​USA: Niedokończona rewolucja Berniego Sandersa

Czy i tym razem Bernie Sanders ściągnie tłumy na swoje wiece? /AFP

Bernie Sanders, pytany, czym będzie się różniła jego obecna kampania od tej z 2016 roku, odparł niewzruszony: "Tym razem wygram".

Reklama

"Chcę dokończyć rewolucję" - oznajmił Bernie Sanders, ogłaszając swój start w prawyborach Partii Demokratycznej.

77-letni senator z Vermont i syn żydowskiego emigranta z Polski już oficjalnie jest kandydatem na kandydata na prezydenta USA.

Przegrał z Clinton, ale zmienił reguły gry

Reklama

Przypomnijmy, że w 2016 roku w prawyborach Bernie Sanders przegrał walkę o prezydencką nominację z Hillary Clinton. Zdobył 43 proc. wszystkich głosów, przy 55 proc. Clinton. Wówczas nikt nie przypuszczał, że mało znany lewicowy kandydat w jakikolwiek sposób zagrozi kandydatce, która miała zostać wybrana niemalże przez aklamację. Tymczasem Sanders, określany w mediach jako radykał, wygrał z Clinton w aż 23 stanach.

Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Bernie Sanders, choć sam pozostaje senatorem niezależnym, pchnął Partię Demokratyczną mocno na lewo. Większość obecnych kandydatów popiera postulaty, które wówczas wydawały się szalone jak np. "Medicare for All", czyli publiczna służba zdrowia dla każdego. Z kolei płaca minimalna na poziomie 15 dolarów za godzinę nie tylko stała się postulatem demokratycznego mainstreamu, ale i powoli staje się rzeczywistością (m.in. w Kalifornii, Dystrykcie Kolumbii, New Jersey czy Massachusetts). Znów - w 2016 r. takie pomysły były oceniane jako niebezpieczne, socjalistyczne itp. przez główny nurt partii, która nawet nie próbowała udawać, że stoi po stronie pracowników.

Dziś do prawyborów Partii Demokratycznej przystępują wyłącznie kandydaci mniej lub bardziej progresywni. Sanders swoim programem już nie szokuje, już nie dziwi, już nie oburza - o czym sam z dumą opowiada, jako skutku kampanii z 2016 r.

Sandersowi udało się także wymusić na partyjnych władzach zmianę zasad przeprowadzania prawyborów. Superdelegaci, a więc ponad 700 prominentnych członków partii, nie będą już mogli głosować podczas konwencji krajowej demokratów na równi z "normalnymi", wyłonionymi w prawyborach delegatami przypisanymi poszczególnym kandydatom. To także zasługa kampanii Sandersa, który ostro zwalczał ten antydemokratyczny mechanizm (miał on skutek przede wszystkim medialny - Clinton doliczano superdelegatów na podstawie ich deklaracji do delegatów "uzyskanych" w prawyborach i przedstawiano na grafikach jej ogromną przewagę nad Sandersem, podczas gdy w rzeczywistości długo szli "łeb w łeb").

Dziecię rewolucji

Senator z Vermont przystępuje więc do wyścigu w zupełnie innych okolicznościach - jego poglądy stały się głównym nurtem. W tym sensie rację ma sztab Donalda Trumpa, który po ogłoszeniu decyzji o starcie w prawyborach przez Sandersa nie bez złośliwości komentował: "Bernie Sanders już wygrał debatę w Partii Demokratycznej, ponieważ każdy kandydat demokratów wspiera jego wizję socjalizmu". 

Sanders będzie chciał przekonać wyborców, że to on wciąż zasługuje na to, by nieść dalej sztandar rewolucji. Ta nomenklatura jest o tyle nieprzypadkowa, że polityk w 2016 r. mówił o "politycznej rewolucji", a po prawyborach wpierał ruch "Our Revolution" ("Nasza rewolucja") - ruch promujący progresywnych kandydatów w każdym wieku i na każdym szczeblu, nawet w radach szkół.

Dzieckiem tej inicjatywy jest m.in. 29-letnia Alexandria Ocasio-Cortez, nowo wybrana członkini Kongresu z Nowego Jorku, która z miejsca stała się gwiazdą amerykańskiej lewicy i bryluje na posiedzeniach komisji w Izbie Reprezentantów. Nie byłoby Alexandrii w Kongresie bez kampanii Sandersa z 2016 r., co podkreśla również ona sama.

Nie należy jednak ulegać iluzji, że oto Bernie Sanders przemienił Partię Demokratyczną w bastion obrony praw pracowniczych i partię ludową, co to, to nie. Partią nadal rządzą lawirujący przedstawiciele dotychczasowego establishmentu: Tom Perez, Chuck Shummer czy Nancy Pelosi. Nie udało się także odspawać demokratów od pieniędzy wielkich koncernów. Mimo to kandydaci stają przed wyborem, przed którym postawił ich Sanders: czy przyjmować dotacje od wielkiego biznesu na swoje kampanie wyborcze - i musieć tłumaczyć się z tego wyborcom, czy oprzeć się wyłącznie na wpłatach zwolenników, jak to robią Sanders czy bliska mu ideologicznie Elizabeth Warren.

Za stary?

Bernie Sanders stratuje w prawyborach, mając ogromną, 98-proc. rozpoznawalność w skali kraju. Przed trzema laty musiał ją dopiero zdobywać. "Bernie? Bernie who?" - mieli prawo pytać wyborcy. Porównywalną rozpoznawalność ma jedynie Joe Biden, który wciąż nie ogłosił, czy wystartuje w prawyborach. Daje im to dużą przewagę wyjściową nad resztą stawki.

Jest jednak pewien aspekt, o którym trudno pisać taktownie, nie ocierając się o "ejdżyzm", a który może być czynnikiem utrudniającym zdobycie nominacji - wiek kandydata. A właściwie obu faworytów, bo Biden jest przecież tylko rok młodszy.

Senator z Vermont ma 77 lat i, jak dodaje, ma szczęście cieszyć się dobrym zdrowiem. Gdyby wygrał wybory prezydenckie, to obejmując urząd, miałby już 79 lat. Przy założeniu, że doszłoby do reelekcji, na koniec ośmioletniej kadencji miałby lat 88. 

Oczywiście nikt tego wątku nie poruszy w trakcie debaty, w spocie wyborczym itd., ale wyborca może się zawahać.

Bernie Sanders może na to odpowiedzieć jedynie swoją działalnością: cały czas jeździ po kraju promować powszechną służbę zdrowia czy na protesty pracownicze, jednocześnie nie opuszcza ani jednego posiedzenia Senatu. Jedną wyczerpującą kampanię w trybie "dzień w dzień przez półtora roku" już za sobą ma. 

Podróże po kraju w ostatnich dwóch latach to nie były bynajmniej puste przeloty - stanięcie na czele protestów pracowników Amazona i Disneya pomogło im wywalczyć podwyżki, czym Sanders chwali się w swoim pierwszym kampanijnym spocie:

W kontekście wieku kandydata nie są wielkim zaskoczeniem doniesienia medialne, iż Sanders planuje, by kandydatem na wiceprezydenta była stosunkowo młoda kobieta.

Potencjale problemy

Kampania Berniego Sandersa przebiegać będzie pod hasłem: "Not me. Us" ("Nie ja. My"). 77-latek chce stanąć na czele masowego ruchu społecznego. Podkreśla, że sam, bez milionów ludzi na ulicach, niczego nie zdoła zmienić.

Młodzi wyborcy już się rwą, ale otwartym pozostaje pytanie, czym Sanders zdoła przekonać wyborców starszej daty, którzy, jak wynika z badań, są bardziej konserwatywni, również w obrębie Partii Demokratycznej i lewicowe hasła średnio do nich trafiają.

Przed trzema laty miał też Sanders problem z inną grupą wyborców: Afroamerykanami i Latynosami. Wśród nich przegrywał z Clinton zdecydowanie, czasem nawet stosunkiem 90-10. Przekaz ekonomiczny Sandersa zupełnie do nich nie trafiał, ponadto Afroamerykanie też są bardziej konserwatywni niż demokratyczna średnia.

Przez ostatnie trzy lata Sanders pracował nad poprawą relacji z mniejszościami etnicznymi, co wyglądało czasem zabawnie: gdy np. chodził razem z potężnym raperem Killer Mike'iem do barbera.

Ale praca zdawała się przynosić efekty:

Zgrabny uścisk dłoni to oczywiście humorystyczny detal, ale zmianę trendu potwierdzają wyniki badań. To właśnie one miały przekonać Sandersa do ponownego startu. Okazuje się bowiem, że dziś 77-latek jest popularniejszy wśród Afroamerykanów i Latynosów niż wśród białych! 

Wymagający konkurenci

Myli się jednak ten, kto sądzi, że przed Sandersem rozpościera się autostrada do nominacji. Senator z Vermont będzie musiał gęsto tłumaczyć się z przypadków molestowania i dyskryminacji w swoim sztabie z 2016 roku.

Ponadto, jak już wspomnieliśmy, różnice programowe między nim a resztą stawki są dziś dużo mniejsze. Wyborca o poglądach lewicowych może przebierać w kandydatach, nie jest skazany na jednego "rodzynka". 

Kolejna przeszkoda - Kamala Harris. Partyjny establishment znalazł w niej nową, lepszą Hillary. Bardziej postępową, czarnoskórą, do tego charyzmatyczną, świetnie przygotowaną. Jej dorobek w roli prokuratora generalnego stanu Kalifornia budzi kontrowersje, jednak notowania Harris z tygodnia na tydzień wyglądają coraz lepiej.

W największym jednak stopniu wyścig demokratów ukształtuje decyzja Joe Bidena, wiceprezydenta u Baracka Obamy. Jeśli wystartuje - a ku temu się skłania - to on będzie faworytem numer jeden.

Już dziś wiemy, że będą to niezwykle "zatłoczone" prawybory. Do letnich debat zakwalifikuje się - na podstawie średniej sondaży i liczby wyborców wpłacających na kampanie - aż 20 kandydatów.

Nie sposób przewidzieć, jak w takim tłumie, nie mając przeciwko sobie skądinąd łatwej do punktowania Hillary Clinton, wypadnie 77-letni demokratyczny socjalista ze stanu Vermont.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje