniżanie wydatków bezpośrednio odbija się na wpływach do budżetu. Ja czy ty, drogi czytelniku, jeśli będziemy wydawać mniej, to nie wpłynie to na nasze dochody. Z państwem jest, niestety, inaczej. Cięcia w kryzysie przyduszają gospodarkę i wpychają państwo jeszcze mocniej w spiralę zadłużenia - twierdzą keynsiści. Można to było zaobserwować w Grecji przez te osiem lat - od uruchomienia pakietu pomocowego dług publiczny w relacji do PKB wzrósł o ponad 30 punktów proc.

Nadwyżka budżetowa pojawiła się dopiero teraz, gdy wydatki ścięto już do gleby, a w Europie nastąpiła poprawa koniunktury. Tyle że ta nadwyżka to trochę sztuka dla sztuki i służy wyłącznie temu, by obłaskawić Komisję Europejską. Beznadziejnej sytuacji przedsiębiorstw nie poprawia, a samych Greków, jak już wspomnieliśmy, czekają dalsze wyrzeczenia.

O tym, że polityka cięć nie uzdrowi Grecji, dobrze wiedzieli jej autorzy. Jak wspominał Janis Warufakis, szefowa MFW Christine Lagarde miała mu powiedzieć za zamkniętymi drzwiami: "Oczywiście masz rację, Janis, to nie ma prawa zadziałać, ale zbyt dużo politycznego kapitału zostało zainwestowane w ten program".

Dzisiejsze, wyrażane już publicznie, obiekcje MFW zdają się potwierdzać sceptycyzm Lagarde wobec skuteczności obranych metod.

Eksperyment trwa

Dlaczego zatem w świetle powyższych zastrzeżeń Aleksis Cipras i Komisja Europejska ogłaszają wesoło koniec greckiego kryzysu?

Motywacje są aż nadto czytelne.

Komisja dowodzi, że oto uratowała Grecję przed stoczeniem się w otchłań, reformy zadziałały, a pieniądze europejskiego podatnika nie zostały zmarnowane.

Cipras z kolei za nieco ponad rok stanie do wyborów. Wiele wskazuje na to, że władzę straci. Obiecywał Grekom koniec cięć, a później zgodził się na wszystko, co mu podyktowano. Jego jedynym ratunkiem jest więc przekonanie Greków, że wyciągnął kraj z kryzysu.

Tymczasem wielki eksperyment ekonomiczno-społeczny przeprowadzany bez znieczulenia na jednym z europejskich narodów tak naprawdę trwa w najlepsze i potrwa co najmniej do 2060 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Grecja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje