​Jacek Jaśkowiak: Prosta matematyka

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak /UMP /

- Jeżeli ktoś nie potrafi czegoś zrobić w dziesięć lat, to i w dwadzieścia mu się nie uda - mówi o "zasiedziałych" włodarzach miast Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat Koalicji Obywatelskiej na kolejną kadencję. Jak podkreśla aktualny faworyt przedwyborczych sondaży - swoją ostatnią.

Reklama

O "tęczowym Jacku", niespełnionej obietnicy, współpracy z rządem, relacjach miasto-Kościół i na inne tematy rozmawialiśmy trzy tygodnie przed wyborami samorządowymi w przestronnym gabinecie prezydenta Poznania.

Michał Michalak, Interia: Z takiego biura rzeczywiście szkoda byłoby się wyprowadzać.

Reklama

Jacek Jaśkowiak: - Kiedy tutaj przyszedłem, biuro wyglądało jak zakrystia księdza Jankowskiego. Moje wcześniejsze było urządzone nowocześnie. Jednak to nie kwestia biura i mebli, bo te akurat są z wyprzedaży, ale tego, co się robi dla mieszkańców. Rzeczywiście, szkoda byłoby mi tego nie kontynuować...

Wyglądało jak zakrystia - czy to przytyk do bliskich relacji poprzednika z Kościołem?

- Jakoś tak pasowało do mojego poprzednika. Dla mnie - zupełnie niefunkcjonalne. Nie nadawało się do pracy, do spotkań roboczych, które tutaj się odbywają.

Czy kandydat, który mówi, że "nie będzie fajerwerków, tylko pot i łzy" może porywać tłumy z takim przekazem?

- Obiecywanie gruszek na wierzbie to nie jest droga do przekonania wyborców. Liczy się ciężka praca i konkretne efekty, a nie zapowiadanie projektów, które mają rzucić świat na kolana: jakaś hala widowiskowo-sportowa za 400 milionów, metro czy inne kosmiczne pomysły. Skończyły się czasy wyścigu gmin: która wybuduje największy aquapark, Disneyland z Michaelem Jacksonem czy największy stadion. To jeszcze widać w mentalności PiS-u: "zrobimy największe lotnisko w Europie". Typowe naleciałości epoki słusznie minionej.

Nie dla gigantomanii?

- Zdecydowane "nie" dla gigantomanii i zupełnie bezsensownych inwestycji, które nie mają nic wspólnego z zaspokajaniem potrzeb mieszkańców i komfortem ich codziennego życia.

Pana główny konkurent, Tadeusz Zysk, mówi tak: "Nie ma już też Poznania z wizerunkiem miasta kultury oraz wiodącymi uczelniami. Kiedyś Poznań na pewno był atrakcyjnym miastem. Patrząc na demografię, to nawet dla samych poznaniaków przestaje być atrakcyjny". Czy Poznań rzeczywiście tak bardzo osłabł?

- W przeszłości w Poznaniu rzeczywiście mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem wyludniania się, wyprowadzek do domków pod miastem. Przechodziły przez to prawie wszystkie miasta Europy, między innymi Berlin czy Kopenhaga. Jednak ujemne saldo migracji bardzo się zmniejszyło. W tej chwili obserwujemy swego rodzaju falę powrotów dzieci tych, którzy się wyprowadzili. One musiały być dowożone do szkół, w miejscu zamieszkania nie miały możliwości realizacji swoich hobby, a do kina, teatru czy na inne wydarzenia kulturalne - musiały jeździć do miasta. W tej chwili przygotowujemy się na wzrost liczby mieszkańców. Widzimy, co się dzieje w dzielnicy Jeżyce - jej rozwój wręcz eksplodował. Deweloperzy nie budowaliby teraz dwa razy więcej mieszkań, gdyby nie widzieli w tym biznesu. Wiedzą, że nowe mieszkania znajdą nabywców.

Czyli mamy nowy trend?

- To widać po rosnących przychodach z PIT. Przed nami wielkie wyzwanie, by tam, gdzie przybędzie mieszkańców, odpowiednio zabezpieczyć infrastrukturę. Trend, o którym mówi mój kontrkandydat z PiS-u, to już przeszłość.

A co z budownictwem komunalnym i socjalnym? Obiecywał pan cztery tysiące mieszkań w trakcie swojej kadencji. Co poszło nie tak?

- Cenny czas straciliśmy na początku kadencji, bo sprawy ruszyły do przodu dopiero po zawarciu koalicji programowej z lewicą. Obecnie na różnym etapie zaawansowania jest kilkanaście inwestycji, w efekcie których oddamy ponad 1300 lokali komunalnych. Mieszkania buduje też Poznańskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego. Łącznie do 2024 roku miasto ma w planach około 7200 mieszkań. Nowością jest program "Najem z dojściem do własności". Tak więc zapowiadane przeze mnie mieszkania na pewno trafią do czekających na nie poznaniaków.

Czy pana hasło "Poznań - kierunek Europa!" oznacza, że Poznań jest dziś jeszcze niewystarczająco europejski?

- Polska przez stulecia była na obrzeżach cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Od zawsze ścierały się tu wpływy zachodnie i wschodnie, mam tu przede wszystkim na myśli Moskwę. Polityka PiS-u wyraźnie pokazuje, że bliższy jest im Putin i Łukaszenka. Ja z kolei, zresztą jak i poznaniacy, cenię wartości europejskie i uważam, że powinniśmy korzystać z doświadczeń i rozwiązań sprawdzonych w miastach zachodnioeuropejskich. Poznań przez lata był oknem Polski na świat. To tutaj, dzięki regularnym kontaktom z cudzoziemcami zza żelaznej kurtyny, atmosfera była inna. Znalazło to swoje przełożenie na również na kulturę: Stanisław Barańczak, kabaret Tey, Teatr Ósmego Dnia. Poznaniacy mentalnie są bardziej europejscy niż mieszkańcy ściany wschodniej.

Czyli jest to mocno osadzone w kontekście sytuacji politycznej na szczeblu centralnym. Pan prezydent ma, widzę, znaczek "Konstytucja" wpięty w klapę marynarki.

- Dostałem go na rozprawie uniewinniającej moją żonę (od zarzutu użycia słów nieprzyzwoitych w miejscu publicznym - przyp. red.). Wpięła mi go wybitna działaczka "Solidarności", która walczyła o wolność i demokrację, za co była prześladowana. Ten gest uznałem za symboliczny, nie będę więc tego znaczka zdejmował. Traktuję to jako pewne zobowiązanie.

Czy pana działalność opozycyjna wobec rządu bardziej Poznaniowi pomaga czy szkodzi?

- Te wszystkie statuetki, które stoją za moimi plecami, otrzymaliśmy między innymi za umiejętność wykorzystania środków unijnych, a różne rankingi dowodzą, że potrafimy sprawnie zarządzać. Władza nie ma za bardzo innej możliwości, jak współpracować z tymi partnerami, którzy potrafią tym mieniem publicznym dobrze gospodarować. Wspólnie z rządem realizujemy szereg inwestycji, choćby Park Rataje - największa inwestycja w zieleń w ostatnich 30 latach w Polsce. Mówienie, że rząd będzie nękał Poznań, bo sprzeciwiamy się ich polityce, to nonsens.

Czyli nie ma jakiejś niechęci na szczeblu urzędniczym, która ustawiałaby Poznań w gorszej pozycji wyjściowej ze względu na pana?

- Liczą się umiejętności zarządcze. Na Międzynarodowych Targach Poznańskich odbędzie się szczyt klimatyczny oraz tzw. szczyt bałkański. Lepiej dobrze zorganizować to w Poznaniu rządzonym przez Jaśkowiaka, niż spartolić to gdzie indziej, choć rządzi tam pisowski polityk.

Z innej beczki. Czy wypowiedział pan wojnę kierowcom?

- Nie, nikomu nie wypowiedziałem żadnej wojny. Moje działania zmierzają do tego, by ci, którzy nie mogą zrezygnować z samochodu - na przykład rzemieślnicy czy lekarze - sprawnie poruszali się po mieście. Korzystamy z rozwiązań sprawdzonych w miastach zachodnioeuropejskich. Warto sprawdzić samemu, na czym polega różnica między transportem zrównoważonym w Zurychu a jazdą po Kijowie.

Wzmacnianie transportu publicznego i transportu rowerowego nie musi się odbywać kosztem kierowców?

- Pojemność miasta jest ograniczona. W Poznaniu na 100 tys. mieszkańców przypada znacznie więcej aut niż choćby w Berlinie. Nie da się ich wszystkich "upchnąć" w ruchu. Proszę zauważyć, że średnie wypełnienie samochodu wynosi 1,1 osoby. W jednym tramwaju, w komfortowych warunkach, może jechać 180-200 osób. To prosta matematyka! W Szwajcarii czy w Danii nie trzeba nikomu tłumaczyć, że rozwój transportu publicznego i ruchu rowerowego nie odbywa się kosztem kierowców. Nie popełniajmy błędów innych. W Stanach doszło do paranoi: sześć pasów w jedną stronę, sześć pasów w drugą i - wszystko stoi.

Jak rozumiem, pana polityka jest nakierowana na to, by znaczna część poznaniaków przesiadła się z samochodów do transportu publicznego albo na rowery.

- Wzrost liczby pasażerów komunikacji publicznej w Poznaniu jest imponujący. Podobnie liczba wypożyczeń roweru miejskiego: w 2015 - 100 tys., 2016 - 350 tys., 2017 - milion, a w tym roku podejdzie pod dwa. To jest kierunek Europa. Kierowcy muszą się do tego przyzwyczaić.

Obdarzono pana, złośliwym w zamierzeniu, przydomkiem "tęczowy Jacek".

- W internecie zdarzył się również "tęczowy imam".

Utożsamia się pan z "tęczowym Jackiem"?

- W kolarstwie tęczową koszulkę nosi mistrz świata. Nie mam z tym problemu (śmiech).

Poznańskim kibicom pana "tęczowa" polityka równościowa nie przypadła do gustu. Czy była okazja, żeby wymienić z nimi poglądy na ten temat?

- Na wspólny trening zaprosił mnie "Uszol", czyli Jarosław Dąbrowski, były lider kotła Lecha, zawodnik MMA. Była więc okazja wymienić uwagi. Nie jestem kibicem piłki nożnej, ale z Lechem miałem kontakt od dzieciństwa. Sąsiadem i przyjacielem naszej rodziny był ich kapitan, Teodor Napierała. Gościł nawet na moim ślubie. Spotykam się czasem z Jackiem Rutkowskim, właścicielem Lecha, lubię z nim rozmawiać. Kibice zrzucają, co mają na wątrobie, ja również. Nie mam z tym żadnego problemu.

Rozmawiałem rano z Tadeuszem Zyskiem, pana głównym konkurentem, i on mówił, że Marsz Równości - super, powinien się odbywać i być należycie chroniony, ale że urząd prezydenta nie powinien obejmować go patronatem, bo to już jest pedagogika, o krok za daleko.

- Jestem trochę bardziej nowoczesny niż kandydat Prawa i Sprawiedliwości, więc ta drobna różnica mnie nie dziwi. Marsz Równości uznaję za szerszy protest przeciw wykluczeniom. Nie tylko ze względu na orientację seksualną, ale również z powodu niepełnosprawności, rasy czy wyznania. W Poznaniu w tym marszu udział biorą całe rodziny, a mieszkańcy pozdrawiają nas z okien. Uważam, że to bardzo istotne w czasie nasilonego nacjonalizmu i homofobii. To ma znaczenie również dla inwestorów, oceniają takie kwestie przy podejmowaniu decyzji.

Ale motorniczowie nie chcieli jeździć z tęczowymi flagami.

- W tej sytuacji mieliśmy jeszcze aspekt polityczny, bo część związków zawodowych jest w tej chwili mocno sklejona z władzą. Kiedy PiS się zorientowało, że może tę sprawę wykorzystać, nacisnęli na związki. Jednocześnie ta reakcja pokazuje, jak wiele jest jeszcze do zrobienia w zakresie akceptacji dla różnorodności.

Czy w trakcie tej czteroletniej kadencji udało się zresetować relacje miasta z Kościołem, które w pana ocenie były niesymetryczne?

- Udało się je znormalizować. Z jednej strony mocno z Kościołem współpracujemy: posiłki dla bezdomnych, ambulans, w którym mogą uzyskać pomoc medyczną, wspólna zbiórka "Poznań dla Syrii", inne akcje charytatywne. To nie musi jednak oznaczać, że będę się podpierał amboną w kampanii wyborczej. Nienormalne relacje władzy z Kościołem unaocznił ostatnio "Kler" Smarzowskiego. Ja nie chodzę przed wyborami na trzy niedzielne msze w różnych kościołach, jak mój poprzednik.

Może po prostu był głęboko wierzący.

- Coś panu pokażę. To jest książka, do której sięgam najczęściej.

Prezydent wyciąga z biurka Biblię w eleganckim, czarnym pokrowcu.

- Czytam już po raz kolejny. Wiary nie trzeba manifestować, klęcząc jak Grobelny. W planie mam jeszcze Torę, a niedawno od poznańskiego imama dostałem Koran.

Pana osobiste relacje z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim chyba się mocno poprawiły przez te cztery lata?

- Pewne rzeczy są oczywiste i dla arcybiskupa, i dla mnie. Przede wszystkim on nie widzi we mnie sztuczności, bo nie wykorzystuję Kościoła w celach politycznych. Szanuję Gądeckiego, co nie wyklucza odmienności zdań, na przykład na temat aborcji. Są obszary, w których możemy wiele razem zrobić i on doskonale zdaje sobie sprawę, ile już zdołaliśmy wspólnie zdziałać. A ja widzę, ile dobrego Kościół robi dla bezdomnych, wykluczonych. Pewnie arcybiskup Gądecki przyzwyczaił się do tego, że jestem za rozdziałem państwa i samorządu od Kościoła, a po drugie - może nawet bardziej ceni to niż teatr odgrywany za czasów mojego poprzednika.

Z Kościołem łączy pana stosunek do przyjmowania uchodźców. Ostatnio wiceszef MSZ Szymon Szynkowski vel Sęk, w odpowiedzi na pana list, powiedział publicznie, że nie będzie żadnych syryjskich uchodźców w Poznaniu, bo rząd dba o bezpieczeństwo Polaków. Czy jest szansa, że uchodźcy jednak znajdą w tym mieście schronienie?

- Co prawda to nie są uchodźcy, ale właśnie przyjęliśmy dwóch studentów z Syrii. To wspólna akcja uczelni, Caritasu i miasta, które finansuje im stypendia. Bez zgody rządu uchodźców przyjąć nie możemy. Ale Szymon Szynkowski vel Sęk zadeklarował pomoc w rozmowach mojego zastęcpy z Beatą Kempą (minister ds. pomocy humanitarnej - przyp. red.). Wykorzystał okazję, żeby politycznie wbić mi szpilkę w mediach, natomiast na spotkaniu wszystko sobie wyjaśniliśmy. W tej chwili fala uchodźców nie jest tak gwałtowna. Teraz jest to bardziej kwestia procedur prowadzonych przez organy administracji państwowej, by sformalizować pobyt czekających na to osób. Jako miasto jesteśmy jak najbardziej otwarci, by stworzyć im warunki do funkcjonowania w Poznaniu.

W badaniach opinii publicznej w krótkim czasie mogliśmy zaobserwować duży wzrost niechęci do przyjmowania uchodźców. A czy ma pan wiedzę, badania, jak na tę sprawę zapatrują się poznaniacy?

- Oczywiście, że straszenie uchodźcami miało wpływ na nastroje społeczne. Przykład III Rzeszy pokazuje, że można było wykreować antysemityzm, gdy odsetek ludności żydowskiej w tym kraju wynosił poniżej 1 proc. Wykorzystywanie uchodźców do celów politycznych jest groźne i podłe, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Mam kontakt z osobami, które mieszkają w Polsce od wielu lat. To lekarze lub przedsiębiorcy. Mają poczucie zagrożenia, zmiany nastawienia do nich. Ataki na tle rasistowskim mają miejsce - w Poznaniu również pobito Syryjczyka, który pracował jako kucharz. Te nastroje na pewno się pogorszyły. Staramy się to neutralizować, ale problem istnieje.

Pana zastępca Tomasz Lewandowski musi być niezadowolony z prowadzonej przez pana polityki, skoro zdecydował się wystartować w wyborach przeciwko panu.

- Sam go do tego namawiałem. Trzeba na tę kwestię popatrzeć szerzej: współrządzimy miastem również na poziomie Rady Miasta, mamy porozumienie z lewicą gwarantujące większość. Skoro on jest najbardziej wyrazistą postacią lewicy w Poznaniu, do tego politykiem, który pokazał sprawność zarządczą, to uznałem, że lepiej dla miasta, dla lewicy, dla Koalicji Obywatelskiej i dla mnie, jak wystartuje. On ciągnie też swoją listę do Rady Miasta. Nie kieruję się tym, że może miałbym dwa, trzy punkty procentowe więcej.

Czyli jeśli Tomasz Lewandowski wygra wybory, to uzna pan, że miasto jest w dobrych rękach?

- Mam o nim dobre zdanie, a decyzja należy do wyborców. Zarządzanie miastem to wielki ciężar. Dzisiaj na spotkaniu spojrzałem na moich wszystkich zastępców i rzuciło mi się w oczy, jak posiwieli... Lewandowski akurat najmniej. Jestem gotów ponieść ten ciężar przez następne pięć lat, ale z pokorą przyjmę decyzję poznaniaków.

Pięć, nie dziesięć?

- Już cztery lata temu powiedziałem, że moim celem są dwie kadencje. To się nie zmieniło. Wkładam w tę pracę mnóstwo energii, więc wiele mnie kosztuje. Też posiwiałem...

Czy cztery lata temu, pokonując Ryszarda Grobelnego, zapoczątkował pan pewien trend? Dziś prezydenci Adamowicz czy Majchrowski nie mają rewelacyjnych notowań, Dutkiewicz i Gronkiewicz-Waltz nie startują... czy wieloletni prezydenci dużych miast już się trochę mieszkańcom przejedli? A może więcej się od nich wymaga?

- Poznań wielokrotnie był pionierem. Jak organizowaliśmy powstanie, to tak, żeby wygrać. Pierwsi postawiliśmy się komunistom w 1956 roku. Jeszcze nie raz Poznań będzie dawał przykład, a taka zmiana była potrzebna. Zbyt długie rządzenie rodzi różnego typu powiązania, układy, prowadzi nawet do patologii. Zmiany ożywiają całą strukturę. Jeżeli ktoś nie potrafi czegoś zrobić w dziesięć lat, to i w dwadzieścia mu się nie uda. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL