Reklama

Reklama

Podziemny Bielbaw

Świadek 3, Pan Marek:

"W Bielbawie przepracowałem ponad 40 lat, obecnie jestem chyba ostatnim pracownikiem nadal pracującym w tym samym miejscu. Jak zakład jeszcze pracował, to z każdego budynku można było przejść do innego, nie wychodząc na powierzchnię. Pamiętam, jak kiedyś straż zakładowa wzięła chyba ślusarza do jakichś robót naprawczych i jak opowiadał potem, że pojechali wózkiem akumulatorowym do podziemnego szpitala. Myślę, że ten szpital był na polu za torami, tam gdzie teraz te dwa koniki się pasą. Przecież nie budowaliby szpitala na terenie zakładu, tylko poza nim, na terenie bezpiecznym od nalotów. Jest tam przy ogrodzeniu taki jakby betonowy placyk z włazami, ale środek jest zagruzowany i zalany wodą. Od strony zakładu jest wejście przy torach kolejowych, ale też zagruzowane. Wtedy oni wszystko pomurowali i zasypali gruzem, bo ludzie strasznie kradli z zakładu. Te tunele pod nasypem kolejowym też zostały zamurowane, chyba jeszcze w latach 50. Kiedyś byli tu jacyś ludzie z georadarem, ale oni nic nie znaleźli, powiedzieli, że tam nic nie ma, a za jakiś czas w tym miejscu grunt pod koparką R.M. się zapadł i musieli pełno gruzu tam nawieść, żeby teren wyrównać (tu świadek uśmiecha się znacząco)". 

Świadek 4, śp. Ryszard Kałużny:

Reklama

"Pod nasypem kolejowym, który zaczyna się na wysokości zakładów Dieriga i biegnie w kierunku Hotelu Dębowego, na tym odcinku są trzy wiadukty kolejowe. Pierwszy i trzeci były przebudowywane pod koniec lat 50. Wtedy odkryto biegnący tunel pod tym nasypem, byłem wtedy jeszcze chłopakiem. Tunel był bardzo wąski tylko na szerokość jednej osoby, wykonany był z betonu, widać jeszcze było lampę kanałową na suficie, a raczej na górnej części łukowej. Z tego, co wtedy mówiono, to zaczynał się w zakładzie Dieriga, ale gdzie się kończył, to było już tajemnicą. Wloty zamurowano i wybudowano nowe wiadukty kolejowe. Istnieje on do dzisiaj, pewnie czeka na nowego odkrywcę".  

Czy to możliwe? Jak najbardziej. Budynki zakładowe budowano tak blisko siebie, że patrząc na plan zakładu można odnieść wrażenie, że z jednego końca zakładu da radę przejść na jego drugi koniec samymi dachami, praktycznie nie schodząc na ziemię. Obecnie to trudne do wyobrażenia, bo budynków fizycznie nie ma, ale patrząc na stare fotografie i plany, widzimy jedną zwartą olbrzymią fabryczną bryłę z kominami. A przecież większość zabudowań fabrycznych miała piwnice. Jeżeli dodatkowo weźmiemy pod uwagę inwestycje w zakresie przystosowania zakładu dla potrzeb produkcji wojennej, to możliwość swobodnego przemieszczania się pod ziemią staje się oczywistością. Cóż, nie pozostaje nic innego jak samemu zejść pod ziemię i przekonać się naocznie, jak sprawy wyglądają.

Zejście pod ziemię

Zejście do schronu jest niepozorne. Wybieramy drzwi nr  16. Grube, gazoszczelne wrota są zaopatrzone w zawór ciśnieniowy. Wygodnymi schodami schodzi się do ciemnych, wilgotnych pomieszczeń, w których zatrzymał się czas. Takie jest pierwsze wrażenie. Mijamy kolejne sale wykorzystywane jako składy i archiwa. Są pomieszczenia pełne masek przeciwgazowych, są pomieszczenia wypełnione metrami półek z aktami i nieznaną dokumentacją, są inne z drewnianymi skrzyniami i półkami. Wszystko to robi niesamowite wrażenie, które dopełnia zwykłe biurko zawalone papierzyskami, z popielniczką i poduszką na pieczątki. Tak jakby ktoś pięć minut temu opuścił swoje stanowisko pracy... 

Sprawdzając ściany pod kątem zamurowań, trudno coś jednoznacznie wyrokować, ale są miejsca, gdzie pod względem konstrukcyjnym powinna być ciągłość, a jest ścianka o odmiennej strukturze niż pozostałe. No cóż, skoro wszyscy świadkowie zgodnie twierdzą, że przejścia w piwnicach są zamurowane, to nie ma czego więcej szukać bez sprzętu. Sam schron nie stanowi może dużego labiryntu, ale liczba pomieszczeń i korytarzy trochę dezorientuje. Wychodzimy innymi schodami, przez drzwi nr 13. W innych zakładowych schronach jest podobnie, z tym że zamiast masek przeciwgazowych są składy portretów Bieruta, Stalina i stosy szturmówek. Właściciel obiektu prosi na koniec "wycieczki" o nieujawnianie lokalizacji wejścia do podziemi z obawy o włamania. 

Co do terenu zakładu, okolica wygląda dziś jak pobojowisko, hałdy gruzu, śmieci, w ocalałym zbiorniku pożarowym dzieciaki łowią wędką ryby. Trudno się zorientować co, gdzie było. Punktem orientacyjnym są dla nas tory kolejowe, nasyp, który rzekomo kryje w sobie tunel ewakuacyjny. Gdzieś przy torach skrywa się zagruzowane wejście do podziemi. Niestety, obecnie rośnie tam "dżungla", dostępu bronią zasieki jeżyn, armie pokrzyw i ostów, krzaki i młode drzewka. Trzeba sobie odpuścić wejścia, może więcej szczęścia będzie przy wyjściach. 

Wskazywane przez świadka hipotetyczne wyjście ze szpitala zostało zabezpieczone przez właściciela terenu taśmami jako niebezpieczne dla koni, faktycznie łatwo tam o uraz końskiej nogi. Nie mam żadnych pomysłów, co do przeznaczenia tej budowli - może to być jakiś zbiornik, a może i wyjście ewakuacyjne. To by trzeba sprawdzić w przyszłości, o ile właściciel się zgodzi. 

Po drugiej stronie zaczyna się nasyp kolejowy, a u jego podstawy w jednym miejscu mamy obniżenie terenu i wlot tunelu. Tunel jest dość wygodny. Można iść wyprostowanym, co zaskakujące. Po kilkunastu, może kilkudziesięciu metrach, tunel jest przegrodzony stalowymi wrotami, zamykanymi z drugiej strony. Widać ślady sforsowania tej przeszkody, ale nieudane. Ha! Mamy wyjście! Przynajmniej jedno, możliwe, że po drugiej stronie będzie łatwiej z dostaniem się do podziemnych przejść i tuneli.  

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje