Reklama

Reklama

​Krótka historia o tym, jak Bill Clinton przytulił 16 mln dolarów z pieniędzy podatników

Hillary Clinton i Bill Clinton /AFP

Bill Clinton pobrał 16 milionów dolarów z rządowego funduszu przeznaczonego dla byłych prezydentów - wynika z informacji uzyskanych przez Politico.

Reklama

Serwis Politico uzyskał dane dotyczące Billa Clintona, zwracając się do jednej z rządowych agencji o udostępnienie informacji publicznej. Kilkanaście miesięcy po złożeniu wniosku stosowne dokumenty zostały przekazane.

Z materiałów wynika, że po zakończeniu swojej prezydentury Bill Clinton pobrał 16 milionów dolarów z pieniędzy podatników. To najwięcej ze wszystkich byłych prezydentów.

Reklama

Jak ten system w ogóle działa? Już wyjaśniamy.

W 1958 roku Kongres uchwalił ustawę o byłych prezydentach (Former President’s Act). Jej celem było "podtrzymanie godności prezydenta". Chodziło przede wszystkim o to, by były prezydent nie musiał klepać biedy albo łapać pracy dorywczych, gdyż nie licowałoby to z powagą i prestiżem urzędu, który sprawował. Dlatego byłym prezydentom przysługuje dożywotnia pensja (tak jak ma to miejsce również w Polsce), ale i pieniądze na dodatkowe wydatki.

Pieniądze przysługujące na mocy ustawy z 1958 roku wypłaca urząd General Services Administration. Byli prezydenci mogą zwracać się do GSA o przekazanie środków ze specjalnego funduszu na cele związane z... byciem byłym prezydentem. Zazwyczaj chodzi o własne biuro i zatrudnionych w nim pracowników.

Z tego przywileju Bill Clinton korzystał nader chętnie i często.

Jak czytamy w tekście Politico, wspomniane już 16 milionów dolarów wydał m.in. na meble, sprzęt IT, pensje swoich doradców czy usuwanie pluskiew z łóżka (to nie żart, to jedna z pozycji na liście).

Co ciekawe, to właśnie z tego funduszu zakupiony został prywatny serwer, który narobił tyle kłopotów Hillary Clinton. Kandydatka demokratów prowadziła bowiem służbową korespondencję za pośrednictwem tego serwera, gdy była sekretarzem stanu. Tym samym naraziła informacje poufne i ściśle tajne na wyciek, prywatny serwer nie był bowiem chroniony przez służby.

Wracając jednak do byłego prezydenta - należy wyraźnie zaznaczyć, że na razie nie ma żadnych dowodów na to, by Bill Clinton robił to, co robił, w sposób niezgodny z prawem. Jego postępowanie budzi jednak pewne wątpliwości natury etycznej.

Z rządowego funduszu Clinton płacił doradcom, którzy byli jednocześnie zatrudnieni w fundacji państwa Clintonów. Clinton Foundation nie zapewnia pracownikom "benefitów" typu ubezpieczenie zdrowotne czy składka emerytalna, ale mogą oni na nie liczyć, jeśli znajdują się również na tej drugiej, rządowej liście płac. Innymi słowy, fundacja Clintonów wykorzystuje system, by składki części pracowników opłacał podatnik.

Podobnie ma się sprawa ze sprzętem - zachodzi podejrzenie, że jest on również wykorzystywany na potrzeby fundacji.

Otoczenie Billa Clintona przekonuje jednak, że nie da się w 100 procentach rozgraniczyć działalności Billa Clintona - założyciela fundacji i Billa Clintona - byłego prezydenta.

Informacje "Politico" dostarczają jednak amunicji tym, którzy uważają Clintonów za ludzi chciwych i nieprzesadnie uczciwych.

Warto przypomnieć słowa Hillary Clinton, która mówiła, że po opuszczeniu Białego Domu ona i jej mąż byli "bez grosza przy duszy". Od tamtego czasu zarobili ponad 200 milionów dolarów, zakupili kilka nieruchomości, a ich fundacja obraca miliardami. Mimo to Bill Clinton nie zawahał się, by wyciągnąć rękę po 16 milionów dla "podtrzymania godności".

Czytaj więcej na temat wyborów w USA!

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Bill Clinton

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy