Reklama

Reklama

Powstanie warszawskie jak obowiązek. Wspomnienia "Oleńki"

Do niemieckiej niewoli trafiło 3000 uczestniczek powstania warszawskiego. To największa w historii jednorodna grupa kobiecych jeńców. Aleksandra Diermajer poszła do niewoli dobrowolnie.

Gdy Ola ma 10 lat, wybucha wojna. "Odgłosy wojenne były dla nas całkiem nowe, a moja siostra żartowała, że to na pewno wojna się zaczęła. Babcia mówiła: "Ależ nie, moje dziecko" - ta rozmowa na resztę życia utkwiła w pamięci Aleksandrze Diermajer. Wtedy, we wrześniu 1939, była wraz z siostrą i babcią w domku letniskowym w podwarszawskim Aninie. Pamięta, że gdy wracały do Warszawy, jechała w aucie przygnieciona materacami, śpiewając patriotyczne piosenki.

Białe kołnierzyki na powstanie

Reklama

W 1943 roku Ola wstępuje do harcerstwa, co - jak podkreśla w rozmowie z Deutsche Welle - po wychowaniu w patriotycznym domu było czymś naturalnym. Uchodzi za "panienkę z dobrego domu", dorasta w wykształconej ewangelickiej rodzinie, cioteczny dziadek jest biskupem. Tydzień przed Powstaniem dostaje przydział do Wojskowej Służby Społecznej mającej na celu niesienie pomocy ludności cywilnej. Zostanie sanitariuszką i łączniczką. Decyzja o pójściu do powstania jest dla niej oczywista. To był "harcerski obowiązek". Matka jest zrozpaczona decyzją 15-latki. 1 sierpnia rano daje córce kilka wykrochmalonych, białych kołnierzyków: "Pamiętaj, moje dziecko, zmieniaj codziennie, żeby schludnie wyglądać". Obie myślą, że rozstają się na kilka tygodni. W rzeczywistości rozłąka potrwa trzy lata.

Kobiety w Powstaniu

"Oleńka", bo taki dostaje pseudonim, jest jedną z 5000 kobiet walczących w powstaniu.

Szef Działu Historycznego Muzeum Powstania Warszawskiego Andrzej Zawistowski podkreśla rolę kobiet w AK. - Polskie Państwo Podziemne, przygotowując się powstania, od razu zakładało, że na polu walki znajdą się kobiety i do tego je przygotowywano. Do bycia sanitariuszkami, łączniczkami, ale i do walki zbrojnej - mówi historyk. Kobiety stanowiły 10 procent członków Armii Krajowej. Istniały na przykład Kobiece Patrole Minerskie, które wysadzały tory kolejowe.

Zawistowski mówi o znaczeniu tysięcy kobiet, które nie uczestniczyły bezpośrednio w powstaniu, ale dbały o zaplecze. - To one opiekowały się osieroconymi dziećmi albo rodzicami tych, którzy poszli do powstania. Bez nich nie byłoby walki - dodaje.

W wywiadzie Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego "Oleńka" wspomina, że głównym zadaniem jej i koleżanek było chodzenie do piwnic na Wolę, dokąd zanosiły gazetki, ubranka dziecięce i mleko: "Mleko było przeciągane przez Marszałkowską za barykadą, czyli po stronie Ogrodu Saskiego. Butelki były wkładane w pojemniki metalowe, do takiego pojemnika był dość gruby drut przywiązywany i się przechodziło przez Marszałkowską, przeczołgiwało się przy barykadzie. Ten drut w ręku. Potem się ten drut ciągnęło i przejeżdżała na drugą stronę ta puszka, nie puszka, z mlekiem. Jedna z koleżanek była przy tym ranna, tak że i przy transporcie mleka można było być rannym".

Do niewoli na ochotnika

W powstaniu Ola czuła się przede wszystkim żołnierzem. Takie przekonanie wpajał walczącym dziewczynom komendant ZWZ płk Stefan Rowecki "Grot", który w 1940 roku powołał Wojskową Służbę Kobiet.

Czuła się jak żołnierz także gdy po kapitulacji trzeba było podjąć decyzję o pójściu do niewoli. A mogła zostać w domu, bo była prawie dzieckiem. - Szczególnie dziewczęta mogły nie iść do niewoli, jak wiadomo. Z moją buzią dziecinną... Ale wraz z siostrą doszłyśmy do wniosku, że nie mamy się w Warszawie o co oprzeć i trzeba iść do niewoli. W całym oddziale był taki nastrój - wspomina "Oleńka".

Andrzej Zawistowski podkreśla, że czasem dzieci wręcz garnęły się do branych do niewoli starszych kolegów z AK. - Wśród nieletnich byli tacy, którzy nikogo nie mieli, byli bez opieki, a czuli się bezpiecznie pod skrzydłami starszych żołnierzy. I szli wraz z nimi do niewoli - wyjaśnia historyk. Najmłodszy polski jeniec z powstania miał 11 lat.

Kobiety jeńcy

Trzy tysiące kobiet z Powstania wywieziono bydlęcymi wagonami do Niemiec. Dziewczynki niszczyły dokumenty, by uchodzić za starsze niż w rzeczywistości. - Trudno, by dziecko było żołnierzem. A jako dzieci, mogliby nas zabrać z obozu i skierować na roboty. Ja miałam być z 1925 roku, czyli o cztery lata starsza - wspomina Aleksandra Diermajer.

W grudniu 1944 roku "Oleńka" trafiła do obozu karnego w Oberlangen nad rzeką Ems na północnym zachodzie Niemiec, gdzie znalazło się w sumie 1700 uczestniczek Powstania. Były w wieku 14-60 lat. 94 z nich miało mniej niż 18 lat.

Wśród więźniarek panowała solidarność. Gdy w styczniu 1945 roku zaczęły się porody kobiet, które opuściły Warszawę, będąc w ciąży, powstańcza komendantka "Jaga" powiedziała na apelu: "Rodzi się dziecko, będzie gołe, bo matka nie ma nic". To wystarczyło. Dla pierwszego niemowlaka zostało uszytych tyle kaftaników, czapeczek i pieluch, że starczyło dla następnych. Za kołyski służyły kartony. W tych warunkach urodziło się w Oberlangen 10 dzieci.

Racje żywnościowe były głodowe. - Jeden spory, kanciasty chleb na sześć, to były dwie, trzy kromeczki chleba. Pod koniec racje się zmniejszały. Do tego chleba było dwa deko margaryny, łyżeczka cukru, czasem marmolada z brukwi. Na obiad zupa, głównie na bazie brukwi, kartofli było tam bardzo mało - zapamiętała "Oleńka".

12 kwietnia obóz wyzwala polski 2. pułk przeciwpancerny 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka.

Polski Maczków

Po wyzwoleniu Ola mieszka w Maczkowie, czyli niemieckim Haren w brytyjskiej strefie okupacyjnej, z którego wysiedlono Niemców, by mogło się tam wprowadzić 5000 Polaków - byłych robotników przymusowych, jeńców i więźniów obozów. W tamtejszej polskiej szkole "Oleńka" robi maturę i poznaje swojego przyszłego męża, również byłego powstańca, Stefana Sękowskiego ps. "Stefaniak" (zmarł w 2014 roku).

Mówi, że na całe życie pozostała harcerką, bo "kto raz został harcerzem, to już na zawsze". Jedno z harcerskich praw mówi, że codziennie trzeba zrobić jakiś dobry uczynek, ale trzeba się trochę nad tym pogłowić, by nie iść na łatwiznę. Nie może to być na przykład pieniążek rzucony żebrakowi. 90-letnia "Oleńka" mówi, że zanurzyła się w harcerstwo "duszą i ciałem", dlatego i dziś stara się przestrzegać tej zasady.

Dlaczego ocalałam?

W swoim warszawskim mieszkaniu Aleksandra Diermajer, po mężu Diermajer-Sękowska, chętnie wraca do zdjęć i wspomnień. Mówi, że przez wiele lat męczyło ją powracające nieustannie pytanie, dlaczego została oszczędzona przez los. - Myślałam często, że to musi wynikać z tego, że byłam za mało dzielna, skoro ocalałam. Pierwszego sierpnia chodzę na Powązki na groby powstańcze, znajome i nieznajome. Oni wszyscy zginęli, a ja chodzę, jak gdyby nigdy nic - mówi.

Redakcja polska Deutsche Welle



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje