Reklama

Reklama

W warsztacie powroźnika

Kręcą bicze, sznury i liny. Choć dziś trudno spotkać powroźnika z krwi i kości, kiedyś powroźnictwo było bardzo popularnym zawodem i rzemiosłem nie do zastąpienia. Jego uprawianie uchodziło za przywilej. Razem z Markiem Skubiszem zapraszamy do warsztatu powroźnika.

Dzisiejsi rodzice, chcąc by ich dzieci zdobyły dobry i poważany zawód, doradzają pociechom studiowanie prawa czy medycyny. W średniowieczu troskliwi ojcowie wysyłali swoich synów, żeby uczyli się na powroźnika. Pamięć o tym starym i szanowanym zawodzie pielęgnuje Marek Skubisz.

Na co dzień pracuje w muzeum w Wieliczce. Kiedy tylko skończy się tydzień roboczy, pakuje narzędzia, maszyny i liny i zamienia się w najprawdziwszego powroźnika. 

Reklama

Razem z dziećmi - Elą, Piotrkiem i Antkiem - jeździ na pokazy, takie jak ten pod krakowskim Kopcem Kraka w święto Rękawki - i wyjaśnia, kto to jest powroźnik i jak wygląda jego praca. 

W obwoźnym warsztacie Marka Skubisza można zobaczyć różne liny i sznury: zrobione z łyka lipowego, konopne, a nawet z z włosia końskiego czy z pokrzyw. 

Nie bez znaczenia dla jego zamiłowania do powroźnictwa jest fakt, że pan Marek mieszka w Wieliczce. - To miejsce było od czasów średniowiecza jednym z największych centrów powroźniczych w Polsce - tłumaczy. Tam wykonywano liny na potrzeby kopalni. Wytwarzane w Wieliczce liny musiały być mocne i solidne. - Bałwany solne, które wyciągano za pomocą tych lin, ważyły nawet do dwóch ton. To niemało - zaznacza rozmówca. 

Skupiska warsztatów powroźniczych znajdowały się też w Bochni i Krakowie, a także na północy dzisiejszej Polski - na wybrzeżu, gdzie sznury, liny i sieci były potrzebne m.in. rybakom, a powroźnictwo towarzyszyło szkutnictwu, czyli budowie i naprawie łodzi i statków.

W średniowieczu powroźnicy byli niezmiernie istotnymi rzemieślnikami. Jak opowiada pan Marek, czasem ich działalności towarzyszyły historie niemal kryminalne. Przekupieni albo po prostu chciwi powroźnicy robili liny z wilgotnych lub zabłoconych konopi. Dzięki temu waga gotowej liny była równa wadze samych konopi dostarczonych przez żupę, choć nie wszystkie włókna wykorzystano. W ten stary jak ludzkość oszukańczy sposób, przebiegły powroźnik dostawał pieniądze za swoją robotę i dodatkowo zostawał mu zapas cennych włókien.

- Takie liny jednak się rwały, były dużo mniej wytrzymałe - podkreśla Skubisz. Często takie oszustwa kończyły się tragedią. - Dlatego wydawano nawet królewskie edykty, mówiące o tym, że należy robić liny tylko z dobrych konopi, a wręcz zaznaczać, który powroźnik wykonał dany sznur - mówi. 

W kolekcji Marka Skubisza znalazł się też fragment liny, pochodzącej z katedry na Wawelu, gdzie wisi najsłynniejszy polski dzwon - Dzwon Zygmunta. Lina przy dzwonie była za długa, dlatego kawałek odcięto. Kolega podarował go panu Markowi. 

Sznury, które wykonywali powroźnicy były też używane do wymierzania sprawiedliwości - robiono z nich stryczki. - W języku niemieckim funkcjonowała nawet nazwa "Seilertochter", którą określano stryczek. Oznacza ona dosłownie "córka powroźnika" - opowiada pan Marek. 

Skąd taka pasja? - To prosta sprawa. Sznur to jeden z najstarszych wynalazków ludzkości, dlatego warto się nad nim pochylić. Kiedy człowiek zaczął uprawiać rolę i udomawiać zwierzęta, musiał je jakoś do siebie przywiązać. Zrobił to dosłownie - wyjaśnia. I dodaje, że słynny człowiek z lodowca, który został znaleziony pograniczu Włoch i Austrii też miał ze sobą sznurek. Już w neolicie, albo nawet wcześniej, nasi przodkowie wiedzieli, jak skręcać ze sobą włókna, żeby zrobić linę. 

Zobacz też:

Demony i upiory naszych przodków

Białki, wojowie i wiedźmy. Tradycyjne Święto Rękawki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje