Reklama

Reklama

​Pierwsza debata Clinton-Trump, czyli dwoje na jednego

Hillary Clinton i Donald Trump podczas debaty /AFP

Ani Hillary Clinton nie zamiotła podłogi Donaldem Trumpem, jak twierdzą jej zwolennicy, ani Donald Trump nie rozniósł Hillary Clinton. Pierwsza prezydencka debata przed listopadowymi wyborami była jednak ewidentnie ustawiona pod kandydatkę demokratów.

Reklama

Poniedziałkową debatę, którą mogło oglądać ponad 100 milionów widzów, prowadził Lester Holt z telewizji NBC. Sposób, w jaki moderował dyskusję, był wyraźnie stronniczy.

57-letni Holt pod maską spokojnego, wyważonego, rzeczowego, kulturalnego dziennikarza ukrył skandaliczne faworyzowanie Hillary Clinton. Ukrył na tyle skutecznie, że temat ten nie pojawił się w internetowych relacjach największych amerykańskich gazet. Holt był wręcz chwalony za udźwignięcie ciężaru odpowiedzialności.

Reklama

Tymczasem gwiazdor NBC korzystał z przywileju dopytywania kandydatów wyłącznie w przypadku Donalda Trumpa.

Lester Holt "grillował" kandydata Partii Republikańskiej ws. nieopublikowania zeznań podatkowych, nagłaśniania tematu miejsca urodzenia Baracka Obamy, stosunku do wojny w Iraku.

Zarzucił Trumpowi rzekomo seksistowską wypowiedź ("Hillary Clinton nie wygląda prezydencko"), co pozwoliło kandydatce demokratów zaatakować Trumpa właśnie za seksizm. Zupełnie jakby Clinton i Holt działali w drużynie.

Dziennikarz wdał się z Trumpem w spór na temat metody "stop and frisk", stosowanej w przeszłości przez nowojorską policję. Chodzi o wyrywkowe legitymowanie i przeszukiwanie przechodniów. Trump chwalił tę metodę a Holt polemizował, że została ona uznana za niekonstytucyjną m.in. ze względu na "profilowanie rasowe", czyli zatrzymywanie mieszkańców z powodu koloru skóry. Trump słusznie jednak przypomniał, że sędzia, która wydała orzeczenie, została odsunięta, a burmistrz Michael Bloomberg złożył apelację, wycofaną później przez jego następcę.

Kandydat republikanów musiał więc debatować nie tylko z Hillary Clinton, ale i z prowadzącym debatę.

Lester Holt ani razu nie docisnął w ten sposób konkurentki Trumpa. Nie zadał jej ani jednego trudnego pytania (a jest o co pytać), ani razu nie uznał za stosowne dopytywać ją o cokolwiek w taki sposób, w jaki dopytywał Trumpa.

Gdy republikanin sam poruszył temat skandalu e-mailowego, Holt zapytał Clinton, czy "zechciałaby się do tego odnieść".

Po debacie Trump kurtuazyjnie oznajmił, że Holt wykonał "świetną robotę".

Prasa: Wygrała Clinton. Internauci: Wygrał Trump

Opiniotwórcze gazety, których większość poparła już Hillary Clinton, ogłosiły, że debatę wygrała... Hillary Clinton.

"Newsweek": "Hillary Clinton z łatwością pokonuje nieprzygotowanego Donalda Trumpa".

"Washington Post": "Trump był głośniejszy i agresywniejszy. Ale Clinton się nie dała".

"New York Times": "Debata traci swoje znaczenie, gdy tylko jeden z kandydatów jest poważny a drugi jest bezmyślnym chuliganem".

W tym samym duchu utrzymany jest komentarz naszej "Gazety Wyborczej". "Clinton niemal nokautuje Trumpa" - pisze korespondent z USA. Dlaczego o tym wspominamy? Bo podobnie Andrzeja Dudę miał "nokautować" Bronisław Komorowski, a jak to się skończyło - wiemy wszyscy dobrze.

Wspomniane komentarze to dowód na to, w jakim oderwaniu od nastrojów społecznych funkcjonują elity medialne i jak życzeniowo postrzegają tę kampanię wyborczą.

Czy Clinton rzeczywiście wygrała tak zdecydowanie?

W sondażu CNN 62 proc. widzów uznało, że lepsza była Clinton, a 27 proc., że lepszy był Trump. Prezenter CNN przyznał jednak, że w próbie znajdowało się znacznie więcej demokratów niż w innych badaniach.

Niemal wszystkie internetowe ankiety wskazują na zwycięstwo Donalda Trumpa, jednak również i te sondaże trudno uznać za reprezentatywne.

Jak więc wypadli kandydaci?

Donald Trump

Przed debatą komentowano, że poprzeczka dla kandydata republikanów zawieszona została znacznie niżej - mianowicie, że wystarczy, by nie zrobił niczego głupiego, bądź szalonego.

Z tego punktu widzenia Trump wykonał zadanie w stu procentach. Był dla prowadzącego i dla Clinton wyjątkowo uprzejmy. Do konkurentki zwracał się per "sekretarz Clinton", a nie, jak to ma zwyczaju, "oszustka Hillary".

"Z całym szacunkiem dla sekretarz Clinton..." - rozpoczął jedną z ripost.

Miało to oczywiście na celu pokazać niezdecydowanym wyborcom, że Trump jest bardziej wyważony i "prezydencki", niż się go przedstawia.

Z biegiem debaty Trump czuł się coraz bardziej swobodnie. Wypadł naturalnie. Wyuczone odpowiedzi z początku dyskusji zastąpiły swobodne tyrady. Spierał się z prowadzącym o wojnę w Iraku - przekonywał, że od początku był przeciw interwencji - i atakował Clinton za wspieranie "katastrofalnych" umów o wolnym handlu.

Widzowie znów usłyszeli charakterystyczną narrację Trumpa - u niego wszystko jest albo "najlepsze", albo "najgorsze". Co niechybnie prowadzi do paradoksów. W trakcie debaty Trump nazwał "najgorszą umową w historii" zarówno NAFTA, jak i porozumienie nuklearne z Iranem.

Przez większą część dyskusji miliarder musiał się bronić. Clinton i prowadzący atakowali go na zmianę. Wyciągnięto wszystkie niewygodne dla niego tematy - bankructwa, zeznania podatkowe, stosunek do kobiet, "aferę urodzeniową" deligitymizującą Baracka Obamę.

"Opublikuję zeznania podatkowe, jeśli sekretarz Clinton ujawni 33 tys. maili, które skasowała" - to jedna z ripost kandydata republikanów.

Trump próbował kontratakować, przypominając, że Clinton jest w polityce od 30 lat i "dopiero teraz wpadła na to, co trzeba zrobić". Zarzucił jej przyczynienie się do chaosu na Bliskim Wschodzie i do powstania ISIS. Przypomniał aferę e-mailową i nagłośnił fakt, że współpracownicy Clinton, zeznając w tej sprawie, zasłaniali się piątą poprawką (pozwala na nieskładanie zeznań, jeśli miałyby one obciążyć osobę zeznającą).

Kandydat republikanów bywał chaotyczny. Gdy nie wiedział, co mówić, uparcie wracał do tematu umów handlowych. Czasem naginał rzeczywistość do swoich tez - twierdził np. że po rezygnacji z wyrywkowych przeszukań rośnie liczba morderstw w Nowym Jorku, co jest nieprawdą. 

Powiedział też, że Clinton "walczy z ISIS całe swoje dorosłe życie" i właściwie nikt nie wie, co miał na myśl.

Zasadniczo jednak Trump nie zrobił w trakcie debaty nic dyskwalifikującego, ani razu nie został też znokautowany. A to już jest ogromnie dużo, z punktu widzenia jego szans na zwycięstwo.

Hillary Clinton

Kandydatka Partii Demokratycznej jest tak wyćwiczona w debatach, że trudno ją przechytrzyć. Ostre spory z Berniem Sandersem okazały się znakomitym treningiem. Tym bardziej, że - o dziwo - Sanders atakował Clinton znacznie mocniej niż Trump, zwłaszcza jeśli chodzi o związki z Wall Street (Trump nie poruszył tego tematu w ogóle).

Była sekretarz stanu weszła więc na scenę perfekcyjnie przygotowana. Na każdy zarzut Trumpa miała wyuczoną ripostę i żaden temat jej nie zaskoczył.

Clinton starała się też pokazać nieco bardziej spontaniczne oblicze, gdy Trump rozpoczynał swoje tyrady, które czasem przypominają strumień świadomości. 

"Mam wrażenie, że pod koniec wieczoru będę już oskarżona o wszystko, co się kiedykolwiek wydarzyło" - kpiła Clinton.

"Dlaczego nie?" - podchwycił Trump.

"Jasne, dlaczego nie, proszę, dołącz do debaty, mówiąc jeszcze więcej szalonych rzeczy" - ripostowała.

Była sekretarz stanu kilkukrotnie próbowała po prostu wyśmiać tyrady Trumpa ("No sami państwo słyszeli"), pragnąc w ten sposób dowieść, że nie jest to "normalny" kandydat a postać z cyrku, albo z komedii.

Hillary Clinton była bardziej merytoryczna. Jej odpowiedzi często wskazywały na złożoność danego problemu. Trump miał z kolei na wszystko prostą, populistyczną odpowiedź. Jednocześnie kandydatka demokratów starała się wygrać pojedynek na "setki" - chwytliwe wypowiedzi powtarzane później w serwisach informacyjnych.

"Facet, którego można tak łatwo sprowokować na Twitterze, nie powinien znajdować się nigdzie w pobliżu kodów nuklearnych" - to jeden z jej nośnych tekstów.

Podobnie jak Trump Clinton również mijała się prawdą. Kandydatka demokratów nieuczciwie zrelacjonowała swój stosunek do umowy TPP (transpacyficzne porozumienie o wolnym handlu, które faworyzuje wielkie koncerny). Clinton przekonywała, że miała pewne nadzieje związane z tą umową, ale gdy ujrzała jej ostateczny kształt, uznała ją za szkodliwą. Tymczasem, jak wskazuje "NYT", Clinton w przeszłości ponad 40-krotnie zachwalała TPP, i to już po jej wynegocjowaniu.

Najostrzejszy atak Clinton zostawiła na koniec, gdy zarzuciła Trumpowi, że nazywał kobiety "świniami", "łajzami" i "sukami". "Gdzie to znalazłaś? Nic takiego nie mówiłem" - bronił się Trump.

Za udany należy uznać atak na nieopublikowanie zeznań podatkowych przez miliardera.

"Trzeba sobie zadać pytanie, co takiego ma do ukrycia? Powodów może być kilka. Po pierwsze, być może nie jest taki bogaty, jak twierdzi. Po drugie, być może nie jest taki charytatywny, jak twierdzi. Po trzecie, wiemy od dziennikarzy śledczych, że ma 650 mln dolarów długu wobec Wall Street i zagranicznych banków. A może nie chce, by Amerykanie wiedzieli, że nie płaci żadnych podatków" - spekulowała głośno (i boleśnie dla Trumpa) Clinton.

Hillary Clinton nie udało się jednak wyprowadzić ciosu, który rozstrzygnąłby te wybory. 

Ameryka w ruinie? Starcie idei

Debatę należy oceniać nie tylko pod kątem marketingu politycznego. To przecież dyskusja o kierunku, w którym będzie podążało największe światowe mocarstwo. Debata klarownie uwydatniła różnice między pretendentami do gabinetu owalnego.

Kandydaci zasadniczo odmiennie oceniają obecną sytuacji w kraju.

Trump kreśli obraz "Ameryki w ruinie" - zrujnowanego przemysłu, zrujnowanej infrastruktury (podał przykład lotnisk), uciekających miejsc pracy.

"Staliśmy się krajem trzeciego świata" - podsumował.

Clinton z kolei, przedstawiając siebie jako kontynuatorkę prezydentury Baracka Obamy, wyliczała wskaźniki, które się poprawiają i przypominała, że to republikanie doprowadzili do największego kryzysu od lat 30.

Kandydaci mają skrajnie różne pomysły na gospodarkę. Clinton zapowiada opodatkowanie najbogatszych i wielkich koncernów, regulację Wall Street, a także podniesienie płacy minimalnej i skończenie z polityką zadłużania studentów. Clinton widzi przyszłość w odbudowie klasy średniej. Trudno nie doszukiwać się tu echa prawyborów. Clinton przechwyciła idee swojego konkurenta, Berniego Sandersa. Czy faktycznie w nie wierzy? Jeszcze rok temu nierówności dochodowe i majątkowe nie były priorytetem kandydatki.

Donald Trump natomiast wprost nawiązuje do neoliberalnych idei Ronalda Reagana. Chce dokonać "największej w historii" obniżki podatków. Wierzy, że przyniesie to nowe inwestycje i nowe miejsca pracy. W odróżnieniu od Clinton chce deregulować biznes. Trump, podobnie jak inni republikanie, wciąż wyznaje "trickle down economics", a więc filozofię, w myśl której należy pozwolić bogatym bogacić się bez ograniczeń, ponieważ ich powodzenie przekłada się na pomyślność całego społeczeństwa (obecne badania zadają kłam tej teorii).

Pytany o incydenty, w których śmierć z rąk policji ponieśli Afroamerykanie, Trump powtarzał formułę "law and order"; wskazywał na konieczność zaprowadzenia "prawa i porządku". Kandydat chce więcej policjantów na ulicach. Clinton z kolei przypominała, że czarnoskórzy mieszkańcy są znacznie częściej osadzani w więzieniach za nieagresywne zachowania (np. palenie marihuany), a problem rasizmu, jej zdaniem, wciąż trawi Amerykę. Kandydaci różnią się w ocenie przestępczości - Trump kreślił obraz fali morderstw, Clinton zaznaczała, że liczba przestępstw spada. Oboje zgodzili się jednak, że podejrzani o terroryzm nie powinni mieć dostępu do broni (aktualnie mogą).

Podczas debaty po raz kolejny uwidocznił się odmienny stosunek kandydatów do NATO. Hillary Clinton jest zwolenniczką solidarności w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, Donald Trump ponownie zasygnalizował swój sceptycyzm. Uznał, że kraje NATO "nie płacą swoich składek" i niewystarczająco odwdzięczają się Ameryce za ochronę. Miliarder zignorował zarzuty Clinton o prorosyjskość.

Szósty zmysł Trumpa

Przed debatą sondaże dawały obojgu kandydatom takie samo poparcie. Ponieważ moderatorowi i Clinton nie udało się we dwójkę powalić Trumpa na łopatki, a on sam nie zrobił nic dyskwalifikującego, jego szanse na zwycięstwo są coraz bardziej realne. 

Dlaczego? Trump, podobnie jak w Polsce PiS, podobnie jak na Wyspach zwolennicy Brexitu, podobnie jak we Francji Marine Le Pen, potrafi odczytywać i katalizować nastroje społeczne odrzuconych, ludzi wściekłych na elity, przez elity pogardzanych, ludzi nastawionych antyimigrancko. Co akurat w kraju samych imigrantów jest cokolwiek ironiczne.

Obserwuj autora na Facebooku

Czytaj więcej na temat wyborów w USA

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: debata | Hillary Clinton | Donald Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne