Reklama

Reklama

Zamach w Moelln. "Moja córka zdążyła jeszcze powiedzieć: tata"

Neonaziści byli w Niemczech także 25 lat temu. I już wtedy podpalali domy imigrantów. Ale w Moelln po raz pierwszy w demokratycznych Niemczech zginęli w zamachu ludzie.

Ćwierć wieku temu, kiedy Faruk Arslan był jeszcze młodym człowiekiem, spacer po śródmieściu Moelln musiał mu sprawiać dużą przyjemność. W idyllicznym miasteczku w Szlezwiku-Holsztynie mieszkała też jego ciotka, siostrzeńcy. Mógł się czuć jak w domu. - Spędziłem tu 32 lata, Moelln jest najpiękniejszym miastem - mówi z uśmiechem 52-letni dzisiaj Arslan i skręca w Muehlenstraße. Kiedy dochodzi do końca ulicy już się nie uśmiecha. W budynku pod numerem 9 zginęły 25 lat temu jego dziesięcioletnia córka Yeliz, matka Bahide i siostrzenica Ayse. Budynek podpalili neonaziści.

Reklama

Faruk Arslan zatrzymuje się przed drzwiami. Tutaj mieszkał z rodziną. Przy wejściu umieszczona jest na ścianie tablica pamiątkowa z nazwiskami ofiar. - Tylko ktoś, kto doznał takiego cierpienia, rozumie je. Ból pozostaje na zawsze  - mówi cicho.

Na ścianie, od drzwi wejściowych po dach, ciągnie się płomienny, gliniany ornament. Ma przypominać noc z 22 na 23 listopada 1992. Neonaziści podłożyli tej nocy ogień w dwóch budynkach w Moelln, po czym zadzwonili na policję z pozdrowieniem "Heil Hitler". Mieszkańcy pierwszego budynku zdołali się uratować. W domu przy Muehlenstraße 9, w którym mieszkała rodzina Arslan, ogień objął korytarz i schody. Niektórzy członkowie rodziny wydostali się na zewnątrz przez okna. Faruk Arslan był u brata. Kiedy dotarła do niego wiadomość o pożarze, najszybciej jak mógł pospieszył do domu. - Moja córka leżała na noszach i powiedziała jeszcze raz 'tata'. To były jej ostatnie słowa - opowiada. Jego siedmioletni syn Ibrahim przeżył - z płonącego domu wyniósł go dziadek, owiniętego w mokre prześcieradła. Faruk Arslan jest od 20 lat pod opieką psychologa.

Zamach w Moelln w listopadzie 1992 był kolejną eskalacją neonazistowskich aktów przemocy dokonywanych w świeżo zjednoczonych Niemczech. Rasistowskie ekscesy w Hoyerswerdzie, wrzeszczący tłum pod płonącym budynkiem w Rostocku-Lichtenhagen. Ale to były "nowe kraje związkowe", dawne NRD, i brunatne zamachy szczęśliwie nie pociągnęły za sobą żadnych ofiar śmiertelnych. W Moelln zginęli ludzie. Wzburzenie w całych Niemczech, gazety pełne nagłówków o nigdy niewysychającym brunatnym bagnie. Po Moelln dziesiątki tysięcy ludzi zaczęło wychodzić na ulice w proteście przeciwko rasizmowi i ksenofobii, śledztwo przejęła Prokuratura Federalna. Sprawcy zostali ujęci i skazani - na 10 i 15 lat więzienia. Z prawnego punktu widzenia zamach został wyjaśniony, miasto Moelln ma od tamtego czasu problemy ze swoim wizerunkiem - i misję.

W noc zamachu Jan Wiegels nie był w Moelln. Mieszkał wtedy w Duesseldorfie. W 2010 został burmistrzem Moelln. Swoje miasto najchętniej prezentowałby jako "miasto Dyla Sowizdrzała" (Eulenspiegel), gdzie słynny błazen dożywał swoich dni. Ale: "To prawda, że kiedy jestem poza Szlezwikiem-Holsztynem widzę, że Moelln jest kojarzony zazwyczaj z tym podpaleniem - przyznaje Wiegels. - Zamach ten jest częścią najnowszej historii miasta - dodaje. Konfrontacja z tym tematem jest więc nieunikniona.

Wiegels opowiada, w jak intensywny sposób miasto zajmuje się rasizmem, ksenofobią i prawicowymi tendencjami. - Coś takiego nie powinno się jeszcze raz zdarzyć - ani w Niemczech, ani na pewno nie w Moelln - podkreśla. Do stałego programu obchodów w Moelln należy doroczna uroczystość upamiętniająca ofiary zamachu z listopada 1992. Zwłaszcza przy okazji okrągłych rocznic przyjeżdża zawsze dużo prominencji. - W tym roku miasto gości ambasadora Turcji w Niemczech, pełnomocnika rządu federalnego ds. integracji, tureckich i niemieckich polityków - wylicza burmistrz. Są też wystawy i dyskusje. Trudno powiedzieć, jaki jest efekt tych starań. Jeżeli miałoby to być wyznacznikiem nastawienia politycznego mieszkańców: populistyczna, prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) ma w Moelln mniej więcej tylu wyborców, ile w okolicznych miastach i gminach.

Kultura pamięci

Ale kultura pamięci w Moelln ma też swoich krytyków. Niektórzy są zdania, że miasto ma brunatny odcień i robi o wiele za mało, by temu przeciwdziałać. Inni z kolei uważają, że kiedyś trzeba skończyć z przypominaniem tej straszliwej nocy. Według jeszcze innych, o tym, jak czcić pamięć ofiar podpalenia, powinni decydować ich bliscy. Dlatego syn Faruka Arslana, Ibrahim, organizuje z przyjaciółmi spotkania dyskusyjne poza Moelln - w tym roku w Berlinie, za rok w Wiedniu.

Faruk Arslan pogodził się z publicznym upamiętnianiem jego bliskich. Przynajmniej z tym. Obok domu, w którym zginęła jego rodzina, do parku prowadzi zaułek nazwany imieniem jego matki: "Bahide-Arslan-Gang". Arslan pokazuje na niebieską tablicę. - Długo odmawiano napisania, w jaki sposób zginęła moja mama - mówi. W międzyczasie mały dopisek na tablicy informuje, że Bahide Arslan "została zamordowana podczas rasistowskiego zamachu". - Moja mama bardzo dużo zrobiła dla tutejszych mieszkańców - wspomina Faruk Arslan. Jeden ze sprawców zamachu był w jednej klasie z jego siostrą, co rusz zaglądał do sklepu prowadzonego przez matkę. - Trudno pojąć, że to byli idioci, których zapraszaliśmy nawet do naszego stołu! - mówi Faruk Arslan.

Heiner Kiesel/Elżbieta Stasik/Redakcja Polska Deutsche Welle 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje