Tysiące Węgrów nadal sprzeciwia się "ustawie niewolniczej"

Na Węgrzech nie widać końca protestów przeciwko nowelizacji kodeksu pracy. Demonstranci ogłosili 2019 "rokiem oporu", związki zawodowe zapowiadają masowe strajki.

Premier Węgier Viktor Orbán lubi podkreślać i to często, że jego rząd słucha głosu narodu i respektuje jego wolę. W tych dniach wola społeczeństwa skierowana jest jednak przeciwko niemu: od tygodni tysiące Węgrów protestują przeciwko tzw. ustawie niewolniczej podwyższającej limit godzin nadliczbowych.

Reklama

Także u progu tego weekendu na ulice wyszły tysiące ludzi - według niezależnych mediów blisko 5 tys. w samym w Budapeszcie, a i w innych miastach pojawiły się mniejsze i większe grupy protestujących. Według aktualnego sondażu instytutu badania opinii publicznej Publicus, 66 proc. Węgrów sympatyzuje z demonstrantami, tak samo duża grupa odrzuca zmiany kodeksu pracy.

Szczyt cynizmu

Nowelizacja kodeksu pracy przewiduje podwyższenie limitu godzin nadliczbowych z obecnych 250 do 400 rocznie, a pracodawcom daje trzy lata na ich rozliczenie. Mimo masowego sprzeciwu obywateli, związków zawodowych i partii opozycyjnych parlament zatwierdził zmiany, a prezydent János Áders podpisał ustawę, po czym złożył węgierskim obywatelom życzenia pogodnych Świąt Bożego Narodzenia "w kręgu rodziny i przyjaciół". Komentatorzy niemal jednogłośnie uznali to za szczyt cynizmu.

Viktor Orbán z kolei dopiero w piątek po raz pierwszy skomentował demonstracje - w mało pochlebny sposób: w cotygodniowym wywiadzie na antenie Radia Kossuth nazwał protesty "histerycznym wrzaskiem". Orbán powtórzył też zarzut wysuwany już przez innych, czołowych polityków Węgier: protesty zainicjował i finansuje amerykański miliarder George Soros.

Nadchodzi "Rok oporu"

Podpis prezydenta Jánosa Ádersa pod ustawą i uwagi Orbána tylko rozogniły protesty. W piątek, mimo deszczu i zimna, tysiące demonstrantów znowu przeciągnęli spod Parlamentu, przez most nad Dunajem do Pałacu Sándora, rezydencji prezydenta w Budzie.

Aktywistka liberalnego ruchu pozaparlamentarnego Momentum Anna Donáth ogłosiła rok 2019 "Rokiem oporu" przeciwko porządkom Orbána. Donáth stała się "twarzą protestów", od kiedy została w ubiegłym tygodniu brutalnie zatrzymana przez policjantów i bez wyjaśnień godzinami przetrzymywana w areszcie. "Bądźcie wściekli i głośni, macie do tego prawo!" - apelowała 31-letnia socjolog do demonstrantów. Przedstawiciel związku zawodowego pedagogów zalecił na nadchodzące tygodnie rozwiązanie: "Kraj powinien zastygnąć w bezruchu!". Węgierskie związki zawodowe planują po świątecznych dniach ogólnokrajowe strajki.

Gdyby doszło do takich akcji strajkowych, byłyby one pierwszymi od czasu objęcia przez Orbána rządów w 2010 roku. Tak jak po raz pierwszy od 2010 w protestach uczestniczą przedstawiciele wszystkich partii opozycyjnych zasiadających w parlamencie, łącznie z nacjonalistycznym Ruchem na rzecz Lepszych Węgier (Jobbik). Wyłamuje się tylko czterech skrajnie prawicowych posłów.

Z demonstrującymi solidaryzują się też prominentni przedstawiciele Kościołów, wśród nich Tamás Fabiny, biskup Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła Węgier i duchowny katolicki Miklós Beer, ordynariusz diecezji Vac. W wywiadach udzielonych w ostatnich dniach węgierskim mediom obydwaj ostro skrytykowali konfrontacyjną politykę prowadzoną przez rząd Orbána.

Szereg lokalnych parlamentów na Węgrzech obsadzonych przez partie opozycyjne, w tym w Szeged na południu kraju i Salgótarján na północnym wschodzie, zapowiedziało ponadto, że nie będzie stosowało nowych regulacji kodeksu pracy.

Jednoczący skutek polityki Orbána

Nieobecna dotąd jedność opozycji parlamentarnej, związków zawodowych, Kościołów, NGO i lokalnych administracji może stać się dla Orbána niebezpieczna - bo też premier nie wykazuje jakiejkolwiek woli negocjacji czy kompromisu. Zdaniem wielu obserwatorów tym bardziej spaja to opozycję.

Z perspektywy niemieckiej, nowelizacji kodeksu pracy była racjonalna. Węgry cierpią na gwałtowny brak rąk do pracy. W ostatnich latach wyemigrowało blisko 600 tys. osób, w tym wiele znakomicie wykształconych. Jednocześnie Węgry są ważną zagraniczną lokalizacją dla niemieckiego przemysłu, przede wszystkim koncernów motoryzacyjnych Audi, BMW, Mercedes i Opel. Za pomocą "ustawy niewolniczej" rząd Orbána chce złagodzić brak siły roboczej.

Winne niemieckie koncerny?

Przedstawiciele opozycji zarzucają rządowi w Budapeszcie, że zmienił ustawę na zlecenie niemieckiego przemysłu. Powołują się między innymi na wypowiedź ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z końca listopada. Po wizycie w Duesseldorfie stwierdził, że niemieckie firmy z zadowoleniem przyjęłyby nowelizację prawa, które by pozwoliło na więcej elastyczności. Rzecznik Audi powiedział w tym kontekście DW, że firma z zasady nie komentuje kwestii politycznych.

Rzecznik Niemiecko-Węgierskiej Izby Przemysłowo-Handlowej stwierdził natomiast, iż Izba nie dysponuje żadnymi informacjami, mogącymi świadczyć o tym, że nowa regulacja dotycząca czasu pracy na Węgrzech miałaby nastąpić na polecenie lub zamówienie niemieckich przedsiębiorstw.

W miniony piątek protesty miały miejsce także w Berlinie. Kilkudziesięciu aktywistów nazywających się "Wolną Węgierską Ambasadą" demonstrowało przed gmachem Niemiecko-Węgierskiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Ich żądanie: "Niemieckie przedsiębiorstwa na Węgrzech powinny uznać, co jest dla nich ważniejsze - interesy z reżimem Orbána czy europejskie wartości i ochrona praw pracowników".

Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje