Reklama

Reklama

Cenne archiwalia z kuźnic świdnickich

​80 lat temu rozpoczęto budowę wysokoprężnej elektrowni (po wojnie zwanej "Victoria") na terenie Sobięcina (Hermsdorf) - dzisiejszej dzielnicy Wałbrzycha. Na tamte czasy był to cud techniki, powstający przy wykorzystaniu najnowszych rozwiązań konstrukcyjnych, w tym rewelacyjnych kotłów Bensona.

Sprawa budowy tej elektrowni w trakcie II wojny światowej jest arcyciekawa. W tym czasie zaczęto już opracowywać plany przenoszenia filii zakładów produkcji zbrojeniowej z głębi Rzeszy na Dolny Śląsk. Docelowo siłownia miała w 1945 r. osiągnąć bardzo dużą moc - niemal 170 MW. Obecnie po tym wielkim obiekcie energetycznym pozostała tylko niewielka siłownia "Mercury" o mocy 8 MW.

Niemieckie archiwalia

Reklama

Sprawa zapewne dalej byłaby zapomniana, gdyby nie przypadek, jaki zdarzył się latem 2016 r. w Kuźnicach Świdnickich (część Boguszowa-Gorców).

Na małym osiedlu, gdzie wszyscy znają się od lat, doszło wówczas do niecodziennego zdarzenia. Osoba, która właśnie sprzedała swój dom i na dniach wyjeżdżała z Kuźnic, przyniosła do mieszkania Mateusza Mykytyszyna pudełko z dokumentami. Pan Mateusz znany jest mieszkańcom osiedla ze swojej pasji historycznej - na co dzień jest prezesem Fundacji Księżnej Daisy von Pless w Zamku Książ.

Pan Mateusz tak wspomina to wydarzenie:

"Przed samym wyjazdem z Kuźnic osoba prosząca o zachowanie anonimowości odwiedziła mnie wręczając szczególny prezent. Powiedziała mi, że za bardzo nie wie, co ma zrobić z zawartością pudełka, w którym były różne pamiątki i dokumenty gromadzone przez jej rodzinę. W tym pudełku, leżącym spokojnie na strychu, były też jakieś niemieckie dokumenty, których nie chciała zabierać wyjeżdżając w Polskę. Postanowiła więc poniemieckie dokumenty... podarować mi. Zgodziłem się je przyjąć, zastrzegając jednocześnie, że dokumenty te mogę odebrać w imieniu Fundacji jako darowiznę, nie zaś prywatnie. Mojemu ofiarodawcy było to obojętne i tak teraz to ja musiałem w jakiś sposób pozyskać wiedzę, co do wartości historycznej przekazanych dokumentów. Należało się też zastanowić, co dalej zrobić z otrzymanym materiałem archiwalnym".

Dalszy bieg sprawy odbywał się, o dziwo, z moim udziałem. W czerwcowy poranek, będąc na urlopie, otrzymałem telefon od pana Mateusza z prośbą o pilne spotkanie. Poinformował mnie, że Fundacja weszła w posiadanie nieznanych dokumentów archiwalnych z czasów II wojny światowej.

Zwrócił się do mnie, abym dokonał wstępnej oceny zawartości dokumentów. Do spotkania doszło w czytelni Biblioteki Miejskiej pod Atlantami w Wałbrzychu. Żeby było ciekawiej, to z panem Mateuszem przyszedł dziennikarz Michał Wyszowski, co było dla mnie niespodzianką.

Na stolikach rozłożone były segregatory z dokumentami, mapa i jakiś dziennik - wszystko w miarę dobrym stanie. Moją uwagę przykuł dziennik firmy Niederschlesische Bergbau AG (NIBAG) Hochdruck Kraftwerk (elektrownia wysokoprężna), w którym znajdowało się m.in. kilkanaście biało-czarnych zdjęć w formacie 5x5 cm, zrobionych na placu budowy. Dziennik był pisany ręcznie, tekst mocno wyblakły.

Powiedzialem obecnym, że tego rodzaju dziennik prowadzony na budowie, z wklejanymi zdjęciami, jest bardzo rzadkim dokumentem, i że ja po raz pierwszy coś takiego oglądam. Dodatkowo zachowała się jego oryginalna czarna, twarda oprawa. Dla mnie to po prostu "biały kruk". Dopiero przegląd niemieckich dokumentów w opasłym  segregatorze oraz mapa o wielkości 100x60 cm pozwoliły stwierdzić, że archiwalia dotyczą rozbudowy w czasie II wojny światowej elektrowni "Glückhilf" Hermsdorf (po wojnie "Victoria" w Wałbrzychu).

Red. Wyszowski zrobił kilka zdjęć, nagrał wypowiedzi i jeszcze w tym samy dniu w mediach ukazały się krótkie newsy. Obiecałem panu Mateuszowi, że po urlopie dokładniej obejrzę te dokumenty i wtedy będę mógł coś więcej powiedzieć. Wróciłem do domu i sądziłem, że dalsza część urlopu minie spokojnie. Stało się inaczej. Już następnego dnia dostałem telefony z biura konserwatora zabytków i archiwum państwowego. Okazało się, że w mediach podano, iż autor niniejszego artykułu jako pierwszy oglądał te archiwalia i nawet coś tam stwierdził.

Było trochę żalu, że o takim wydarzeniu ważne instytucje państwowe, stojące na straży ochrony materiałów archiwalnych, dowiadują się dopiero z mediów. Mogłem tylko zainteresowane strony grzecznie odesłać do prezesa Fundacji Księżnej Daisy von Pless. Tak naprawdę to ten mały szum zrobił się w związku z informacją, że Fundacja zasygnalizowała, iż zamierza oryginały dokumentów archiwalnych przekazać którejś z placówek na terenie miasta Wałbrzycha. Duże zainteresowanie w pozyskaniu tych dokumentów wykazywało od samego początku Archiwum Państwowe, które uważa, że dokumenty sprzed 1945 roku powinny jednak znajdować w placówce, która zapewnia szeroki dostęp w dobrze zorganizowanych pracowniach naukowych.

Po urlopie miałem możliwość dokładnego przejrzenia dokumentów i dopiero wtedy okazało się, że wiąże się z tym wiele niespodzianek. Przede wszystkim na mapie jest dopisek w języku niemieckim z 1948 r., zaś w księdze obsługi rurociągów znajdują się... polskie dokumenty z 1949 r. Świadczy to o tym, że część tych archiwaliów była wykorzystywana jeszcze przez kilka lat po wojnie przez dział głównego mechanika elektrowni "Victoria". Znajdująca się w segregatorach większość  dokumentów  ostemplowano czerwoną pieczęcią Zentralmaschine Abtlg.

Warto wspomnieć, że dużą część jej załogi "Victorii" zaraz po wojnie nadal stanowili niemieccy robotnicy i inżynierowie, którzy musieli nauczyć polską część załogi zasad eksploatacji nowoczesnej elektrowni.

Co dalej?

Decyzja co do dalszych losów materiałów archiwalnych pozostawała cały czas w gestii Fundacji Księżnej Daisy von Pless. Łącznie cała dokumentacja liczy prawie 1100 stron. To spory materiał archiwalny, wymagający szczególnej opieki i formy udostępniania. Cała dokumentacja jest wyjątkowo sucha i do tego bez śladów pleśni itp. Warto, by została zeskanowana, choćby dlatego, żeby oryginalny zbiór dokumentów był używany stosunkowo rzadko, co dawałoby  gwarancję na jego zachowanie w stanie jak sprzed 70 lat.

Najważniejsze, że te dokumenty podczas porządkowania domu nie ,wylądowały na śmietniku, lecz wzbogaciły zasoby archiwalne i wiedzę o wojennych losach Wałbrzycha. Pod koniec lipca br. Fundacja podjęła decyzję, że oryginały dokumentów z Kuźnic Świdnickich zostaną przekazane do zbiorów archiwalnych Centrum Nauki i Sztuki "Stara Kopalnia" w Wałbrzychu.

***
Autor składa podziękowania panu Mateuszowi Mykytyszynowi - prezesowi Fundacji Księżnej Daisy von Pless w zamku Książ za możliwość wglądu w archiwalia oraz wyrażenie zgody na wykorzystanie zdjęć i dokumentów na potrzeby niniejszego artykułu, oraz panu Jerzemu Cerze za materiały źródłowe pozyskane w AGH w Krakowie.

Księga technicznej obsługi rurociągów i armatury przemysłowej. Ten z pozoru nieciekawy dokument miał w roku 1945 wartość bezcenną. Był to swoisty przewodnik po poszczególnych odcinkach sieci rurociągów niskiego ciśnienia na terenie elektrowni. Każdy odcinek sieci opisany został tu dokładnie pod względem lokalizacji i przebiegu rurociągów w terenie, a ponadto szczegółowo scharakteryzowano poszczególne elementy armatury - nawet z takimi detalami, jak np. długość śruby, jej średnica i ilość podkładek.
Dla konserwatorów sieci była to księga niezwykle przydatna w bieżącej pracy. To w tym dokumencie znajdują się polskie rysunki techniczne z 1949 r.

To prawdziwa perełka archiwalna. Zapisy (nie wiadomo czyje) bezpośrednio prowadzone na placu budowy uzupełnione zostały zdjęciami z budowy komina (zdjęcie obok), stawiania konstrukcji stalowych, montażu kotła itp.

Znacząca część dokumentacji, liczącej niemal 850 stron, dotyczy korespondencji z głównym wykonawcą - firmą Rheinmetall-Borsig AG Zakład Borsig Berlin Tegel (znanej z budowy lokomotyw z kotłami parowymi). Archiwalia obejmują tylko II etap budowy elektrowni (montaż kotła nr 3 w latach 1938-1942). Są to bardzo ciekawe dokumenty, bowiem ukazują przebieg procesu inwestycyjnego - od biznesplanu, przez fazę budowy, po końcowe rozliczenia finansowe. Dla prac badawczych jest to niezwykle atrakcyjny materiał poznawczy.

Druga część dokumentów dotyczy korespondencji z podwykonawcami robót, takimi jak:

- Deutsche Babcock & Wilcox Dampfkessel Werke

AG Oberhausen,

- Brown Boveri Mannheim,

- Alphons Custodis Düddeldorf

- Danneberg &Quandt Berlin,

- Kurt Fiebig Niedersalzbrunn

- Theodor Fröhlich ,,Meteor" Ventilatoren Berlin,

- Klein, Schanzlin& Becker Frankenthal,

- Willi Koch Eisenkonstruktion, Apparatebau, Rohrleitungen Bitterfeld,

- Koch&Reitz Dampfkesselfabrik Hannover,

- Schlesisiche Industriebau Lenz & Co. Breslau - Gleiwitz-Waldenburg,

-                    Siemens Schuckertwerke Technische Büro Waldenburg.

***               

Historia sobięcińskiej elektrowni

Lata 1904-1936

Elektrownia powstała w 1904 r. na terenie kopalni należącej do gwarectwa Vereinigte Glückhilf-Friedenshoffnung, utworzonego w 1890 r. w Hermsdorf (dziś Sobięcin, dzielnica Wałbrzycha). W 1920 r. większość udziałów gwarectwa wykupił górnośląski koncern hutniczy Oberschlesische Eisenindustrie A.G. w Gliwicach, a od 1928 r.  kopalnia stała się własnością spółki Niederschlesische Bergbau AG Waldenburg (NIBAG). Wcześniej, w rejonie Wałbrzycha, powstały inne elektrownie kopalniane (pierwsza przy szybie Klara w Gorcach, w 1890 r.).

Same kopalnie były bardzo zainteresowane budową własnych elektrowni zakładowych. Niezależnie od możliwości korzystania z własnej, tańszej energii elektrycznej, niezwykle ważne było to, że przy jej produkcji można było wykorzystać do spalania szlamy popłuczkowe, węgiel odpadowy i surowy.

W pierwszych elektrowniach kopalnianych do wytwarzania energii elektrycznej używano tylko silników parowych. Pierwszą turbinę zainstalowano w 1904 r. na terenie kopalni K Kulmiza (po wojnie pole Mieszko KWK Wałbrzych). W naszej elektrowni, zwanej dalej Glückhilf, pierwsze turbiny zamontowano w latach 1907 i 1911, co pozwoliło uzyskać moc rzędu 6 000 kW. W tym czasie tylko elektrownia Fuchs posiadała większa moc - 7 500 kW. W latach 1922-23 postawiona została nowa kotłownia z kotłami stromorurkowymi (4 kotły Oschatza i 4 kotły Linke-Hoffmanna) o łącznej wydajności 80 ton pary/h (15 atn i 350º C). Równocześnie wybudowano nową halę maszyn, w której zainstalowano turbogenerator firmy AEG o mocy 6 MW oraz turbosprężarkę o wydajności 30 000 m³/h.

W 1924 r. dodatkowo zamontowano turbogenerator firmy Brown Boveri o mocy 5,4 MW, który został przeniesiony z kopalni Gustav w Gorcach. Na początku 1936 roku ,,stara elektrownia" osiągnęła moc blisko 40 MW, z czego połowa była przeznaczona na zaspokojenie potrzeb kopalni, zaś nadwyżkę przekazywano do sieci krajowej. W tym czasie pod kotłami stromorurkowymi spalano produkty odpadowe z płuczki kopalnianej oraz pył z wialni, szlam ze stawów osadowych, węgiel niesortowany (przy każdym kotle znajdował się bunkier o pojemności 200 ton).

Kryzys kopalniany

W latach 30. ubiegłego wieku wałbrzyskie kopalnie znalazły się w trudnej sytuacji. Wydobywany węgiel tracił wartość rynkową z uwagi na dużą zawartość popiołu. Zwiększały się również ilości miału nie nadającego się do transportu.

Równocześnie w III Rzeszy trwała już rewolucja gospodarcza, związana m.in. z przygotowaniami do ambitnych planów wojennych Adolfa Hitlera. Jednym ze strategicznych mediów była energia elektryczna, która w każdej gałęzi gospodarki narodowej jest wręcz nieodzowna.

Powyższe uwarunkowania spowodowały, że postanowiono w Wałbrzychu wybudować supernowoczesną elektrownię wysokoprężną, wspólną dla większości wałbrzyskich kopalń. Jako miejsce budowy wybrano teren kopalni na Sobięcinie, po wojnie zwaną Victoria od nazwy szybu. Przeważyły głównie następujące argumenty:

- budowana elektrownia wysokoprężna będzie stale rozbudowywana,

- ilość wody własnej (dołowej), niezbędnej do planowanej zwiększonej produkcji energii elektrycznej była wystarczająca,

- zapewniona była dostateczna ilość węgla odpadowego.

Ponadto wyliczono wstępnie, że w wyniku wyłączenia z ruchu siłowni na pozostałych kopalniach NIBAG-u powinno się "zaoszczędzić" niemal 55 tys. ton węgla rocznie.

Sensacyjna decyzja w 1935 r.

W związku z przyjęciem strategii o produkcji energii elektrycznej skoncentrowanej w jednym miejscu dla wszystkich wałbrzyskich kopalń oraz konieczności zapewnienia dynamicznego jej wzrostu, głównie na potrzeby gospodarki wojennej, niezbędne było opracowanie nowatorskich założeń techniczno-ekonomicznych.

Spółka NIBAG złożyła ofertę do Rheinmetall-Borsig Zakład w Berlinie - firmy cenionej na rynku niemieckim w zakresie budowy kotłów parowych, np. do lokomotyw.

Kiedy Rheinmetall- Borsig nadesłał konkretną propozycję oraz pierwsze rysunki techniczne dotyczące nowej elektrowni wysokoprężnej, w firmie NIBAG nastąpiła wielka konsternacja i wręcz zdumienie co do zaproponowanych rozwiązań technologicznych.

Kompletnym zaskoczeniem było zaprojektowanie dla nowej elektrowni kotłów wynalezionych w 1927 r. przez Marka Bensona, które do tej pory nie były montowane w żadnej niemieckiej elektrowni. Były to kotły o całkowicie innej konstrukcji niż dotychczas stosowane. Przede wszystkim kocioł Bensona nie posiada w środku żadnych walczaków. Nowy kocioł zwany też przepływowym posiada za to wymuszony przepływ, spowodowany pompą zasilającą, przy czym woda nie krąży tu w parowniku, lecz przetłaczana jest przez układ ciśnieniowy.

W osłupienie inżynierów z firmy NIBAG wprawiły parametry techniczne kotła. Otóż wytwarzał on parę o ciśnieniu 120 atn i temperaturze 485 º C (w starej elektrowni odpowiednio - 15 atn i 350 º C). Ośmiokrotny wzrost ciśnienia w kotle był ... kosmicznym skokiem w rozwoju energetyki. NIBAG od początku miał obawy o bezpieczeństwo budowanej elektrowni, tym bardziej że zaprezentowane klapy bezpieczeństwa nie miały atestu technicznego (nie zdążono jeszcze opracować niemieckiej normy technicznej). Kiedy NIBAG poprosił o jakieś referencje na supernowoczesne kotły (do dzisiaj stosowane) oraz podanie, gdzie takie kotły już pracują, firma Rheinmetall potwierdziła tylko, że kotły dobrze się sprawdziły na... niemieckich parowcach!

Można sobie wyobrazić miny członków zarządu NIBAG, którzy mieli nie lada orzech do zgryzienia przed podjęciem ostatecznej decyzji w sprawie oferty Rhenmetall-Borsig. Nie ulega wątpliwości, że zaproponowane rozwiązania było pionierskie, nigdzie dotąd nie zastosowane. Przeważył wbrew początkowym obawom jeden ważki argument. Okazało się, że NIBAG wysoko ocenił sprawność techniczną zaprojektowanej elektrowni i to przeważyło, że ostatecznie oferta Rheinmetall-Borsig została przyjęta.

Ogólny plan

Nowa wysokoprężna elektrownia zaprojektowana została na 6 kotłów Bensona, które miały być stawiane w różnych okresach czasu:

I etap Lata 1936 - 37: 2 kotły Nr 1 i 2,

II etap lata 1938 -1942: kocioł Nr 3,

III etap lata 1940 - 1943: kocioł Nr 4,

IV etap lata 1942 - 1945: kotły nr 5 oraz 6.

Po zainstalowaniu wszystkich kotłów moc turbogeneratorów miała wynosić aż 169,4 MW!

Ostatecznie zrealizowano w całości pierwsze trzy etapy, uzyskując dodatkową moc 90,0 MW.

Łączna moc uzyskana ze starej siłowni i nowej elektrowni wynosiła pod koniec 1944 r. ponad 105 MW. W tym czasie była to zapewne największa elektrownia na Dolnym Śląsku (w Siechnicach - 75 MW, elektrownia miejska w Wałbrzychu - 39 MW).

W ramach 105 MW wytwarzana energia elektryczna przeznaczona była nie tylko dla potrzeb własnych kopalni wałbrzyskich, ale również dostarczano ją do sieci krajowej. Podpisane zostały

z odbiorcą EWAG umowy na dostawę mocy:

- w roku 1936 do 26 MW,

- w roku 1939 do 30 MW,

- w roku 1943 do 90 MW.

W trakcie realizacji rozbudowy IV etapu elektrowni wykonano tylko fundamenty pod nową chłodnię i czwarty komin, część konstrukcji stalowych i bunkry dla kotłów. Prace wstrzymano pod koniec 1944 r. ze względu na zbliżającą się na Dolny Śląsk Armię Czerwoną. Zostały one jednak dokończone po wojnie wraz z koniecznymi przebudowami dotychczasowych obiektów. Elektrownia "Victoria" osiągnęła w 1957 r. swoja największą moc - 127 MW (prymat na Dolnym Śląsku straciła dopiero po wybudowaniu elektrowni "Turów").

Warto wspomnieć, że w trakcie II etapu - po postawieniu transformatora 110/10 kV i położeniu drugiego kompletu kabli olejowych 100 kV, wykonane zostało połączenie z linią energetyczną biegnącą do Czechosłowacji.

Roman Owidzki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje